Sfinks (Przerwa-Tetmajer)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Kazimierz Przerwa-Tetmajer
Tytuł Sfinks
Podtytuł Fantazya dramatyczna
Pochodzenie Melancholia
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wydania 1899
Druk W. L. Anczyca i Spółki.
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


SFINKS.
Fantazya dramatyczna.
(Grana po raz pierwszy 7 stycznia 1893 w Krakowie).

Scena przedstawia werandę na pierwszem piętrze, z jednej strony zupełnie otwartą, z balustradą z czarnego marmuru, dość nizką. Przy balustradzie dwie kolumny, również z czarnego marmuru z bronzowemi wazonami, w których tkwią ogromne, kwitnące storczyki. Mnóstwo kwiatów i krzewów, zwłaszcza kaktusów, oleandrów i tui. Pianino, kozetki, krzesła, stoliki. Na jednym ze stolików duża lampa z przezroczystym zielonym kloszem. Przy tym stoliku na kozetce siedzi matka w czarnej sukni, z czarną koronką na głowie, wielkie brylanty w uszach, na szyi mały srebrny krzyżyk. Na kolanach robota. Obok na krześle Anna, z głową wspartą na ręce opierającej się o stolik. Włosy ciemno-blond, rzucone na plecy, długie i bujne, twarz blada, suknia lekka, prosta, biała, we włosach blade lilie i jedna ciemna róża; u gorsu mały bukiecik górskich kwiatów, fioletowych dzwonków i modrych goryczek. Widok z werandy w chwili podniesienia zasłony na ciemne niebo z zamglonym księżycem w pełni, oświetlającym skraj jeziora, las i po za nim wielkie, urwiste skały granitowe.
ANNA (jakby do siebie).
Dziwnie, ciemno i cicho... Suche liście szeleszczą... Jaki księżyc mglisty... (Daleki grzmot z przeciągłem echem).
MATKA.

Burza nadciąga. Powietrze parne i ciężkie, duszące.

ANNA.

Patrz mamo, jaki dziwny, zielono-ołowiany połysk ma dziś księżyc. Wygląda, jak z zaśniedziałego mosiądzu.

MATKA.

Nieraz bywa podobny przed burzą.

ANNA.

Nie wiem, co to jest, ale lękam się czegoś... Zdaje mi się, jakby coś strasznego krążyło nad domem naszym...

MATKA.

Zdenerwowana jesteś. Grywasz za wiele.

ANNA (po chwili).

Dziś grałam długo o zmroku. Kwiaty bardzo pachniały i było bardzo cicho... Klawisze same brzmiały mi pod palcami... Jakieś dziwne melodye zawisły mi nad głową... (Daleki grzmot)

MATKA.
Burza się zbliża.
ANNA.

Zdawało mi się, że mgła dźwięków waha się nademną wisząca, kołysana moim oddechem. Było bardzo spokojnie... (Pauza). Potem stanęłam przy oknie. Księżyc świecił się w jeziorze pod oknami, jak srebrny. Szklanny dach cieplarni także jak srebrny błyszczał w blaskach księżyca... Jak nagle zaszumiały drzewa!...

MATKA.

Wicher się zrywa. Boję się, że młode akacye połamie. Kazałam odjąć podpory.

ANNA.

Nocny ptak jakiś frunął koło oleandrów. Tak samo o zmroku latały ptaki nocne w ciemnościach nad wodą, szybko i cicho, a biorąc mnie nieruchomą widocznie za rzecz martwą, przylatywały czasem tak blizko, że omal nie uderzały skrzydłami o kwiaty we włosach moich... Ogarnęło mnie jakieś zamyślenie senne...

MATKA (głaszcząc Annę po twarzy).

Marzycielko ty moja.

ANNA.

Nagle zdało mi się, że jakaś dziwna muzyka wyłania się z głuchych fal jeziora. W tej muzyce było coś nęcącego, jak życie, mocnego, jak śmierć. Czułam, że omdlewam, że padam gdzieś w głąb... Widny mi był jasny jakiś, pełen słońca świat... słodka jakaś, cicha, senna toń... A z wód jeziora, z głębi, brzmiała ciągle muzyka dziwna, upajająca... Zdawało mi się, że krąg za kręgiem owiewa mię ton mgłą rozwahaną... Wtem ból straszliwie ostry na wskroś mnie przeszył, na wskroś przez serce...

MATKA.

Szczególne marzenie.

ANNA.

Ocknęłam się. Włosów moich dotykał Leon palcami. Na twarz jego i na gipsową głowę Dantego, co, wiesz mamo, koło okna stoi, padało światło księżyca. Blada twarz Leona i ta posępna głowa, trupią miały białość. Zdjął mię lęk, lęk tak wielki, żem się ruszyć nie śmiała, ani odetchnąć. Pierwszy raz wydał mi się Leon tak strasznym. A stał długo przy mnie i wciągał powietrze w usta na pół rozwarte. I stojąc tak, wodził palcami po włosach moich i kwiatach w nie wpiętych i wyjął mi lilię jedną, bardzo pachnącą.

