Wizya okrętu

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Kazimierz Przerwa-Tetmajer
Tytuł Wizya okrętu
Podtytuł Fantazya dramatyczna
Pochodzenie Melancholia
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wydania 1899
Druk W. L. Anczyca i Spółki.
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


WIZYA OKRĘTU.
Fantazya dramatyczna.

(Wybrzeże oceanu na Zachodzie. Smutna, przywiędła roślinność jesienna. Nagie, urwiste skały i puste ławice piaskowe, na które powyciągano łodzie rybackie. Dzień mglisty, słońce zniża się ku oceanowi. Kilka mew krąży nad wodą. Andrzej, siedmnastoletni chłopiec rybacki, leży na wznak na piasku z zamkniętemi oczyma. Marya z księdzem siedzą nieopodal na odłamie skały, mchem porosłym. Marya, ubrana ciemno i prosto, z białą, szeroką kryzą płócienną na ramionach; szatynka o szafirowych oczach, ściągłej, matowej twarzy i wiśniowych ustach. Ksiądz stary i siwy).
KSIĄDZ.

Chciałbym, aby Gerard jak najprędzej już wrócił. Tak dawno go nie widziałem.

MARYA.
Już dwa tygodnie, wuju, jak ostatnie okręty wróciły. Lękam się, czy go jakie nieszczęście nie spotkało. Ogromne i nagłe mrozy tam były. Tak opowiadali ci, co powrócili.
KSIĄDZ.

Dziwnie mi tu jest. Jestem tu dopiero od kilku godzin; tyle lat nie byłem, żyłem w tak obcym świecie, a wydaje mi się, jakbym nigdy tych stron nie opuszczał, jakby wszystko, co jest po za mną, było snem.

MARYA.

Zostaniesz już z nami, wuju, prawda?

KSIĄDZ.

Zostanę, dziecko. Jestem już za stary, aby pełnić służbę w misyi. Niech młodsi idą na posterunek. Już tu zostanę, aby kości na naszym cmentarzu złożyć, gdzie leżą wszyscy nasi.

MARYA.

Oprócz tych, którzy leżą w oceanie.

KSIĄDZ.

Tak, oprócz tych, którzy leżą w oceanie. Wieczny im odpoczynek... To już z pięć lat minęło, jak wasza matka umarła?

MARYA.

Tak, wuju, a siedm od śmierci ojca.

KSIĄDZ.

Biedne sieroty... No, ale co się tam smucić, co się stało, nie odstanie. Teraz będzie nam tu dobrze. Byle tylko Gerard chciał wrócić. Namówię Gerarda, aby porzucił to straszne rzemiosło łowcy wielorybów. Po co ciągle życie narażać, kiedy można żyć inaczej. Ja narażałem życie pośród dzikich w Afryce, ale to było w świętej sprawie, dla zbawienia ich duszy. Ale tu, czy Gerard nie może czem innem się zająć? Patrzno, jakie ładne te lipy i klony. Sto razy wolę nasze proste drzewa od wszystkich palm afrykańskich. Zaraz sobie tu muszę założyć ogródek i będę sadził karczochy i jabłonki. Wszak w waszym sadzie jest także miejsce na ogródek? U moich rodziców, a waszych dziadków, bywał zawsze doskonały jabłecznik. Tak, Gerarda ożenię, ciebie, Maryo, wydam dobrze za mąż...

ANDRZEJ (zrywając się nagle).

Ach! ach!

MARYA (wstając z głazu).

Co się stało? co ci się stało?

KSIĄDZ.

Czego krzyczysz? Co ci się stało?

ANDRZEJ.
Tam, na oceanie... okręt...
KSIĄDZ.

Okręt? Gdzie? Ale choćby i tak, to cóż? Pokaż gdzie? Może to Gerard wraca? Czegoś się tak przestraszył? Czy ci się co przyśniło? Gdzie? Pokaż! Może to Gerard... Ja nic nie widzę...

MARYA.

Tak, może to oni wracają. Gdzieś widział okręt? W której stronie?

ANDRZEJ.

Teraz nie widzę nic, ale przed chwilą widziałem go tam, od północy. To dziwne, gdzie się podział...

KSIĄDZ.

Gdzie się mógł podzieć, jeżeliś go widział?

