Listy z podróży (Przerwa-Tetmajer)/Z pod Żelaznych Wrót i Żelaznej bramy

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Kazimierz Przerwa-Tetmajer
Tytuł Z pod »Żelaznych Wrót« i »Żelaznej bramy«
Pochodzenie Melancholia
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wydania 1899
Druk W. L. Anczyca i Spółki.
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


Z pod „Żelaznych Wrót“ i „Żelaznej bramy“.

Rzadko komu się zapewne zdarzyło być w piątek jednego tygodnia nad Szczyrbskiem jeziorem w Tatrach, a w poniedziałek na drugi tydzień w Orszowie nad Dunajem — ale z człowiekiem dzieje się czasem tak, jak ze szczupakiem, któremu oścień w grzbiet wbity z drzewca się ułamie: rzuca on się wówczas z żelazem w sobie to na środek stawu, to na brzeg podpływa, aż go gdzieś wreszcie licho weźmie.
Nad adryatyckiemi błękitami, na lagunach weneckich, zatęskniło mi się za kosodrzewiną i zapachem limbowym, więc choć nie wprost, przeciem do nich dobił.
Całe Podkarpacie, czyli raczej Podtatrze od węgierskiej strony nierównie romantyczniej się przedstawia, niż nasze nowotarskie okolice: góry są większe, dziksze i skalistsze, pełne wspaniałych wąwozów i urwisk, a potężne rodziny Illyezhazych (wygaśli w 1835 r.), Thurzów (wygaśli w XVI w.), Palffych i Erdödych, rozrzuciły tam zarnki, często ogromne i wspaniałe, czasem małe orle gniazda, przyczepione do krzesanicy skalnej. Okolica Wagu czyni się ztąd podobną cokolwiek do nadreńskiego porzecza, z innych względów zresztą całkiem od niego różna.
Zamki te wszystkie są w ruinie, niektóre tak porozpadane i omszałe, że je trudno prawie od skał, na których stoją, odróżnić. Drogi do nich zarosły i pustka w nich osiadła. Mają w sobie wszystkie ogromną melancholię rzeczy umarłej.
Do stacyi Czorba pod Szczyrbskiem jeziorem, przyjechałem nazajutrz po otwarciu tam kolei zębatej, która wiedzie od stacyi nad samo jezioro. Jedzie się nią pod górę zapewne koło trzech kwadransy, z góry bowiem podróż trwa przeszło pół godziny. Dla turystów kolej ta jest wielką wygodą, przytem droga jest bardzo ładna. Jedzie się wykarczowanym lasem, wijącą się w zakręty linią, a nadszczyrbskie góry to się kolejno ukazują nad drzewami, to nikną. Od Krywania i poza nim jeszcze orawskich kopic, aż po szeroką turnię Kończystej z sterczącym poza nią skrajem Gerlacha i stokiem Sławkowskiego szczytu: rozwijają się tu Tatry przed oczami. Krótka, Ostra, Solisko, Szczyrbski wierch, Baszty i Szatan, Czubryn, Mięguszowieckie turnie, Rysy, Wysoka, Ganek i Żelazne Wrota: piętrzą się tu szeroką ścianą nad doliną Furkotną, Młyniczną i Mięguszowiecką.
Przyjechałem do Szczyrby wieczorem, a noc była księżycowa, zaraz po pełni. Wielki księżyc wyszedł gdzieś z za Kończystej i sączył się szklannem, matowem światłem na jezioro. Gończe psy, które widziałem uwijające się nad brzegiem, poczęły z daleka szczekać: w Młynicy gdzieś odezwało się echo. Poczęło też grzmieć, głęboko w górach. Czyniło to wrażenie, jakby cała zgraja ogarów zagrała w turniach i jakby jakiś tatrzański Ruebezahl, czy jak się tam to alpejskie strzeleckie widmo nazywa, przy psów graniu i grzmiących wystrzałach, mgliste rozpoczął łowy. Głos niósł się ciemną przestrzenią, het, het, aż gdzieś nad wierchy.
Tymczasem pod mojem oknem pluskały się wydry, łapiąc ryby w jeziorze i chrobotały gryzionemi kośćmi, a kuny smyrgały między krzaki.
W słowackich górach, na Liptowej i indziej, niemało grozy dodają nocy puszczyki, nawołujące się po lasach; w Tatrach nigdy ich nie słyszałem. Czasem odezwie się inna jakaś sowa, ale i to rzadko. Puhacz tylko niekiedy przeleci cicho, jak upiór i przepadnie w ciemni.
Nazajutrz, choć deszcz lał, jak z cebra, poszedłem ku Popradzkiemu jezioru. Zapachniał mi kosodrzew halny, zapachniały mi limby, zaszumiał mi potok i wiatr... Coś rwie w górę, jakby skrzydła u ramion rosły... Pierwszy raz byłem tu sam, sam jeden. Tyleśmy tu razy przychodzili z naszych gór, z Zakopanego, huczną, wesołą bandą — teraz byłem sam i przybyłem tu z obcej, dalekiej strony. Dawniej wydawało mi się tu tak odlegle, tak nieswojo, a teraz jest mi tu tak, jak i indziej. I dawniej ciągnęło nas coś z tych urwisk górskich tu, albo tam: a teraz tak mi jest wszystko jedno... Człowiek staje się, jak ów podróżnik Baudelaire’a — płynie i płynie. Przypomina mi się jakiś wierszyk, który tak o tem mówi:

