Rzeźbiarz Merten

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Kazimierz Przerwa-Tetmajer
Tytuł Rzeźbiarz Merten
Pochodzenie Melancholia
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wydania 1899
Druk W. L. Anczyca i Spółki.
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


RZEŹBIARZ MERTEN
(Kontur do nowelli).

„Człowiek z takim, jak twój, talentem — pisał ojciec Juliusza Mertena — Bóg wie, jak wysoko stać już powinien. Masz lat dwadzieścia sześć, a w twoim wieku ludzie już mają pewny chleb w ręku. Taki Daliński nie ma ani połowy tego talentu, co ty, a zarabia do pięciu tysięcy rocznie; Wierzycki wziął teraz tysiąc dwieście reńskich za biust Goldsternowej. Jestem przekonany, że gdybyś chciał, mógłbyś dziś stać tak, jak oni, jeżeli nie lepiej. Staraj się bywać w porządnych towarzystwach, wyrabiaj sobie stosunki, korzystaj z tego, żem cię przedstawił księciu Konstantemu, on cię może zaprotegować. Bez protekcyi nic nie zrobisz, duma jest bardzo dobra, ale nie prowadzi, w twojem położeniu, do niczego. Trzeba się nagiąć do ludzi, bo inaczej nie można. Ja już jestem stary, stoję nad grobem, ale myśl o biednej matce, która się na śmierć zadręcza. Wiesz, że już pracować nie mogę dla niej i musisz ty teraz myśleć o jej egzystencyi. Pieniądze, któreś przysłał, dawno się wyczerpały i nie wiem nawet, jak sobie biedaczka radzi teraz. Weź do serca moje słowa, porzuć życie, jakie obecnie prowadzić musisz, pracuj, żyj z ludźmi, bo jeżeli ty o domu pamiętać nie będziesz, przyjdzie mi skonać gdzieś na barłogu, a matce pójść rękę wyciągnąć. Nie dopuśćże do tego, jesteś przecie mężczyzną. Kocham cię z serca, ale żal mój do ciebie jest bardzo wielki. Ciągnąłem się dla ciebie do ostatniego, nie myślałem o zabezpieczeniu sobie spokojnej starości, ani matce bytu, aby tylko tobie ułatwić studya. Odwdzięczże się za to, rób, co możesz, bo ludzie wytykać cię będą palcami, jako złe dziecko, niewdzięczne i bez serca.

Twój ojciec
Ryszard“.


Drugi list, w tejże samej kopercie, od matki Juliusza, brzmiał:
„Ukochane dziecko moje, umiłowanie ty moje serdeczne! Ojciec bardzo rozżalony na ciebie i rozdrażniony, łaje mnie i gniewa się ciągle. Musiał ci bardzo przykre rzeczy napisać. Nie bierz mu tego za złe, od kilku dni reumatyzm odjął mu zupełnie władzę w nogach i dokucza mu więcej, niż zwykle, a przytem stan nasz materyalny najfatalniejszy. Wyobraź sobie, że musiałam sprzedać, bo więcej dawali, niż w zastawie, ten złoty krzyżyk, który mi kupiłeś za pierwsze zarobione pieniądze. Gdyby nie to, od dwóch dni nie jedlibyśmy obiadu. Pojmujesz, jak mi było, kiedy musiałam z tym krzyżykiem pójść do Kaufmannowej... Myślałam, że mi serce pęknie! Nie będę ci nawet pisać o tem. Teraz nie mam już w domu nic ani do zastawienia, ani do sprzedania. Ojciec nie zna dokładnie stanu rzeczy, ale drżę na myśl, że będę mu musiała powiedzieć całą prawdę. Co dalej będzie, nie mam pojęcia i myśleć nawet o tem nie chcę. Dziś dwunasty, a dwudziestego przypada jedna rata wekslowa, dwudziestego drugiego druga; czy pamiętasz o tem, moje biedne, drogie dziecko? Gospodarz przysłał już dwa razy za mieszkanie, odpowiadałam mu, że czekam na pieniądze od ciebie i zgodził się do piętnastego zaczekać. Maryanna także niezapłacona już trzeci miesiąc prawie. Jeżeli możesz, pomyśl o nas koniecznie.
Nie uwierzysz, jak mi strasznie ciężko, że muszę się u ciebie dopominać o pieniądze, których sam masz tak mało, ale wszelkie próby, abym zarobić coś mogła, nie udały się. Nieszczęście nas prześladuje na każdym kroku. Doprawdy grzech to, ale czasem przychodzi mi na myśl prosić Boga, aby tego nieszczęśliwego starca zabrał już do siebie, aby mu się nie dał już tak męczyć dłużej. Jeszcze mam na dwa dni na życie, potem nie wiem, co będzie?... Zupełna otchłań pod nogami. Wszyscy się dziwią, że ty, taki zdolny, zarabiasz tak mało. Ja sama tego zrozumieć nie mogę. Czemu to?