MARYA.

Ocean jest pusty zupełnie.

KSIĄDZ.

A czegoś się tak przestraszył? Czegoś tak krzyknął i zerwał się, jakbyś smoka zobaczył?

ANDRZEJ.
Ach, wuju, jeszcze nie mogę przyjść do siebie. Nie wiem, czy to był sen, czy przywidzenie? Zdaje mi się przecież, że nie spałem.
MARYA.

Oczy miałeś zamknięte.

ANDRZEJ.

Tak, ale zdaje mi się, że jednak nie spałem. Myślałem o Gerardzie, o Sylwestrze z pod lasu i starym Hieronimie, o obu Rubych i o tych wszystkich, którzy popłynęli z naszym bratem na polowanie. Możem się zdrzemnął, nie wiem, ale jakże, kiedy widziałem doskonale ocean, tak, jak teraz widzę, a na oceanie zobaczyłem nagle, tam od północy, okręt cały śniegiem pokryty i obmarzły lodem. Pokład, maszty, liny i żagle, wszystko jeden śnieg i lód, przeraźliwie białe.

KSIĄDZ.

I tegoś się tak przestraszył? Zerwałeś się, jak oparzony!

MARYA.

I byłeś taki blady; jeszcze jesteś.

ANDRZEJ.

Bo zobaczyłem coś takiego, czego nie mogę pojąć. Wkoło tego okrętu był ocean, jak jedna biała pustka, zamarznięty, potem zaczynała się woda i szła aż tu do nas, do wybrzeży, tak, jak jest. Nagle z pokładu wyszło dwóch ludzi i poczęło iść tu, ku wybrzeżom, po lodzie i śniegu. Patrzałem na nich, jak stawali się coraz więksi, ale nie mogłem poznać, ktoby to był? Wtem, kiedy lód się skończył i zaczynała się woda, jeden z nich zatrzymał się na skraju lodu, jakby się dalej iść lękał, drugi począł iść po wodzie, jakby po twardej ziemi. Wtedy zdjął mnie nagły strach, zerwałem się i w tej chwili poznałem ich: ten, który szedł po oceanie, to był Gerard; ten, który się zatrzymał na zrębie lodu, to był... (spogląda na Maryę niepewnym wzrokiem i kończy ciszej) — Karol... (Pauza).

KSIĄDZ.

Śniło ci się, ale co za dziwny sen...

ANDRZEJ.

Musiało mi się chyba śnić, wuju Anzelmie, ale nigdy nic we śnie tak wyraźnie nie widziałem. W chwili, kiedym się zrywał, widziałem, choć to było daleko, twarz Gerarda i Karola tak dobrze, jak wasze widzę; bladzi byli śmiertelnie, jak trupy.

MARYA.

Dziwny sen... Wuju Anzelmie, a jeśli to nie był sen...

KSIĄDZ.
A cóżby innego być mogło?
MARYA.

Ja nie wiem, ja nie wiem, ale boję się; boję się teraz o nich więcej, niż dotąd... Nie chcę myśleć... U nas, nad oceanem, dzieją się nieraz dziwne rzeczy... Prawie nikt z naszych nie ginie tam daleko, żeby tu nie dał znać o sobie. Dawno nie byłeś w domu, wuju Anzelmie, zapomniałeś o tem. A wszakże musisz pamiętać, że kiedy dziadek nasz tonął, rozbiwszy się gdzieś na skale podczas burzy nocnej, babka ujrzała nagle w oknie dwie ręce z wyprężonymi palcami, jak u człowieka, który się topi. Nieraz mi to matka nieboszczka opowiadała.

ANDRZEJ.

Tak, i kiedy Jakób Cormon miał zginąć na oceanie, trzy noce z rzędu jego matka słyszała jego głos, jakby jęczał gdzieś pod ziemią; zaraz dała na mszę za jego duszę bo już wiedziała, że nie wróci. I nie wrócił, a nikt nie wie do dziś, co się z nim stało, choć to już ze trzy lata temu. Jeszcze do szkoły chodziłem.

KSIĄDZ (zaniepokojony).