MATKA (smutno).
Biedny chłopiec...
ANNA.

Każ mamo wynieść z mego pokoju to popiersie Dantego. Straszna jakaś posępność jest w tej głowie, przed którą dusze umarłych ciągnęły szeregiem.

MATKA.
To pamiątka po twoim ojcu. Czy nie będzie ci żal?
ANNA.

Żal... (Zamyśla się, poczem nerwowo) Co to? Czy słyszałaś mamo ten dziwny dreszcz drzew? (Daleki grzmot). Czy to przed uderzeniem piorunu taki dreszcz wstrząsa drzewami?

MATKA.

Przywiduje ci się, moje dziecko. Nie było nic słychać, prócz grzmotu.

ANNA.

Nie, nie. Najwyraźniej zaszeleściły wszystkie liście w ogrodzie.

MATKA (do siebie).

Biedne dziecko.

ANNA.
Słyszę, co szepczesz, mamo. W tej chwili zdaje mi się, że mogłabym usłyszeć szelest roślin podwodnych w jeziorze... (Pauza).
MATKA.

Daleko chodziliście z Leonem?

ANNA.

Ku wierzbom za mostkiem.

MATKA.

Szedł chętnie?

ANNA.

Chętnie. Zebrałam mu duży bukiet pachnących kwiatów leśnych, co go widocznie bardzo ucieszyło (Pauza). Nie odchodź mamo.

MATKA.

Widzisz, że nie odchodzę. Nie ruszyłam się z miejsca.

ANNA.

Zdawało mi się, że chcesz odejść.

MATKA.

Ale co ci jest, Anno?

ANNA.
Ja nie wiem, ja nie wiem... Od czasu do czasu dzieje się wkoło mnie coś dziwnego... (Pauza). W tej chwili wydaje mi się, jakby w powietrzu coś drgało niezmiernie prędko; słyszę, jakby jakieś stłumione, migotliwe dzwonienie... (Uderza piorun w znacznej odległości).
MATKA.

Proboszcz chyba wstąpi na noc, powracając od Andrzeja. Burza nie ominie nas z pewnością. (Pauza). Która to może być godzina?

ANNA.

Musi być koło dziesiątej.

MATKA.

Czy Leon śpi?

ANNA.

Zostawiłam go śpiącego w fotelu. Zaledwie zdołałam odprowadzić go z werandy od tych storczyków. Wąchał je długo i kilkakrotnie zdejmował ten wazon. (Wskazuje wazon po prawej ręce widzów). Bałam się, że upuści. Wazon jest tak ciężki, że ledwo postawić go mogłam napowrót. (Wzdryga się nagle).

MATKA.

Ty drżysz? Co ci jest, Anno?

ANNA.

Ja nie wiem, co to jest. Trwoga jakaś spada na mnie chwilami tak niespodzianie...

MATKA.
Dzieciństwo.
ANNA.

Jednak ty wiesz, mamo, że miewam nieraz przeczucia rzeczy dziwnych...

(Z drzwi dalszych, po lewej ręce widzów, wychodzi Piotr, ubrany ciemno, niosąc na srebrnej tacy bilet wizytowy).
PIOTR (podając bilet matce).

Pan jakiś przyjechał konno.

MATKA (czytając bilet).

Artur Weren.

ANNA (żywo).
Weren?
MATKA.

Czy mówił co ten pan?

PIOTR.

Mówił, że zbłądził w puszczy i pytał się, czy nie mógłby przenocować w pałacu?

MATKA.

Proś tego pana. (Piotr wychodzi).

ANNA.
Może jaki krewny Ryszarda Werena?
MATKA (z uśmiechem).

Szkoda, że nie on sam, prawda?

(Piotr wprowadza Artura. Artur ciemno ubrany, kurtka zapięta pod szyję i długie spodnie, buty bez ostróg).
ARTUR.

Raczą panie wybaczyć, że o tak późnej porze kłócę im spokojność. Zbłądziłem w puszczy.

MATKA.

Zechciej pan przyjąć naszą gościnę.

ARTUR.

Szczerze wdzięczny pani jestem, upadłem bowiem z koniem trochę nieszczęśliwie.

MATKA.

Nic złego jednak?

ARTUR.

Bynajmniej, pani. Chodzićbym tylko nie mógł swobodnie.

MATKA.
Proszę, usiądź pan. (Artur siada obok stolika, przy którym siedzą kobiety). Niedługo podadzą nam herbatę.
PIOTR (wchodząc).

Proszę pani, ksiądz proboszcz wrócił od pana Andrzeja.

MATKA (wstając).

Wybaczy pan. Nasz proboszcz powraca od chorego, o którego jestem bardzo niespokojna. (Wychodzi z Anną).

ARTUR (sam).

Ta dziewczyna biała jest jak sen, jest jak cud...