W modlitwie jeszcze moja ostatnia pociecha, ostatnia otucha i nadzieja, może Bóg dobry zlituje się wreszcie nad nami i ześle nam lepszą dolę, temu biednemu starcowi nad grobem i tobie, mój najdroższy synu, ty wszystko moje. Ja już dla siebie nic nie chcę i wzięłabym wszystko złe na siebie, aby tylko wam było lepiej. Przecież Bóg jest dobry — nie wątpię w to, nie chcę zwątpić, nie mogę...
Zrób co się da, bo inaczej z głodu i na bruku pomrzeć nam chyba przyjdzie obojgu z ojcem. Ja opuścić go nie mogę, a z nim nawet do służby mnie nie przyjmą...
Kończę już, bo mi łzy zalewają oczy, błogosławię cię, tęsknię do ciebie i tak mi cię żal, tak żal, tak okropnie żal, moje ty najdroższe, biedne dziecko!

Twoja matka“.


„Kochany Julku! — pisał tego samego dnia Daliński. — Nie odpowiedziałeś mi na ostatni mój list, ale jestem tak szczęśliwy, że chciałbym całemu światu o mojem szczęściu opowiedzieć, a że i ty jesteś cząstką świata — nawet artyści są ludźmi — więc choć tobie opowiem. Jesteśmy teraz z moją żonuchną, żonusienką, z moim żonusiem najdroższym we Florencyi. Nie masz pojęcia, jak tu cudownie! Samo słońce, słońce, słońce, a mnie się zdaje, że ono nie z nieba świeci, tylko z naszych serc, i że to nie jakieś światło w przestrzeni płonie i grzeje, tylko miłość nasza, szczęście nasze. Kwiatów tu w bród; zupełnie podobne do słów mojej żony i do jej pocałunków... Jest mi tak dobrze, tak dobrze, tak dobrze! Nie mogę zrozumieć, że może być komu źle. Wiesz, że sprzedałem mojego „Atlasa“ za dwa tysiące franków — kupił go jakiś stary markiz włoski, a teraz robię biust jakiejś rudej Amerykanki. Brzydka, jak piekło — tybyś nie robił tego za miliony — ale bogata, jak Mackay, czy Vanderbild, bo już mówić jak Krezus, wyszło z mody. Zażądałem pięć tysięcy franków i zaraz się głupie babsko zgodziło, choć byłbym za tysiąc pięćset zrobił. Obsypuje prezentami moją żonę, w której się kocha — kretyn tylko mógłby się w niej nie kochać — a te prezenty już ze trzy razy tyle warte, co ja za biust wezmę. Powiadam ci, sypie złotem, aż się źle robi. Powiada, że sprowadzi z Paryża swoje dwie siostrzenice — jeżeli takie same małpy bezogoniaste, to powinni we Florencyi ogród zoologiczny zaraz otworzyć — i także mam je portretować. Gotówem fortunę na tej babie zrobić. A wszystko to dzięki mojemu anielstwu, moim małym ślicznościom, w których się ten koczkodan zaatlantycki rozmiłował. Dobrze, że nie potrzebuję być zazdrosnym.
Powiadam ci, zrób tak, jak ja, ożeń się. Dopiero można być szczęśliwym naprawdę. A na świecie jest tak dużo, tak dużo, tak okropnie dużo szczęścia!...

Twój
Karol Doliński“.


— Tak dużo, tak dużo, tak okropnie dużo szczęścia — powtórzył Juliusz Merten i, nagle, stargawszy list w ręku, rzucił go na podłogę swojej pracowni i deptać począł z wściekłością.
— Bydlę, bydlę! Przeklęte bydlę! — szeptał przez zaciśnięte wargi; po chwili jednak uspokoił się i myślał: — Czego ja od niego chcę? Cóż on temu winien, że jemu jest dobrze a mnie źle? Ale i co ja jestem winien, że mnie jest źle i że im jest źle?...
— Można? — ozwał się gruby głos za drzwiami pracowni.
— To ty, Krążel? — spytał Merten.
— Ja.
— Wejdź.
Wszedł Krążel, kolega Mertena, o rok od niego starszy, chłop z pochodzenia, co odrazu poznać można było po rysach twarzy, rękach i budowie ciała. Z jednym tylko tym Krążlem Merten żył bliżej; zbliżało go doń to, że obaj byli bardzo biedni, najbiedniejsi w całej majsterszuli. Tylko o ile Merten usiłował pozorami okryć swoją nędzę, o tyle Krążel nic sobie z niej nie robił, owszem, afiszował się z nią na każdym kroku.
— Cóż, ty szlachcicu? — rzekł, siadając na odwróconej dnem do góry pace od węgli — Cóżeś taki zły?
— Nic. Miałem listy.
— Z domu?
— Iz domu i od Karola Dalińskiego.
— Tej bestyi wiedzie się podobno archanielsko?
— Tak.
— Taki but! Nie mówię o tobie, ale nawet ja mam więcej talentu, niż on. Czy nie?
— Czy ja wiem? On sprzedaje, a my nie.
— To inna rzecz. A zresztą to nieprawda. Ja sprzedałem dziś dwie figurki à la Tanagra z terracoty. Czemu ty takich nie robisz?