Prawda, że ja tam w mojej misyi afrykańskiej tyle lat przesiedziałem, nie widząc kraju. Więc wy myślicie, że to co złego?... Ale nie, nie, głupstwo, to ludziom ciemnym się zdaje Bóg wie co... Ile ty, Maryo, mogłaś mieć lat, kiedy ja ztąd wyjeżdżałem? Ile masz teraz?

MARYA.

Dwadzieścia, wuju.

KSIĄDZ.

To miałaś wtedy rok, bo to było lat temu dziewiętnaście. Gerard miał już pięć lat. Bardzo kochałem to dziecko, takie było ładne i miłe i zupełnie do naszej matki podobne. Andrzej urodził się już po moim wyjeździe na misyę. Żwawy chłopak, choć ma przywidzenia. Trochę ojca przypomina. Jak mi się to dawno wydaje, kiedy ja tu byłem po raz ostatni. Nie byłem jeszcze taki stary, jak teraz jestem. Nie miałem jeszcze siwych włosów, ani jednego. Miałem czterdzieści dwa lata, jakem wyjeżdżał do Afryki. A kto to jest ów Karol, o którym mówiliście?

ANDRZEJ.

To przyjaciel naszego Gerarda, syn starego Wawrzyńca z nad skały.

KSIĄDZ.

Syn Wawrzyńca z nad skały?... Ach tak, ach tak, przypominam sobie. Miał szramę przez twarz od angielskiej szabli. Żyjeż on jeszcze? Stary musi być bardzo. Był znacznie starszy odemnie.

ANDRZEJ.

Umarł przed siedmiu laty.

MARYA.

Czy też Gerard wróci jeszcze? Już dwa tygodnie czekamy napróżno... I to, coś widział, ach, to niedobrze wróży, niedobrze...

(Zakrywa twarz).
KSIĄDZ.

Nie martw się, moje dziecko, wszystko jeszcze może być najlepiej. Jutro odprawię mszę na intencyę szczęśliwego powrotu Gerarda.

MARYA (przyciszonym głosem).

I Karola, wuju...

KSIĄDZ.

Odprawię mszę na intencyę wszystkich, którzy są jeszcze na oceanie, ale szczególniej na intencyę Gerarda.

MARYA (j. w.).
I Karola, wuju, proszę...
KSIĄDZ.

Dobrze. Czy to może był twój narzeczony? Nic jeszcze nie wiem, co się tu dzieje u was. Musicie mi wszystko opowiedzieć. (Pauza).

ANDRZEJ.

Wiatr ciągnie.

KSIĄDZ.

Chłodno się robi; pójdźmy do domu.

MARYA.

O nie, nie, zostańmy tu nad oceanem, czekajmy...

KSIĄDZ.

Czekać możemy tak dobrze w domu, jak i tu.

MARYA.

Tak, ale tu jesteśmy bliżsi nich...

(Wchodzi obcy człowiek, marynarz, z pakunkiem na plecach, widocznie w drodze).
OBCY.

Dobry wieczór, państwu.

KSIĄDZ.

Bądźcie pozdrowieni. Zkąd idziecie?

OBCY.
Zdaleka. Wracam do domu.
KSIĄDZ.

Po stroju widzę, żeście marynarzem, łowcą.

OBCY.

Tak, ojcze. Wracam z połowu, z północy.

MARYA.

Ach tak? Czy nie spotkaliście tam na północy okrętu?

OBCY.

Jakiego, panienko?

MARYA.

Miał nazwę „Krzyż południowy“. Był także na połowie wielorybów. Nie spotkaliście go?

OBCY.

Nie pamiętam, może i spotkałem, ale tyle okrętów się przewija. Wszystkie wracały już, nadeszły bowiem straszliwe mrozy i burze.

MARYA (gorączkowo).

Ale jeden nie wracał. Widzieliście? Prawda?

OBCY (zdziwiony).

Zkąd panienka wie o tem, że ja widziałem? Istotnie jeden nie wracał. Widzieliśmy go zdaleka, utkwił w lodach. Już go tam nie wydobędzie nikt, aż do przyszłego roku. Ale tymczasem lody go zgniotą i zmiażdżą. Albo to pierwszy... My sami byliśmy w dobrych opałach.

MARYA (bolesnym szeptem).

To był „Krzyż południowy“...

OBCY.

Mam dużo drogi do domu, muszę iść. Niech was Bóg strzeże. (Uchyla czapki i odchodzi).