(W tej chwili z drzwi po prawej ręce widzów wysuwa się Leon, w dosyć długiej, wolnej, ciemnej bluzie, w ciemnych spodniach i czarnych, miękkich pantoflach. Leon jest blady, rysy ostre, regularne, ciemny zarost młodzieńczy. Idzie powoli, z wyciągniętemi przed siebie trochę rękami, ku kolumnie z wazonem po prawej ręce widzów. Natrafia na wazon, zdejmuje go powoli i wącha storczyk z widoczną rozkoszą. Artur zdumiony podnosi się z krzesła. Wchodzi Anna).
ANNA (podchodząc szybko ku Leonowi).

Mój brat... Bóg odjął mu wszystko: wzrok, słuch i głos.

ARTUR.
Cóż za okropne nieszczęście!
ANNA (po chwili).

Okropne nieszczęście. (Pauza. Anna odbiera łagodnie wazon z rąk Leona, mówiąc do Artura) Proszę, niech pan pomoże mi postawić ten wazon na dawnem miejscu. Jest bardzo ciężki.
(Artur zbliża się, bierze wazon z rąk Anny, przyczem staje tuż obok niej. Leon, który widocznie węchem poznaje obecność kogoś trzeciego, zdradza niepokój, o ile przedtem, przy zbliżeniu się doń Anny, zdradzał zadowolenie. Szukając rękoma dookoła siebie, natrafia na zbliżone z sobą ramiona Artura i Anny, co go widocznie zastanawia. Tymczasem Artur stawia wazon na kolumnie i oddala się nieco. Anna wyjmuje jedną z lilij wpiętych we włosy i wsadza ją w dłoń Leona, który przyciąga ją ku sobie i obejmuje jedną ręką, drugą czyniąc ruchy, jakby chciał kogoś odepchnąć. Cała ta scena od chwili ukazania się Leona, nie powinna trwać długo. Wchodzi matka i ksiądz, siwy, nieco zgarbiony, sympatycznej powierzchowności).

MATKA.

Leon tu? Ale jaki niespokojny.

ANNA.
Widocznie zaniepokoiła go obecność pana Werena.
MATKA.

Wyprowadź go i niech go rozbiorą, jeśli zechce.

(Tymczasem ksiądz zapoznaje się z Arturem i rozmawia z nim widocznie o Leonie, którego Anna prowadzi ku drzwiom, zkąd wyszedł. Matka zbliża się ku nim. Leon odczuwając to, przyciąga znów Annę ku sobie, czyniąc zarazem wolną ręką ruchy, jakby chciał kogoś odepchnąć. Poznawszy dotknięciem matkę, objawia zadowolenie i pozwala wyprowadzić się Annie).
MATKA (do Artura).

Mój syn jest kaleką, jak pan widzi. Węch jest jego jedynym zmysłem. Panowie zapoznali się? (Artur i ksiądz dają znak potakujący). Leon bywa od jakiegoś czasu szczególnie rozdrażniony. Wydaje mi się czasem, jakby był zazdrosnym o Annę. Przed paru dniami odepchnął tak silnie ogrodnika, który chciał ją pocałować w rękę, że chłopak o mało nie upadł na ziemię.

KSIĄDZ (na stronie).

Czyżby to instynkty w nim się budziły spóźnione? Byłaby to rzecz straszna...

MATKA.
Co mówisz, księże proboszczu?
KSIĄDZ.

Nic. Sądzę jednak, że trzeba uważać na Leona.

MATKA (niespokojnie).

Albo?...

KSIĄDZ.

Przy takim organizmie nic wiedzieć na pewno nie można. (Anna wraca).

ANNA.

Usiadł spokojnie w fotelu. Bawi się lilią i zapewne zaśnie wkrótce.

MATKA.

Czy jest kto przy nim?

ANNA.

W tej chwili nie, ale zupełnie jest już cichy. (Do księdza). Więc staremu Andrzejowi lepiej? Nie umrze?

KSIĄDZ.

Chyba Bóg zechce, dziecko, chyba Bóg zechce.

ANNA.

Bóg jest dobry. Ja się tak modliłam za Andrzejem.

KSIĄDZ (z uśmiechem).
Muzyką, jak zawsze?
ANNA (jakby uniewinniając się).

Ja nie umiem inaczej. Ale czyż Bóg nie słyszy każdej modlitwy?

(Artur opiera się o krzesło).
MATKA.

Czemu panowie nie siadają? Widzę, że panu upadek z koniem dał się nieco we znaki, panie Weren.

ARTUR.

Istotnie, trochę go czuję.

KSIĄDZ.

Znałem Ryszarda Werena. Pan mi go bardzo przypomina rysami i postawą.

ARTUR (z mimowolną dumą).

To był mój ojciec.

ANNA (cicho).

Ach!...

MATKA.

Tem milej mi widzieć u siebie syna tak wielkiego człowieka.

KSIĄDZ.

Geniusz to był potężny. (Wskazuje na Annę). A to jedna z najzapaleńszych wielbicielek pańskiego ojca. (Artur skłania głowę przed Anną). Gra chyba wszystkie jego dzieła na pamięć. (Słychać daleki grzmot).

ARTUR.

Co za wspaniałe echo.

ANNA.

A teraz jak dziwnie cicho...

ARTUR.

Takie dalekie grzmoty przepyszne są na oceanie.

MATKA.