— Nie umiem.
— Prawda, żeś ty artysta i tylko artysta, a ja jestem i artysta i rzemieślnik. Ale ten Daliński, wierz mi, to tylko rzemieślnik. Tylko, że to sprytny mechanik!
— Wiem o tem.
— Słuchajże, cóż ci jednak jest?
— Żal mi, że nie jestem sam.
Krążel przetarł twarz swoją szeroką ręką.
— Rozumiem — rzekł — rozumiem. Wiesz, że ja sam nieraz jestem kontent, że moi starzy kopyta wyciągnęli pierwej, nim się ta mizerya zaczęła. Zawsze samemu lżej. Bieda tam, co?
Merten nic nie odpowiedział.
— I cóż ty myślisz? — mówił dalej Krążel.
— W łeb sobie palnąć — odrzekł Merten.
— Tak, to byłoby najradykalniej.
Milczeli chwilę, potem Krążel rzekł:
— Wiesz, kiedy tak patrzę na ciebie i na mnie, wiesz, do czego wydajemy mi się, ty i ja, podobnymi? Oto do dwóch patyków wierzbowych, od pnia odciętych, które w ziemię wsadzono, ale je coraz więcej zasypują ziemią. Mimo, że podług porządku, nie mają prawa żyć, jako odcięte, jednak żyć mogą i żyć chcą, wsadzono je w grunt i puszczają gałązki zielone, ale zasypują je ziemią, która je głuszy i przygłuszy wreszcie... Skazane na zagładę, zginąć muszą, choćby żyć mogły. Może się źle tłómaczę, ale mnie rozumiesz, prawda?
— Rozumiem cię. Dlaczego ty jednak masz zginąć? Co tobie staje na przeszkodzie? Jesteś sam i tylko o sobie myśleć musisz.
— Nie mam szczęścia. A zresztą, wiesz, ty jesteś za wielki pan na artystę, a ja jestem za ordynarny. Ty nie umiesz zarabiać, a ja co ulepię, to takie ciężkie, że nawymyślałbym od psów, ktoby chciał to kupić. Za grubą mam, chłopską rękę. Wiesz co? — dodał po chwili — zacznijmy rzeźbić figury do kościołów po wsiach.
— Sprzedasz dwie na rok.
— I to prawda, albo i tyle nie. Niema co, muszą nas dyabli wziąć. Niema szczęścia.
— Nieprawda! Nie niema szczęścia! Szczęścia jest dużo, dużo, okropnie dużo...
Milczeli długo, potem Krążel ozwał się:
— Merten, jadłeś ty dziś śniadanie?
— Nie.
— A na obiad masz?
— Mam wszystkiego dwie szóstki.
— A do zastawu co, do sprzedaży?
— Nic.
— Bo ja com za te tanagry wziął, to musiałem oddać Winklerowej za ostatni tydzień i goły jestem, jak święty turecki, a tak mi się żreć chce...
— Weź jedną szóstkę, leżą tam na stole. Jak chcesz, to weź dwie.
— A ty?
— Mnie się jeść nie chce. Mnie się już niczego na świecie nie chce, tylko odpocząć, raz odpocząć. Weźże, nie rób komedyj.
— Wezmę, bo mi aż coś w kiszkach skręca. Za te tanagry dali tak mało, ledwie, że Winklerowa się zgodziła poczekać na resztę. Będą dwa serdele, dwie bułki i papieros. Masz ty co palić?
— Nie.
— Wiesz ty, Merten, przecieby było bardzo źle, gdyby takiemu, jak ty, przyszło zginąć.
Merten uśmiechnął się.
— Trzeba się poddać, albo wyrwać.
— Wyrwać?... Łatwo się to mówi.
— Tchórz tylko nie może się zdobyć na taki krok, powtarzam ci, tchórz. Głupstwo jest mówić, że ktoś z tchórzostwa przed życiem w łeb sobie strzela. Życie czasem nie da się znieść, ale najgorsze nie przeraża tak, jak śmierć. Co mnie tu spotkać może, wiem, mogę nie czuć w sobie sił, mogę nie chcieć walczyć, ale tam — tam, gdzie nie wiem nic...
— Ej, co my tam o tem wygadamy — przerwał Krążel — nie tacy gadali, a nie wygadali nic. Słuchaj, Julek robisz ty biust tego Gorzyckiego?
— Jakże mam robić? To już prawdziwy pech! Gorzycki chce pozować tylko do głowy, a resztę mam zrobić z modelu i to nietylko w glinie, ale nawet w marmurze, nawet głowę w marmurze mam obciosać, a on potem tylko do podobieństwa i wykończenia chce pozować na gotowem popiersiu.
— Dziki cymbał!
— Pewnie, że dziki pomysł, ale to taki dla mnie pomysł. Mam mu w marmurze wykuć popiersie, a ja nietylko na marmur, ale na glinę i na modela nie mam.
— Nie słyszałem o takim obstalunku.
— I ja nie. To jak na złość.
— A żebyś mu powiedział.