KSIĄDZ.

Boże prowadź.

MARYA.

Wuju, wuju, to był „Krzyż południowy“, okręt Gerarda...

KSIĄDZ.

Tego nikt nie może wiedzieć, moje dziecko. Jakikolwiek to okręt był, trzeba się pomodlić za dusze zaginionych nieszczęśliwych. Ale czy to był okręt twego brata, tego nie może wiedzieć nikt. Ten człowiek nie wiedział przecież, co to był za okręt? Ja jestem pewny, że Gerard wróci. Burze ich może zapędziły trochę od lądu.

MARYA.

Ach, wuju Anzelmie, wuju Anzelmie, oni już nie powrócą, ani Gerard, ani mój biedny Karol... (Do Andrzeja) Więc ty widziałeś, że on zatrzymał się tam, na zrębie lodów, jakby się lękał iść po wodzie tu, ku wybrzeżom?

ANDRZEJ.

Karol? Tak, tak mi się wydawało.

MARYA.

Wuju Anzelmie, czy umierający przebaczają?

KSIĄDZ.

Najczęściej i największe krzywdy. Ale dlaczego pytasz się o to?

MARYA.

Bo ja Karola skrzywdziłam bardzo, bardzo... (Szeptem) On mnie kochał, wuju Anzelmie...

KSIĄDZ.

A... I był twoim narzeczonym?

MARYA (j. w.).

Tak... (Pauza).

KSIĄDZ.

I cóż się stało? Może wolisz, aby Andrzej odszedł?

MARYA.

On wie wszystko. Daliśmy sobie słowo z Karolem, przysięgłam mu wierność. Pojechał na wyprawę, to było przeszłego roku... Pojechali obaj z Gerardem... Przez ten czas...

(Zakrywa oczy).
KSIĄDZ (łagodnie).

Mów śmiało, dziecko, mów wszystko, jeżeli ci to ulgę sprawi. Jak na spowiedzi.

MARYA (po chwili).

To był szał, opętanie... Ja kochałam Karola tak, jak go teraz kocham, żywym czy umarłym. Kochałam go, a jednak... Piekło mnie opętało... Długi czas nie było go w domu... Uległam... Tamten wiedział, że go nie kocham, że go nie kochałam nigdy, że byłam, jak nieprzytomna, że go nienawidzę; potem... zaciągnął się do marynarki wojennej obcego kraju; co się z nim stało, nie wiem... (Po chwili) Potem... Gerard i Karol wrócili z połowu — wyznałam Karolowi wszystko... (Pauza).

KSIĄDZ.

Biedne dziecko.

MARYA.

Gdyby mnie był zabił!... Ale on nie powiedział nic, tylko zbladł jak trup i oczy wlepił w ziemię. Co myślał? nie mogłam odgadnąć, ani wiem, jak długo byliśmy tak nieruchomi naprzeciw siebie, minuty, czy godziny całe, czy wieki całe... Nie powiedział mi ani słowa i odszedł. Kiedy Gerard przyszedł do domu na wieczerzę, widziałam, że wie o wszystkiem; smutny był śmiertelnie i unikał mego wzroku, ale nie zapytał mnie o nic, nie czynił mi jednego wyrzutu... Karol musiał to wymóc na nim. Nazajutrz rano Karol gdzieś zniknął i nie było go przez długie miesiące. Gdzie był? — nie wiem. Boję się myśleć, że poszedł się mścić... Przez ten czas Gerard mówił ze mną mało i zawsze o rzeczach obojętnych. Smutny był ciągle bardzo, a ja myślałam, że oszaleję... Kiedy nastała pora nowej wyprawy, Gerard przygotował się do niej, jak zwykle. Rano, kiedy okręt miał już wyruszyć, nagle zjawił się w naszym domu Karol; pierwsze słowa jego były: nadszedł czas, bracie, jedźmy... Spojrzeli na siebie — Gerard przybladł nieco i milczał. Potem Karol ozwał się do mnie: Widzę, żeś mnie nie kochała Maryo — i wyszedł. To były jedyne jego słowa do mnie i ostatnie. Chciałam coś mówić, nogi ugięły się pode mną, zaćmiło mi się w oczach, zemdlałam. Kiedym przyszła do przytomności, Karola już nie było w chacie. Gerard trzymał mi głowę na kolanach. On mnie bardzo kochał, mój biedny brat. Podniósł mnie ku sobie, przycisnął mi usta do czoła i szepnął: moja droga, moja biedna Maryo... Więcej nie mógł mówić; głos zadławił mu się w gardle i dwie wielkie łzy spadły mi na twarz z jego oczu... (Przerywa i tłumi płacz, który ją chwyta).