Pan podróżował wiele?

ARTUR.

Na statku wojennym, jako oficer.

KSIĄDZ.

Czy nie na fregacie „Albatros“? Przypominam sobie, że czytałem pańskie nazwisko między tymi, którzy najdalej dotarli podczas ostatniej wyprawy ku biegunowi południowemu. (Artur daje potakujący znak głową. Anna patrzy nań z widocznem zajęciem). Szalony to był hazard.

ARTUR (z pewną fantazyą).
Śmierć patrzyła nam czasem prosto w oczy.
KSIĄDZ.

Ale za to cudne rzeczy musieliście widzieć.

ARTUR.

Nie do opisania, księże proboszczu. Kiedy słońce padło na lody, zdawało się, że ocean purpury i płomieni świat zalewa. Blask był olśniewający.

ANAN (marząco).

Chciałabym kiedy widzieć puste polarne przestrzenie w miesięcznem świetle...

KSIĄDZ.

Co do mnie, dawniej, marzyłem nieraz o Wschodzie. Chciałem być w Ziemi Świętej, na grobie Chrystusa.

ARTUR.

Byłem i tam.

ANNA (j. w.).
Nie mogę sobie inaczej wyobrazić Chrystusa, tylko w długiej, powłóczystej szacie, stojącego o zmroku, kiedy dopiero pierwsze gwiazdy wschodzą, blade i nikłe, nad jakąś wodą wielką i cichą, z głową na pierś schyloną, z wyrazem nieskończonego smutku na twarzy... Powieki ma spuszczone i gorzki, bolesny uśmiech na ustach... Patrzy w wodę, w głąb wodną... A cicho jest w okół i sennie... (Pauza).
KSIĄDZ.

Noce wschodnie, to musi być cud prawdziwy.

ARTUR.

Niebo jest poprostu złote całe od gwiazd. Po liściach palm i kaktusów spływa strumieniami drżące lśnienie księżyca. Na ciemnych wodach leżą plamy świetlne i smugi połysku. Lubiłem w taką porę sunąć się łodzią wzdłuż morskich wybrzeży.

ANNA.

Szkoda, że wiatr, moglibyśmy popływać po jeziorze, co tu aż pod pałac podbiega, pełne kwiatów u brzegu.

MATKA.

W górach coraz czarniej, musi tam być ulewa.

KSIĄDZ.

Zdaje mi się, że nawet rzeka silniej szumieć zaczęła.

ARTUR (nadsłuchując).

Istotnie.

KSIĄDZ.

Będziemy mieli wielką powódź. Słyszę wyraźny szum wód przychodzących.

MATKA.

Co za szczęście jednak, że pan nie wpadł w trzęsawiska w puszczy, błądząc w ciemnościach.

ARTUR.

Szczęśliwy traf wprowadził mnie na drogę do pałacu. Jechałem spokojnie, ale niedaleko już ztąd, koń mój wspinać się począł i upadł wraz ze mną.

ANNA (nagle, nerwowo).

Ach!

MATKA.

Co ci się stało, dziecko?

ANNA (cicho do matki).

Wydało mi się znów, jakby drzewa zadrżały w ogrodzie.

MATKA.

Dziwne masz dziś przywidzenia. Zresztą wicher jest silny.

ANNA (j. w.).

O nie, to nie wiatr... Ja wiem, że to przywidzenie, ale tak przejmujące...

KSIĄDZ (patrząc uważnie na Annę).

Nie trzeba się poddawać tym chorobliwym uczuciom.

ANNA (jakby uniewinniając się).
One same ku mnie idą niespodzianie i nie wiem zkąd?
ARTUR (wstając i podchodząc ku Annie).

Czy pani tylko z nut grywa? Wszak prawda że nie?

ANNA.

Czasem, kiedy jest bardzo cicho i kiedy kwiaty bardzo pachną, gram, co mi na myśl przyjdzie...

ARTUR.

A właśnie teraz jest cicho i kwiaty pachną.

ANNA.

Muszę być sama, sama jedna...

KSIĄDZ.

Czy rozwinęły się już te lilie, które ci przywiozłem z mego ogrodu, dziecko?

ANNA.

Już. Dziwnie są blade i pachną nadzwyczaj mocno. Śliczne są, ale takie blade i smutne.

MATKA.

Lilia wogóle nie jest wesołym kwiatem.

ANNA.
Pachną tak mocno, że Leon przyszedł dziś do mego pokoju od siebie, kiedym wpięła ich kilka we włosy.
ARTUR (patrząc na głowę Anny).

Czy to te?

ANNA.

Tak. Patrzyłam na nie w ogród o zmroku. Pochyliły głowy ku ziemi, jak senne...

KSIĄDZ.

Przypomina mi się ustęp z opery pańskiego ojca „Chrystus“. To cudna arya (mówi):

A kiedy lilie chylą senne głowy
I rosa spada z nich na rdzawy wrzos:
Zda się, że stopy Matki Chrystusowej
Wsparły się na nich i otrząsły z ros...

(Błyskawica i gwałtowny grzmot).
MATKA.