— Niema go tu, jest we Francyi, czy gdzieśindziej jeszcze. Przyjedzie na tydzień może i chce przez ten czas dać się sportretować.
— A żebyś do niego napisał?...
— Czy ja wiem, gdzie on jest? Zresztą myślałem, że będę miał pieniądze, że będę miał za co skończyć moją „Wizyę“ na konkurs. Co miałem, musiałem posłać do domu. Dobrze, że tam choć o konkursie nie wiedzą.
— To już prawdziwy i osobliwy pech...
— Taki mój pech. Wiesz, mój los, to jest taki. Gdybym był na pustyni i umierał z pragnienia, tobym niechybnie trafił na całe morze, ale — gnojówki! Pićbym miał co, do zbytku, ale takiej wody, żeby jej pić nie można było. I ta ironia losu, to szyderstwo życia, to jest gorsze, niż samo złe. To doprowadza poprostu do obłędu, do szaleństwa, wściekłości i rozpaczy. Masz uczucie, jakby ci kto rękę w śrubach wykręcał i uśmiechał się do ciebie równocześnie; wolałbyś, żeby ci plunął w oczy i pałką rozbił czaszkę Czy nie?
Krążel wziął zapałkę ze stołu i począł ją gryźć, a potem popatrzył na Mertena i mruknął przez zęby:
— Więc co?
— Czy ja wiem, co? — odparł Merten, idąc ku oknu.
Na oknie leżała trupia głowa, którą Merten kupił dla studyów. Biała kość czaszki połyskiwała w poświacie zachodzącego słońca; Merten wziął głowę w rękę, podniósł i począł się jej przypatrywać.
— Cóż tam widzisz osobliwego? — mruknął z zapałką w zębach Krążel.
— Nic, myślę tylko, że to także czuło, że temu także może było źle i że to teraz takie ciche, spokojne i obojętne. Możnaby o podłogę grzmotnąć i nie powie nic.
— Nieboszczyk Hamlet lepiej już o tem gadał.
— Wiesz, Krążel, co mi przychodzi na myśl? Gdyby tak z rewolweru do tej czaszki palnąć? Ciekawym, czy pryśnie?
Krążel rozwarł szeroko oczy.
— Zwaryowałeś, czy co?
— Nie, ale mię coś prze do tego. Dajno rewolwer, leży tam na szafie.
— Znam twoje dzikie fantazye, ale ta — chyba cię giez ukąsił... Przecie to i grzech, jak Boga kocham.
— Ech ty, stary idyoto, dajno rewolwer!
— Jak to w człowieku siedzi krew — mruczał Krążel, idąc ku szafce — jak każe, to ani weź niesłuchać. Myślałby kto, że z ganku każe zajeżdżać przed dwór. — Masz.
— Dobrze, dziękuję.
Krążel jednak próbował perswadować:
— Słuchaj, zrobi się huk, przedziurawisz ścianę.
— Strzela cicho — odparł Merten — a położę głowę na draperyi, to kula utkwi. Ustąp się.
Krążel cofnął się. Merten zaś, zwinąwszy wałek z draperyi, położył na nim czaszkę, poczem odstąpił kilka kroków w tył, wymierzył i pociągnął za cyngiel.
— Chybiłeś — rzekł Krążel — daj już pokój.
— Nie!
— Znowuś chybił, słuchaj, daj już pokój.
— Czekaj!
Kość rozprysła się po pracowni, strzał padł zblizka, więc wszystkie szwy odrazu puściły.
— O jej! — mruknął Krążel.
Merten stał chwilę nieruchomy, a potem, włożywszy rewolwer do kieszeni na piersiach, drżącym głosem odezwał się:
— Wiesz, Krążel, dziwnego doznawałem uczucia, mierząc do tej czaszki. Oto poprostu strach mię zdjął. Zdawało mi się, że patrzy na mnie swojemi pustemi dołami oczu i że jej szczęki mają jakiś wyraz. A przytem miałem uczucie, jakbym robił coś złego, jakbym popełniał jakie świętokradztwo. Zawsze to, myślałem, ludzka kość, żywy, czy umarły, ale ludzki łeb i ja do takiego ludzkiego łba strzelam... To, co umarłe, ma w sobie jakąś świętość... Ręka mi drżała. Dwa razy z tak blizka a chybiłem! Może mię tu, myślałem, na miejscu szlak trafi i rzeczywiście serce mi mocno bić zaczęło. Wiesz, zląkłem się, jak dziecko, tego Boga, który niby ma na wszystko patrzeć. Ale trzeci raz, to już strzelałem, jak do tarczy.
— Hm — mruknął Krążel — zawsze to...
— Przypatrz-że się — mówił dalej Merten — jak ten łeb potrzaskany cicho leży. Tak samo cicho leżałby twój łeb, gdybym do ciebie strzelił, albo mój, gdybym sobie kulę w czoło wpakował. Najmniejszejby nie było różnicy. Życie jest strasznie kruche i ogromnie łatwo je przerwać...
— Tak, ale niepodobna go nawiązać.
— Wątpię też, żeby kto, raz przerwawszy, chciał je znów potem nawiązywać, gdyby mógł nawet...