KSIĄDZ.

Biedne dziecko...

MARYA (po chwili).

Potem odsunął mnie, aby wyjść... Wszystko było już gotowe do drogi na łodzi, która podwoziła do okrętu. Sama mu przygotowałam, jak zawsze... Od drzwi uśmiechnął się smutno, posłał mi pocałunek ręką od ust i rzekł: bądź zdrowa... Opadłam na ławkę bez sił... Kiedym wybiegła z domu, już łódź ich obu wiozła na okręt. Gerard pozdrowił mnie jeszcze czapką; Karol siedział przy sterze z głową spuszczoną na pierś i patrzał w wodę... Odpłynęli... (Pauza).

KSIĄDZ.
Jeśli zginęli, Boże broń, mówmy modlitwę za ich dusze. (Mówi półgłosem, Andrzej za nim powtarza). Wieczne odpoczywanie racz im dać Panie, a światłość wiekuista niech im świeci na wieki wieków. Amen. (Pauza. Ściemnia się).
ANDRZEJ.

Chmury zakryły niebo. Wiatr się podnosi.

MARYA.

I pomyśleć, że oni tam leżą martwi, wśród lodów na oceanie... Oni nie mogli przeboleć... Wiem, że prosili Boga o śmierć... Nie mogli żyć z moją hańbą... i ze swoją boleścią w duszy... Tak mnie kochali... Gerard przebaczył mi, jakby czuł, że jeśli teraz nie przebaczy, już nie przebaczy nigdy... Ale Karol, ale Karol... Wuju, jeżeli on umarł z gniewam w sercu na mnie, on przyjdzie się teraz mścić... Wszak ja mu przysięgłam wierność, przysięgłam ją na prochy naszych rodziców, na krew Ukrzyżowanego i na zbawienie moje...

KSIĄDZ.

Straszna przysięga...

MARYA.

On takiej nie wymagał, ja sama taką mu dałam... Piekło ma teraz prawo do mnie... i on... Wuju, ja się boję...

KSIĄDZ.
Uspokój się dziecko...
MARYA (coraz bardziej gorączkowo).

Dlaczegóż dusza Gerarda tu szła, a Karola została tam, u zrębu lodów? Bo Gerard przebaczył mi, a Karol nie... Gerard szedł tu pożegnać nas, zobaczyć po raz ostatni, tam, z oceanu... Ale Karol... Wuju, wuju Anzelmie, ja się boję...

KSIĄDZ.

Ależ dziecko... I brat twój i Karol mogą żyć jeszcze, najpewniej żyją. Powrócą i Karol przebaczy ci i wszystko będzie dobrze. Ja go do przebaczenia nakłonię. Zobaczysz, że ci przebaczy. Nie lękaj się...

MARYA.

Ach!

KSIĄDZ.

Co to? Co się stało?

MARYA (wyciągając rękę ku oceanowi, jakby nieprzytomna).

Tam, widzicie?... (W dali ukazuje się wizya okrętu, o białych, śniegiem i lodem pokrytych masztach i żaglach, której ani ksiądz, ani Andrzej nie widzą). Okręt! Okręt! „Krzyż południowy“!...

ANDRZEJ (przerażony).
Maryo!
KSIĄDZ.

Gdzie? co? Co ty mówisz? Maryo, uspokój się...

MARYA.

O Chryste, oni mnie tak kochali... Dlaczego nie chcesz mi przebaczyć, jak mój brat... Dlaczego nie chcesz tu przyjść, pod nasz kościół, jak on... Karolu!... Karolu!... Jam twoja!... O!...

(Pada w tył nieprzytomna).
ANDRZEJ (klękając przy niej).

Maryo!...

KSIĄDZ.

Zanieśmy ją do domu.

(Wizya okrętu znika).








Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Kazimierz Przerwa-Tetmajer.