Burza nadciąga. Oby tylko nieszczęścia jakiego nie było!

KSIĄDZ.

Chyba Bóg zechce.

MATKA.

Amen. (Dłuższe milczenie).

ANNA (półgłosem, patrząc w niebo).

Jak tam ciemno...

(Jaskrawa błyskawica i grzmot bardzo blizki. Wszyscy się zrywają)
MATKA.

Chryste! To gdzieś tu!...

KSIĄDZ.

Gdzieś koło stodół!

ARTUR.

Wydało mi się, jakby w drzewo piorun uderzył.

ANNA.

Jak wicher gwiżdże po szklannym dachu cieplarni.

MATKA.

Szalona burza nadeszła.

KSIĄDZ (do Artura).

Chwała Bogu, żeś pan zdążył się schronić.

ANNA.

Jak czarno w przestworach...

(Wbiega Piotr zmieszany).
MATKA.

Co się stało?!

PIOTR.

Piorun uderzył w stary spichlerz! Pali się!

(Wszyscy zrywają się).
MATKA.

Anno, daj mi okrywkę, prędko!

(Anna wybiega drzwiami po lewej ręce widzów, bliżej skraju sceny).
KSIĄDZ.

W stary spichlerz, to ani szkoda wielka, ani niema niebezpieczeństwa.

MATKA.

Tak. Trzeba jednak opanować ogień; przy takim wichrze mógłby się łatwo roznieść.

(Anna wraca z okrywką).
ARTUR.

W której to stronie?

MATKA (wskazując).

Tam.

ARTUR.

Wiatr wieje ze strony przeciwnej, iskry nie będą leciały na pałac. (Piotr wychodzi).

MATKA.

Ty, Anno, zostaniesz z Leonem. Chodźmy.

ANNA (przerażona).
Mam sama zostać?! (Artur robi parę kroków z widocznym bólem w nodze).
MATKA.

Panie Weren, panu trudno stąpać. Proszę, zostań pan i zaopiekuj się mojemi dziećmi.

(Matka i ksiądz wychodzą. Dłuższa pauza).
ARTUR.

Istotnie, czuję, że nie przydałbym się tam na nic.

ANNA.

A ja lękałabym się tu sama okropnie. Służba pobiegła do ognia. Pałac jest pusty, głuchy... Zajrzę do Leona. (Wychodzi).

ARTUR (sam).

Ta dziewczyna jest jak sen, jest jak cud... Wszystko to zda mi się marzeniem...

ANNA (powracając).

Leon śpi w fotelu, kwiat, który mu dałam, trzymając w ręku. (Idzie ku balustradzie i siada na poręczy pod kolumną z wazonem, bliższą drzwi, któremi wchodził Leon, do drzwi tych obrócona tyłem. Artur zbliża się ku niej i opiera o balustradę).

ARTUR.

Od urodzenia zatem brat pani jest kaleką?

ANNA.
Tak.
ARTUR.

Dziwną tajemnicą musi być jego dusza.

ANNA.

Dziwną tajemnicą i wielką.

ARTUR.

Czy wrażliwy jest na co?

ANNA.

Wszystko, co ma woń i co miłe w dotknięciu, sprawia mu widoczną przyjemność. Ale szczególniej węch ma mocny. Nieraz w dzień słoneczny prowadzę go w pole, kiedy skoszone siana pachną; widzę, że mi jest wdzięczny.

ARTUR.

Pani najwięcej się nim zajmuje?

ANNA.

Tak, ja. Siadujemy często dniami całemi na łąkach. Dzieci wiejskie, które wiedzą, że Leon lubi kwiaty, znoszą mu całe ich pęki, a on bawi się nimi i głaszcze dzieci po twarzach i główkach. Poznaje je dotknięciem dłoni i cieszy się do znajomych. Ale najczęściej staje tu na werandzie, wciąga w piersi wiatr chłodny, od gór wiejący i długo tak stoi, nieruchomy i blady. A czasem wyciąga przed siebie ramiona, jakby chciał lecieć gdzieś w przestrzeń... Twarz mu się wówczas dziwnie zmienia, jakaś wielka żałość ją powleka. Kiedyś orzeł tu krążył nad wodą, a on tak stał z wyciągniętemi rękoma, jakby temu orłowi, co mógł lecieć w przestwory i patrzeć, skarżył się, niemy i ślepy...

ARTUR.

Łagodny jest zazwyczaj?

ANNA.

Teraz od jakiegoś czasu bywa rozdrażniony, ale zwykle spokojny jest zupełnie. Kilka razy zaledwie widziałam go w gniewie, wtedy jednak mógłby być niebezpieczny, bo wpada w furyę. Ale taki gniew wysila go bardzo i trwa krótko.

ARTUR.

Moja obecność widocznie go podrażniła.

ANNA.

On się musi do ludzi przyzwyczaić, a przytem nie lubi, kiedy ktoś obcy blizko mnie się znajduje.

ARTUR.
Więc on myśli i Bóg wie, jakie światy ma w duszy.
ANNA.

Bóg wie, jakie światy. (Ukazuje się łuna na niebie, zrazu niewielka). Ach! Patrz pan! Płomienie!