— A jeśli tam jest jeszcze gorzej?...
Merten nie odpowiedział nic, usiadł ciężko na krześle obok stołu, pochylił głowę i oparł ją na rękach; potem wziął ze stołu list ojca i podał go Krążlowi, mówiąc:
— Masz, czytaj.
Krążel przeczytał.
— I cóż? — spytał Merten.
— A nic, źle.
— Oburzył mnie ten list! — wybuchnął Merten. — Jak ojciec może mi kazać naginać się do ludzi?! Ciekawym, czemu ja się mam do nich naginać, a nie oni do mnie? Jak może pisać mi, że duma nie prowadzi do niczego?! W każdym razie odprowadza od nikczemności! Co mi z tych ludzi przyjdzie? Czy dadzą mi zarobek? Z głodu między nimi można skonać. Oni nas nie chcą wynagradzać, oni nam nie chcą nawet dać zarobić, oni nas chcą tylko wyzyskiwać. I to, jeżeli który chce wyjątkowo, bo ogółem oni nas nie potrzebują, my jesteśmy im zupełnie zbyteczni. Czem jest sztuka dla ogółu? Głupstwem, tapetą na ścianie, bez którejby i tak ściana była. Czy nie?
— Może.
— Bywać, bywać w porządnych towarzystwach! Czy wiesz, że ci się tam nikt nie spyta, co ty masz w głowie, tylko, co ty masz na plecach? Nie porządny mózg, albo porządne serce — ale porządny surdut stanowi to tak zwane porządne towarzystwo. Czy myślisz, że Henrewicz byłby razem ze swoim genialnym talentem tak przyjmowany, jak jest, gdyby mniej zarabiał i nie ubierał się tak dobrze? Jakże ja tam pójdę? Na surdut zarobić nie dadzą, a bez surduta nie przyjmą... Że w danym razie zarwałbym krawca, to nic, bylem surdut miał. Podły świat!
— E, niema głupich, poszli w zimie las bielić — wtrącił Krążel, patrząc na swoje oberwane spodnie. — Choćbyś chciał, to nie zarwiesz.
— Myślisz, że Daliński i Wierzycki zarabialiby tyle, gdyby jeden nie miał był stu reńskich miesięcznie z domu, a drugi nie żył na utrzymaniu u Schwarcwandowej? Mieli się za co elegancko ubrać i nikt im nie śmiał proponować trzydziestu reńskich za medalion naturalnej wielkości, bo taki, myśleli, goły jest, to mu byle co nietylko dużo — ale łaska.
— Świnie! — wtrącił Krążel.
— A potem — mówił dalej Merten, rozdrażniony coraz więcej — ojciec nie wie, że ja mam w tem porządnem towarzystwie opinię libertyna, moralnego potwora, dzięki temu, co komponuję, dzięki temu, co mówię, dzięki temu, że nie wciągam na siebie baraniej skóry. Widział mnie ktoś raz z Lottą na ulicy, to już dosyć; każdy wie, że iks, ypsylon, zet, ma takich Lot dziesięć, bo ma więcej pieniędzy na nie, ale że się z niemi na ulicy nie ma odwagi pokazać, to już dobrze.
— Bydło! — mruknął Krążel, gryząc wzięty ze stołu węgiel.
— Zresztą, jedno jeszcze. Żebyś ty wiedział, ile upokorzeń musi znieść człowiek, o którego biedzie wie jego majętna rodzina. Jak ci to dadzą uczuć na każdym kroku!... Czy myślisz, że im to pochlebi, że masz talent i że ludzie o tem wiedzą? Broń Boże! Wstydzą się twoich wytartych łokci i rozklapanych butów i za parawanby cię wepchnęli, gdyby mogli. A przyjechał taki wiejski osioł, kuzyn mój, Józio Siwski, to, że miał lakierowane trzewiki i złoty łańcuch na brzuchu, na rękach go nosili i był dla niego bal. On i ja! Tfu!
— Tfu! — powtórzył Krążel, spluwając zgryziony węgiel.
— Ach! Ile upokorzeń się musiało znieść, pókim z nimi żył! — mówił dalej Merten — ja, któremu się aż głowa podrywała w górę między nimi... Ile razy mi dali jeść, to mi dali uczuć: najedz się darmo, bo nie masz za co kupić. Ile razy mnie zaprosili, to mi dali uczuć, że to uprzejma łaska. A te pytania o mój podupadły dom! Nic niema tak podłego, jak ta wypełzająca z ludzi wszystkiemi porami Schadenfreude. Gdybym ja naprzykład w tej chwili rękę złamał, to tybyś się cieszył, że ci ubył konkurent, choćbyś udawał, że się martwisz. Nie gadaj mi: nie, cieszyłbyś się!...
— No, tobym się cieszył.
— A cieszyłbyś się! Kroćset sto tysięcy dyabłów, jaki świat jest podły!
— Podły jest — powtórzył Krążel, biorąc nowy węgiel ze stołu.