Dopóki miałem gdzieś dom oznaczony,
A kędyś w obcą zaleciałem dal:
Daleko było mi do mojej strony,
Było mi tęskno i było mi żal —
Lecz dziś, gdy nigdzie niema mego domu,
Równie mi pusto wśród świata ogromu.

Pókim się łudził, że jestem kochany,
Że czyjąś pamięć wszędzie z sobą mam:
Choćbym był zabiegł gdzie na oceany,
Lub w step niezmierny: nie czułbym się sam,
Lecz dziś, po chwili zgasłej bezpowrotnie,
Wszędzie mi równie smutno i samotnie...

A kiedym sobie w kosodrzewinowym lesie, na głazie śródstrumiennym siedząc, począł przypominać nasze dawne zejścia do tej doliny z wierchów przy hucznych śpiewkach góralskich i hucznem, młodem weselu w duszach: zrobiło mi się tak smutno i samotnie, że wieczorem wsiadłem na kolej i z pod Żelaznych Wrót nad Popradzkiem jeziorem ruszyłem ku Żelaznej Bramie na Dunaju. Bo z człowiekiem dzieje się czasem tak, jak ze szczupakiem, któremu wbity w grzbiet oścień odłamie się z drzewca: rzuca on się na głąb i znowu pod brzeg podpływa, aż go gdzieś wreszcie licho weźmie.
Przyznam się, że, czy to, że zapomniałem, czy też może mię wcale o tem nie objaśniono w geografii, ale zupełnie inaczej ją sobie wyobrażałem, jak wygląda w istocie. „Żelazna Brama“ — a więc myślałem, będą to turnie z wody sterczące, przez które się Dunaj przerzyna i że te turnie rozsadzono; tymczasem rzeczywiście rozsadzono, ale skały w wodzie zaryte i tamujące bieg statków podczas opadu głębi.
Pod Żelazną Bramą, która już jest na terytoryum serbskiem, a raczej na rozgraniczu teryteryów austro-węgierskiego, rumuńskiego i serbskiego, podpływa się w długiej łodzi, z dwoma wioślarzami i sternikiem. Ci wioślarze i sternik są to Turcy. Turcy autentyczni z nadunajskiej wyspy Ada-Kale, co znaczy po turecku wyspa-twierdza. Wyspa ta zamieszkała przez ludność rdzennie i czysto turecką, zdaje mi się około 600 głów liczącą, wolną jest od podatków, cła i służby wojskowej, nie należy do nikogo i rządzi się sama. Zdaje mi się, że poprostu podczas kongresu wiedeńskiego w 1815 r. musiano o niej zapomnieć i nie przydzielono jej nikomu; może się mylę, ale nie mam w tej chwili pod ręką ani żadnej historyi, ani austryackiego Baedeckera.
Wyspa ta ciekawą jest ze względu na ruiny twierdzy, które ją literalnie prawie całą zajmują. O podobnych rozmiarach fortecy i o podobnej grubości murów nie miałem pojęcia. Ile dziesiątków tysięcy wojska można w niej było pomieścić, nie wiem, sądzę jednak, że w podziemnych i naziemnych kazamatach drugie tyle mogło się zmieścić jeńców w jasyr wziętych. Twierdza, oblana dokoła wodą, przy swej kolosalności i budowie, musiała być w swoim czasie niezdobytą; natomiast pan jej panował nad znaczną częścią Dunaju i jego wzgórzystemi brzegami, gdzie dziś stoją vis à vis siebie szyldwach serbski i austryacki, sympatyzując z sobą mniej więcej, jak kokos z małpą.
Ada-Kale jest przedewszystkiem bazarem tureckim. Sądzę, że wszystko to, czegoby się nie kupiło w Konstantynopolu lub Damaszku, dla zbytniej autentycznej lichoty, tu się kupuje dlatego, że autentyczne. Są więc tureckie makaty, tureckie papierosy, tureckie sorbety, turecka kawa — są i Turczynki. Chodzą jak nad Bosforem, w szerokich hajdawerach i przepaskach na twarzy. Czy jest tu jaki harem, nie wiem; meczet jest, bo w nim byłem. Nędzna drewniana buda, z wypisami z alkoranu na ścianach i wieżą, zkąd muezzin krzyczy trzy razy na dzień, zwołując wiernych na modlitwę.
O ile Turcy tutejsi, pozostałość z epoki tureckiego panowania w Węgrzech, zachowali swój typ, trudno mi osądzić, widziałem bowiem z blizka jednego tylko Turka, który był krupierem w Monte-Carlo — (Boże mu odpuść, bo ja nie mogę!). Są to wogóle ludzie tędzy i przystojni. Mówią po niemiecku i serbsku, no, i ma się rozumieć po turecku.
Takich trzech brudnych, odrapanych i smolno-śniadych oberwańców, wiozło mnie po Dunaju ku Żelaznej Bramie. Dzień był tak upalny, że się zdawało, iż Dunaj wre. Nagle zawrzało w nim coś rzeczywiście: woda zakotłowała się, jakby jakiś potwór z dna się dźwigał. Myślę sobie: cóż to u dyabła za straszliwa ryba takie gwałty podwodne wyprawia?! Jeżeli jej przyjdzie ochota huknąć ogonem w łódkę, Turcy pójdą do raju na łono hurysek, a do mnie da się zastosować z byronowskiego Giaura:

Lecz ty niewierny, ciebie anioł śmierci,
Monkir, swą kosą rozedrze na ćwierci...

Sternik jednak, a zarazem kapitan okrętu i cicerone objaśnia mię, że to pierwsza „Żelazna Brama“ — a więc to to — i tylko tyle!
Te żelazne bramy, czyli skały podwodne, trzeba umiejętnie wymijać, gdyż rozbić się o nie, lub wywrócić na nich bardzo łatwo, a jest ich, po prawym zwłaszcza brzegu Dunaju, kupa.
Samą właściwą żelazną bramę rozsadzono już dynamitem, a obecnie[1] olbrzymie maszyny, podobne zdaleka do statków wojennych, wydobywają połupane kamienie z łożyska. Roboty, prowadzone przez inżynierów węgierskich, trwają lat pięć. Wymurowano kanał na dwa kilometry długi, którym statki w każdej porze, bez względu na stan wody, płynąć będą mogły ku morzu i z powrotem. Dzieło to, które kosztowało masę milionów, ma dla miejscowego handlu olbrzymią doniosłość.
Powrót ku Orszowie mniej jest przyjemny, niż podróż ku Bramie z biegiem fali, albowiem dwaj wioślarze muszą wyleźć z łódki i drepcąc po brzegu, ciągnąć ją na linie, jak u nas na Wiśle konie galary ciągną; sternik tylko zostaje na miejscu i długim drągiem kieruje łódką. Dreptanie to trwa parę godzin, ludzie się męczą, a podróżny czuje się skrępowany tą liną tem więcej, że na wodzie właśnie czuje się zazwyczaj więcej swobody, niż na lądzie. Przeprawa z serbskiego brzegu do Orszowy, z rozpiętym żaglem i obu wioślarzami w łodzi, jest prawdziwem odetchnięciem.
Obustronne wybrzeże Dunaju stanowią wzgórza porosłe zielonemi lasami i gajami. Krajobraz pogodny i słoneczny. Rośnie tu srebrzysta wierzba włoska i mnóstwo egzotycznych roślin i kwiatów.
Czarno — i płomienno-okie rumuńskie piękności spotyka się tu już często w ich fantastycznych, barwnych strojach. Barwność zresztą stroju rośnie przez całe Węgry w miarę posuwania się ku południowi. Uderzyły mnie szczególnie u kobiet kolorowe fartuchy, puszczone przez brzuch niżej kolan i przez tył niżej łydek, z boków szeroko rozcięte, lub też kolorowe pasma włóczek tak samo przez brzuch i tył puszczone ku ziemi na białych koszulach. Słowiańskich typów widzi się co krok mnóstwo; spotykałem także naszych galicyjskich górali i zagórzan, wracających bandami z robót na Węgrzech. Odznaczają się przedewszystkiem tem, że wyglądają bardzo biednie. Nie widziałem nigdzie biedniej wyglądających ludzi, chyba w okolicach Neapolu.
Jeżeli się trochę świata raz i drugi raz zbiegło, to potem tworzy się w pamięci jakaś mozajka z miast i gór, stepów i pól, jezior i rzek, sadów i winnic, zamków i miast: miło jest sięgnąć myślą wstecz — — cóż, kiedy czasem dzieje się z człowiekiem, jak z owym szczupakiem, któremu w grzbiecie tkwi odłamane z żerdki żelezce. Wówczas, dopóki licho nie weźmie, wszędzie jest równie „smutno i samotnie“.





Przypisy

  1. Pisałem w lecie 1896 r.; od tego czasu roboty dawno już ukończono.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Kazimierz Przerwa-Tetmajer.