Strona:Kazimierz Przerwa-Tetmajer - Melancholia.djvu/16

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


RÓŻA.

Stałem raz na nicejskiem wybrzeżu, trzymamając różę purpurową w ręku.
Przedemną było morze, złoto-błękitne, fioletowo-srebrne, ciche, słoneczne morze o południu słonecznem.
Rozkołysane perły, szmaragdy i opale fali pobrzeżnej podbiegały mi pod stopy, szumiąc jednostajnie i rytmicznie, jak harfa w jedną strunę palcem uderzana.
Na niebie czystem i szafirowo-złotem, stało ogromne, pełne ognia słońce. Była to wiosna.
Kilka białych mew krążyło nad wodą, to muskając jej powierzchnię piersią, to podnosząc się w górę: tak latają motyle nad łąką.
W dali, ku wschodowi, szedł statek, wlekąc za sobą siwą wstęgę dymu i wolno z oczu ginął w wodnej pustce.
Rzuciłem różę na wodę.
Fala szła wstecz i wstecz ją poniosła.