— A ten książę Konstanty, ten protektor, ten mecenas sztuk! Jak mu przyszła fantazya, tośmy i trzy godziny nieraz musieli na niego czekać, a odejść — broń Boże. Nie mówi nigdy inaczej, tylko „mój kochanku“ i po ramieniu klepie. Jak kto z arystokracyi do niego przyszedł, to nas czasem prezentował, a czasem nawet nie, ale nam nigdy nikogo. Odwrócił się nieraz plecami do nas i rozmawiał cały wieczór, a ty rób, co chcesz. A jak oni nas traktowali! Raz, usłyszałem przypadkiem, mówi hrabia Warneński, ten, co się to w kanarkach kocha i ma ich całe tuziny w pałacu: Je ne comprends pas, Kociu, jak ty się tą hołotą artystyczną tak otaczać możesz? A książę na to: Cóż chcesz, to są moje kanarki... Aż zakipiało we mnie! Kiedyśmy mieli iść do stołu, podchodzę do niego i powiadam mu: Książę daruje, że odejdę, ale ja ani siemienia nie jadam, ani z arystokratyczną hołotą siedzieć razem nie myślę. Otwarł gębę. Tyle mnie tam naturalnie i widzieli. Ale już dzięki temu mecenasowi sztuk, nie kupili mi podczas zakupu mojego Napoleona, który przecież był coś wart!
— Ba! — rzekł Krążel.
Milczeli chwilę, potem Krążel spytał:
— Cóż ty teraz będziesz robił? Ściemnia się.
— Mam ochotę w łeb palnąć sobie — odrzekł Merten, wstając. — Patrzno, jak ten potrzaskany łeb cicho leży... Juliusz Merten, który sobie z nędzy ma ochotę w łeb palnąć!... Tfu!... Przecież mieliśmy wsie...
Wówczas Krążel przetarł twarz swoją szeroką chłopską ręką i głosem przytłumionym, jakby go w gardle ściskało, począł mówić:
— Wiesz, Merten, chciałbym być u ciebie ekonomem i takby być powinno. Pojechalibyśmy teraz w pole, tybyś się wiózł na koźle, ja za tobą na siedzeniu z furmanem... Sianoby nam pachniało — mówił dalej — dziewkiby się czerwieniły gdzie przy burakach, a od boru ciągnie szum pachnący, a nad nami jaskółki fiut! fiut! Twoją żonę w białym dworze w rękębym na werandzie całował. A czyjeż to takie zboże, takie konie, taki dwór? — pytaliby ludzie. — A pana dziedzica, Juliusza Jastrzębca Mertena dwór. A któż mu tego tak pilnuje? A jego ekonom, Jan Krążel z Palówki. No, nie mogłoby tak być, co?...
Merten nic nie odpowiedział.
— Psu na budę takie życie — rzekł Krążel. — Może chcesz, wezmę drugą szóstkę i przyniosę ci co?
— Nie, dziękuję. Jak chcesz, to weź dla siebie. Spać mi się chce.
Krążel zrozumiał, że Merten chce być sam, rzekł więc, podając mu rękę:
— Do widzenia. Przyjdziesz do Winklerowej?
— Może, bądź zdrów.
Krążel wyszedł.
Merten rzucił się na kanapę, założoną draperyami i chwilę leżał prawie zupełnie bez myśli. Potem zaczęło mu kołować w głowie.
— Tak, szczęście jest — myślał — szczęście jest...
I dlaczego on go mieć nie może? Czy ma mniej do niego praw, niż inni? Dlaczego ta wieczna, straszna ironia życia? Dlaczego to przekleństwo przeznaczenia ponad nim? Dlaczego na każdym kroku od tylu lat jedno i jedno zawsze tylko nieszczęście? Dlaczego mu się nie wiedzie, mimo że ma większy może, niż inni, talent? Dlaczego los go postawił w warunkach, które mu poprostu ręce wiążą. Wiecznie, od pierwszej chwili prawie, w której się zaczął kształcić, niedostatek, brak, przygnębienie domowe — nie pozwalały mu ani tak żyć, jak innym, ani rozwijać się normalnie. Nigdzie nie był, niczego nie użył, nic nie widział. Nie miał dotąd jednego dnia, o którym mógłby był powiedzieć: miałem dobry dzień — ani jednego grosza, który mógłby był swobodnie wydać.
A ta ciągła walka o każdy kęs chleba, o każdą kroplę wody! Ciągłe stykanie się i ścieranie z ludźmi, których upodliła nędza, lub którzy odrazu podli na świat przyszli. Wszędzie, na każdym kroku brutalność, zawiść, złość, fałsz, głupota i nikczemność ludzka; wszędzie, na każdym kroku musieć żyć w tym świecie, tak obcym mu, tak wstrętnym, z którymby go nie jedno życie, ale wieki całe nie zdołały pogodzić, połączyć... Okropny los, okropny dla natury takiej, jak jego, bujnej, skrzydlatej, pełnej fantazyi i namiętnych pragnień, chciwej wrażeń i upojeń, rozkołysanej przez sny i wizye, ceniącej nadewszystko swoją dumę, swoją niezależność... Okropny los, okropne życie!...