ARTUR.

Ogień musiał dach ogarnąć. Łuna na tem czarnem niebie przypomina mi pożar statku kupieckiego, który ratowaliśmy w porcie.

ANNA.

Tam nie byłeś pan zapewne tak bezczynnym, jak teraz mimowolnie.

ARTUR.

O, pracowaliśmy tam wszyscy, co sił starczyło.

ANNA.

Ocaliłeś pan komu życie?

ARTUR (z uśmiechem).

Tylko psu, po którego nikt iść nie chciał.

ANNA.

W płomienie?

ARTUR (z pewną fantazyą).

Istotnie, czerwono tam było od ognia.

(Anna mimowoli wyciąga ku Arturowi rękę z wymownem spojrzeniem. Artur chce zrazu rękę
Anny do ust podnieść, potem waha się i puszcza ją. Milczenie).
ANNA (pokrywając zmieszanie i pragnąc skierować uwagę Artura na co innego).

Góry majaczą w blasku. Wydają się tak ogromne. Słyszysz pan? Krokwie i belki trzeszczą.

ARTUR (nadsłuchując).

Ma pani lepszy słuch odemnie.

ANNA.

Z drzew zrywają się spłoszone ptaki nocne, szeleszczą skrzydłami.

ARTUR.

Gołębie krążą nad domem.

ANNA (niespokojnie).

Słyszysz pan? Jakby jakiś tętent i chrzęst łamanych gałęzi w puszczy... Jelenie ogień zbudził i przeraził...

(Rozlega się odległy, pełny dźwięk wielkiego dzwonu).
ARTUR.
Jaki ponury ten dzwon.
ANNA.

Okropnie ponury. (Pauza). Czy pan jesteś spokojny?

ARTUR.

Zupełnie. Dlaczegóż miałbym się niepokoić? Wszakże pożar nie grozi pałacowi, ani zabudowaniom dworskim.

ANNA.

Tak, pożar nie grozi niczemu... Ten dzwon jest okropnie ponury... (Pauza).

ARTUR (chcąc odwrócić uwagę Anny).

Brzmi, jak w ostatniej, przedśmiertnej symfonii mego ojca.

ANNA.

Pańskiego ojca?... To dziwne jednak, że los pana tu przywiódł...

ARTUR (wzruszony, z uśmiechem).

Po szczęście, czy nieszczęście?

ANNA (smutno).
Szczęścia jest tak mało na ziemi, tak dziwnie mało... Jaki pan teraz podobny do ojca. W pokoju moim, nad fortepianem, wisi jego portret. Lubię nań patrzeć. Ojciec pański jest moim ideałem, (z uśmiechem) moją pierwszą miłością...
ARTUR (wzruszony).

Może mniej obcym będę pani przez to?

ANNA (mimowoli serdecznie).

O tak! (urywa i zmieszana mówi dalej). Naszych gór pan nie zna? Są bardzo dzikie i posępne.

ARTUR.

Od paru dni dopiero i pierwszy raz jestem w tych stronach. (Chwila milczenia).

ANNA.

Łuna taka jasna i czerwona. A tam w głębi jak ciemno...

ARTUR.

Wiatr ustaje cokolwiek i księżyc zaczyna przeświecać między chmurami. (Pauza).

ANNA (powoli, marząco).

Nie wiem dlaczego przypomina mi się teraz jedno ciche, lipcowe, niedzielne rano na wsi... Siedziałam w oknie, przed oknami były klomby róż kwitnących i narcyzów białych i trawa bardzo zielona... Małe ptaszki skakały po gazonie i fruwało dużo motyli... Niebo było bardzo jasne, czyste, błękitne, pełne słońca... Pamiętam, że dzień cały potem był niezwykle pogodny i miły... (Ciszej). To było dawno i nie wiem, czemu teraz mi się marzy...

ARTUR.

Myśl ludzka krąży niespodzianemi zwroty, jak jaskółka nad wodą. (Pauza).

ANNA (nerwowo).

Słyszysz pan? Ogary wyją na folwarku. Musiały spostrzec ogień. Ale jak posępnie wyją...

ARTUR.

Jakby śmierć zwietrzyły.

ANNA (gorączkowo).

Śmierć!... To straszne słowo... Źle, że je pan wymówiłeś.

ARTUR (zdziwiony).

Wymawia się je przecież tak często.

ANNA (j. w.).

Są godziny, kiedy się słowa tego nie powinno wymawiać.

ARTUR (z uśmiechem).
Wszakże godzina duchów nie nadeszła jeszcze?
ANNA (patrzy przez chwilę na Artura).

Pan drwi, a czy pan wiesz, co tu jest koło nas? Nie wiem dlaczego, ale w tej chwili nie trzeba było wymawiać tego słowa.

ARTUR (seryo).

Ależ panno Anno, pani tak zbladła.

ANNA (jakby do siebie).

W tym dreszczu drzew, co przeleciał teraz ogrodem i w tym jęku dzwonu, słychać było to straszne słowo. (Daleki grzmot).

