Strona:Kazimierz Przerwa-Tetmajer - Melancholia.djvu/17

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Widziałem, jak się oddalała, purpurowa naprzód na perłowej pianie, a potem bledsza na szmaragdach morskich.
Ale za chwilę do stóp mi przybiegła z powrotem fali.
Spostrzegłem tylko, że kilka listków oderwanych przez prąd od kielicha, przypłynęło osobno.
I znów fala wstecz poszła i wstecz różę odniosła; ale za chwilę kwiat był u stóp moich z powrotem fali.
Tylko więcej listków, przez prąd oderwanych, przypłynęło osobno.
Stałem długo nad morzem — fala szła ku mnie i wstecz odpływała, przynosząc mi do stóp coraz mniejszy kwiat róży i coraz więcej listków z kwiatu oderwanych.
Aż wreszcie nie pozostało zeń nic, tylko garść listków, rzuconych na wodę.
I morze niosło je ku mnie ciągle i ciągle...
Czy nie bywa tak z sercem? Wreszcie do stóp przypływa na garść listków rozbite.