Dawniej zdawało mu się czasem, że to nieprawda, to sen tylko: zbudzi się, otrząśnie, albo dzieckiem w swojej rodzinnej, nigdy nieodżałowanej wsi słonecznej, albo człowiekiem w jakimś zupełnie innym świecie. Czasem zdawało mu się, że już struna do ostatnich granic wyprężona, że już się musi ten straszny sen skończyć, i zamykał oczy, aby je otworzyć za chwilę z uśmiechem, do innego promiennego życia...
Ale to nie był sen.
Więc długie lata wrzał w nim bunt, walczył, miotał się, szarpał, miał nadzieję zwycięstwa... Zawiodła.
Potem przyszła rezygnacya, obumarłość jakaś, apatya, nieme ale śmiertelnie bolesne: niech się co chce dzieje!
I jak dawniej, kiedy nowe nieszczęście na jego rodzinę lub na niego spadło, dziwił się, że jeszcze gorzej być może, niż dotąd było; tak teraz dziwił się tylko, że nie jest jeszcze tak źle, żeby już gorzej być nie mogło, żeby już po prostu poza tem złem była otchłań... Boć przecież dotąd jeszcze ani na pół sparaliżowany ojciec jego, ani matka znękana i zgnębiona nieludzko, nie byli ani chwili głodni, ani chwili bez dachu nad głową. Ale teraz taka chwila już chyba nadeszła.
Wszelkie środki były wyczerpane. On sam od tygodnia nic ciepłego w ustach nie miał, oni za parę dni nie będą mieli za co chleba nawet kupić. Już ostatnia musiała być potrzeba, kiedy matka sprzedała żydówce ten złoty krzyżyk; wiedział, że byłaby wolała pół życia dać, niż to utracić...
Wtedy, kiedy go kupił, zdawało się, że będzie im dobrze w życiu...
Wziął list ojca w rękę: każde słowo, każdy wyrzut falę krwi rzucał mu do piersi. Lękał się, że padnie rażony apopleksyą, bo te wyrzuty wszystkie były niesprawiedliwe naprawdę, choć się pozornie słusznymi wydać mogły. To nie był winien on, to było winne nieszczęście. A zresztą on nie miał już żadnej wiary, żadnej nadziei. Trzeba było skończyć i moment ostateczny już nadszedł. Miał do wyboru tylko dwie drogi: albo rodzice, albo on. Sam dla siebie zarobić potrafi, jeżeli nie będzie całych prawie swych dochodów obracał na utrzymanie domu.
— Oni, albo ja — myślał — jedną stronę trzeba wybrać. Życie moje nie przyda im się na nic, nie wybawi ich, nie ocali, ale ocalić ich może moja śmierć. Dopóki ja będę żył, świat obowiązek utrzymania ich, żywienia, składa na mnie; gdy mnie nie będzie, poczuje się przecież sam w obowiązku względem nich. To już nie będą rodzice, tylko ludzie. Śmierć moja wywoła wrażenie, przypomni sobie o nich rodzina, która teraz spokojnie może się zasłaniać mną, „dorosłym i tak utalentowanym synem“. Do walki dalszej nie mam już poprostu sił, za wielem przeszedł; trzebaby cudu, abym żywy mógł fatalnemu położeniu kres położyć; ale moja śmierć musi coś zmienić. A zresztą... mnie już nie będzie. Ja także czuję, mnie także jest źle, już nie mogę więcej...
Będzie to straszny cios: jeżeli ich zabije, tem lepiej dla nich; jeżeli nie — śmierć z głodu gorszą jest, niż utrata syna.
— Czy tylko będę miał odwagę?... Muszę ją mieć, muszę! Muszę umrzeć!
A gdyby... a gdyby jeszcze spróbować, jeszcze walczyć, jeszcze żyć... może się przecież co odmieni... Ach! Ileż to razy spodziewał się tej odmiany, był jej pewny... Nie, nie odmieni się nic, może być tylko jeszcze gorzej, jeżeli wogóle jeszcze gorzej być może... Jedyną drogą ocalenia rodziców od ostatecznej nędzy jest jego śmierć, jedyną drogą wyzwolenia jego samego od męczarni życia — jest samobójstwo. Trzeba umrzeć.
Myśli tej uczepił się gorączkowo, namiętnie: nie chciał rozważać, zastanawiać się, zmęczony jego umysł oparł się na tej idei, jak ptak raniony na podciętej nad wodą gałązce. Wie, że gałąź się złamie i runie z nim razem do wody, ale on już dalej lecieć nie może... i, byle nie lecieć, gotów jest wpaść w wodę i utonąć.
Zdenerwowany do najwyższego stopnia organizm Mertena nie dopuszczał nawet do rozumowania. Boleść, jaką sprawi rodzicom, straszna, okrutna, niewysłowiona boleść, od której woleliby z pewnością tysiąc głodowych śmierci, obowiązek względem nich do ostatniej przez naturę przeznaczonej chwili, wszystko to prawie nie istniało dla niego. Nie zdawał sobie z niczego sprawy, nie mógł, nie chciał jej sobie zdawać.