ARTUR (usiłując odwieść uwagę Anny).

Zapewne niedługo powróci matka pani z księdzem proboszczem?

ANNA.

Z księdzem? Prawda, ksiądz jeździł odwiedzić umierającego, ale tam śmierci nie zastał i tu powrócił. (Po chwili). Czy jesteś pan spokojny?

ARTUR.

Tak.

ANNA.

Zupełnie spokojny?

ARTUR.
Zupełnie spokojny.
ANNA.

I nigdzie nic niema?

ARTUR.

Niema.

ANNA.

Nie śmiej się pan ze mnie, jestem dziś tak dziwnie rozstrojona... Męczą mnie od paru godzin jakby niejasne przeczucia czegoś złego... Jak cicho teraz...

ARTUR.

Zdaje mi się, że możnaby usłyszeć własne myśli...

ANNA.

Cyt! węże pobudziły się w trzęsawiskach, dźwigają głowy i syczą — słyszysz pan?

ARTUR.

Nie.

ANNA.

Dziwne jakieś odgłosy... Nie mówmy o tem. Chłodno mi.

(Artur ogląda się i spostrzega na poręczy chustkę czarną, włóczkową, przetykaną srebrnemi nićmi, którą podaje Annie).
ARTUR.

Oto jakaś chustka. (Zarzuca chustkę na ramiona Annie). Czy dobrze? (Ostatnie słowa mówi nieco wzruszony).

ANNA.

Dobrze, dziękuję. (Po chwili). Dlaczego głos pana drżał?

ARTUR (zmieszany).

Kiedy?

ANNA.

Przed chwilą, gdyś mi pan chustkę zarzucić pomagał.

ARTUR.

Zdawało się pani — mój głos wcale nie drżał — mówiłem, jak zwykle...

ANNA.

Głos pana drżał... (Patrząc bacznie na Artura). Pan się lękasz czegoś, tak, jak ja, tylko taisz przedemną trwogę...

ARTUR (z uśmiechem).
Piękny byłby ze mnie oficer fregaty! I czegóż miałbym się lękać?
ANNA (gorączkowo).

Ja nie wiem, ale tu jest coś takiego, co pan musisz czuć, jak ja czuję.

ARTUR.

Nerwy moje hartowały się podczas orkanów i nawałnic morskich.

ANNA.

Zazdroszczę ich panu... Ach! Żeby ta noc już przeszła! (Po chwili, z wzrastającym niepokojem). Strach spojrzeć w ten czarny przestwór. Pan się nie lękasz, a czy pan wiesz, czy pan możesz wiedzieć, co tu jest w tej godzinie koło nas?... Ludzie mówią, że tu jest pusto, a tam (wskazując na niebo) jest Bóg... A mnie się zdaje, że cały ten czarny przestwór pełen jest czegoś niepojętego, pełen jakiejś grozy i przerażeń... (Urywa nagle).

ARTUR.

Co pani jest? Czemu pani tak nagle zamilkła?

ANNA (przyciszonym głosem).

Cyt! Słyszysz pan? Lękam się spojrzeć... Coś jakby szło przez ogród, nie dotykając drzew, ani kwiatów. Drzewa uchylają konary, a kwiaty gną się ku ziemi. Nawet strumień ciszej szemrze i wiatr ucieka!... Ha!

ARTUR.

Panno Anno!

ANNA (gorączkowo).

Słyszysz pan? Słyszysz pan? Coś jakby czołgało się z cichym szelestem po szklannym, wilgotnym dachu cieplarni... coraz bliżej, coraz bliżej... Nie! To nad siły!... (Zasłania oczy).

ARTUR.

Doprawdy, pani...

ANNA.

Nie patrz pan, nie patrz pan!

(W tej chwili we drzwiach staje Leon, niewidziany przez Artura i Annę. Chwilę stoi, poczem posuwa się po cichu ku rozmawiającym, zatrzymując się kilkakrotnie. Widocznem jest, że odczuwa coś, co go niepokoi).
ANNA.
Tam w ciemnościach świecą wielkie, okrągłe, krwawo iskrzące oczy... Boże!... (Słania się, Artur podtrzymuje ją ramieniem).
ANNA (po chwili, słabym głosem).

Puść mię pan...

(Artur puszcza Annę, która opiera się o kolumnę. Chustka zsuwa jej się z ramion).
ARTUR.

Pani...

ANNA (siląc się na spokój).

Przestraszyłam pana — przepraszam... Jestem tak dziecinna...

ARTUR.

Przeląkłem się istotnie. Była pani tak blada.

ANNA.

To nic... Dziwnie mi pan w tej chwili przypomniał portret swego ojca. Czy prędko pan odjeżdża?

ARTUR (pokrywając wzruszenie).

Tak, muszę.

ANNA.

I dokąd?

ARTUR.

Pójdę błądzić dalej po szerokim, głuchym oceanie.

ANNA.
Tam musi być smutno. O czem pan myślisz na tych wielkich wodach?
ARTUR.

Dotąd myślałem o tem, com przebył w życiu i co mnie jeszcze spotkać kiedy może... Czasem było mi smutno — jak wszystkim żeglarzom.

ANNA.

Możesz pan przecie wrócić, kiedy zechcesz.

ARTUR.

Już nie powrócę nigdy, (po chwili) chyba (po chwili) ale to nie będzie. (Po chwili, siląc się na uśmiech). Tam bywa zresztą tak wesoło. Ocean szumi, marynarze śpiewają, a kiedy nocą wody leżą senne i cisza zstąpi na statek, wówczas myśl leci w nieskończone pustki, jak mewy, albo orły morskie...

ANNA.

I o niczem więcej pan nie myślisz, tylko o tem, coś przebył, lub co cię jeszcze kiedy spotkać może?

ARTUR (po chwili).

Teraz przybędzie mi jeszcze jedno uczucie.

ANNA (wahając się).
Jakie?....
ARTUR (po pewnej walce z sobą).

Tęsknota. (Milczenie).

ANNA (wyjmując jedną lilię z włosów i podając ją Arturowi).

Niech kwiat ten przypomina panu dom nasz, kiedy już będziesz daleko... Ale to kwiat tak wątły...

(Artur zatrzymuje w dłoni dłoń Anny, patrząc jej w oczy, jakby z zapytaniem, czy może ją pocałować? Anna mimowoli spuszcza oczy, Artur całuje ją nieśmiało w rękę).
ARTUR.

Zachowam go do śmierci.

ANNA (ze słabym uśmiechem).

Mojej, czy swojej? Istoty takie, jak ja, nie żyją długo. Kiedy się pan dowiesz o mojej śmierci, gdzieś na oceanie, rzuć, proszę, kwiat ten do wody i patrz, jak będzie tonął... (Po chwili). Jestem dziecinna, prawda?... (Po chwili). Jak cicho...

ARTUR.

Wiatr opadł i łuna przygasa.

ANNA (wsłuchując się).

Cyt! Słuchaj pan. Zdaje mi się, jakby wielka fala dźwięków rozlewała się powoli wkoło, kręg za kręgiem, dalej i dalej... Płynie, płynie, aż gdzieś po siny, odległy skraj morza... I upaja mnie tak i zbezwładnia... Nęcąca jest, jak życie, mocna, jak śmierć, ta dziwna muzyka... Czy słyszysz pan?

ARTUR (silnie wzruszony).

Słyszę słowa pani, a one są mi muzyką, co nęci jak życie, a mocna jest, jak śmierć...

ANNA.

Coś dziwnego dzieje się ze mną... Mgła oczy mi zasłania i z sił opadam... Jestem teraz, jak dziecko zbłąkane w puszczy w noc burzliwą...

ARTUR.

Jestem przy tobie, pani.

ANNA (słaniając się, jakby blizka omdlenia).

Jak te lilie jestem, co pod memi oknami rosną, wątłe wśród wichrów...

ARTUR.

Jestem przy tobie, pani.

ANNA.
Jak te jaskółki jestem, które osłabły, lecąc nad oceanem, a ląd daleko...
ARTUR (zbliżając się).

Jestem przy tobie, pani.

ANNA.

Cyt! Nie mów pan nic... Fala płynie i dźwięczy i gra coraz mocniej i otacza mię całą, kręg za kręgiem... Dziwna muzyka... Czar jej myśl mą zamąca... (Słania się więcej, Artur lekko ją obejmuje). Przypomina mi się znowu to niebo pogodne i to rano słoneczne... Zdaje mi się, jakby błękitne jakieś mgły rozwiały się wkoło, słodko dźwięczące... Czy widzisz pan?

ARTUR.

Widzę tylko ciebie, pani, a te mgły błękitne, to są myśli moje.

ANNA.

Wszystko zamienia się w błękit i w pieśń... Dziwny sen...

ARTUR (namiętnym szeptem).

Nie sen! Nie sen! To miłość moja tak mówi do ciebie, pani, to miłość moja otacza cię falą dźwięków i mgłami z błękitu...

ANNA (chyląc się bezwolnie ku Arturowi).

Widny mi jest jakiś jasny, pełen słońca świat... cicha jakaś, słodka, senna toń... (Opada na ręce Artura, który cofa się nieco tu tył ku Leonowi. Leon tymczasem podsunął się już był ku samej kolumnie, tak, że dzieli go zaledwie krok od Artura i Anny. Nagle Anna wyrywa się z objęć Artura, wołając z przestrachem) Ach! Drzewa zadrżały! Drzewa drżą! (W tej chwili Leon natrafia wyciągniętemi rękoma na głowy Artura i Anny, którzy przerażeni odwracają się szybko. Leon chwyta Artura prawą ręką za ramię, lewą porywa wazon ze storczykiem z kolumny i uderza nim Artura w głowę. Artur pada z jękiem na ziemię. Leon ciężko dysząc, wysilony opiera się plecami o kolumnę. Anna, dotąd osłupiała, postępuje ku Arturowi, wzdryga się gwałtownie i przysłaniając oczy, krzyczy przeraźliwie) Trup! A! A! A!...






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Kazimierz Przerwa-Tetmajer.