Myśl samobójstwa przychodziła mu zresztą nieraz do głowy i nie była obcą. Skłonny do melancholii, mało mający odpornej energii życiowej, a zmuszony do fenomenalnie ciężkiej walki z losem, myślał nieraz o gwałtownem i stano wczem położeniu kresu tej walce. Idea ta potężniała w nim coraz więcej, coraz mniej zdawała mu się straszną śmierć.
A jednak...
— Czy tylko będę miał odwagę? — powtórzył sobie.
Dlaczego nie ma jej mieć? Tam — cokolwiek będzie, nie będzie gorzej, być nie może! A życia — ha, tego to chyba nie będzie mu żal...
Jakieś głuche zamyślenie owładło jego umysłem. Oparłszy czoło na rękach, siedział nieruchomy i prawie bezmyślny. To słowo: Bóg, ogłuszyło go, jak cios młota w czaszkę.
Nie wiedział sam, czy wierzy, czy nie wierzy. Nie modlił się nigdy, jednak nie mógł zasnąć, nie przeżegnawszy się poprzednio, zupełnie jak dziecko, położone w łóżeczko.
Nagle wstał, wyprostował się i rzekł prawie głośno:
— Cokolwiek bądź, zrobię to!
Wyjął rewolwer z kieszeni.
— Ostatnia scena, godna całej tragikomedyi, całego melodramatu. Syn, poświęcający życie dla ocalenia od głodowej śmierci rodziców, strzela sobie w łeb z rewolweru, który dostał na urodziny od ojca. Pyszna scena! Pyszny melodramat. Biłbym brawo, gdybym sam nie był aktorem...
Przyłożył lufę do czoła i nagle cofnął rękę. Czuł, jak mu krew zbiegła do serca.
— Nie! Nie!...
Zdawało mu się, że coś wyje w nim z trwogi, kurczy się i zrywa, że coś krzepnie w nim i tężeje. Spojrzał na ręce i rzucił okiem w lustro.
— To za chwilę ma być trup! — wyszeptał. — Nie! Nie!...
A więc żyć?... Żyć i dopuścić do tego, że rodzice wyciągnąć rękę będą musieli, błagając ludzi o litość, o miłosierdzie? Znieść tę hańbę, ich hańbę, i swoją?!... I on także będzie musiał żebrać, bo i dla siebie nie ma na obiad i mieć nie będzie. Więc pójdą wszyscy troje pod kościół siąść, czy po ulicach się włóczyć?
Ogarnęła go rozpacz bezgraniczna i wściekłość. Giń, giń, giń, giń! — wołało w nim coś. — Giń ty, co na życie zarobić nie umiesz! Giń, niedołęgo, nędzarzu, wyrzutku! Podłego łba nie masz odwagi sobie roztrzaskać, ale będziesz miał odwagę patrzeć, jak twoich rodziców psami szczuć będą, będziesz miał odwagę patrzeć na ich łachmany, na ich śmierć z nędzy! Będziesz miał odwagę znieść ich skargi, wyrzuty i spojrzenia ludzkie! I co ty sam poczniesz?! Co ty jeść będziesz?!...
Dławiące, kurczowe łkanie porwało go za gardło.
— Jezu, Jezu, Jezu! — szeptał — Jezu, pomóż mi umrzeć, bo widzisz, że nie mogę inaczej, nie mogę...
I w tej chwili wierzył, wierzył jak dziecko, albo kobieta.
Ach! Gdybyż teraz wyciągnął ku niemu ręce Chrystus, ręce białe i jasne, i do siebie go wziął, do siebie przygarnął...
— Cudu! — jęknął.
Ale dokoła było cicho i martwo. Więc wówczas Merten ponownie przytknął lufę do czoła. Chwilę stał, nie mając sił na pociągnięcie cyngla, zamgliły mu się oczy, zawirowało coś w głowie i padł na kanapę, puszczając rewolwer z dłoni.
Nie było to zemdlenie, ale niemoc taka, że powiek podjąć nie mógł, ani wargami poruszyć. Zdawało mu się, że krew zastygła w nim.
— Gdyby umrzeć — myślał — gdyby umrzeć...
Powoli niemoc ta śmiertelna w półsen jakiś przechodzić zaczęła. Śniło mu się niby, a niby wiedział, że mu się śni tylko, że leży w jakimś ogrodzie, pełnym róż i zieleni, na ścieżce, wysypanej złocącym się w słońcu, suchym, żółtobiałym piaskiem. Zupełnie taka ścieżka, jaka była u nich na wsi, przed dworem. Nieco dalej rosły świerki i cień rzucały na trawę, szumiąc cicho i zadumanie. Leżał prawie na wznak, z głową tylko opartą na wyciągniętej ręce. Nie był martwy, a jednak nie czuł nic, ani światła, ani ciepła od słońca. Wiedział, że istnieje, ale zupełnie zamarły. W ogrodzie było dziwnie jasno i miło, jakiś zaczarowany świat. Chciałby był tak leżeć bez końca.
Wtem na ścieżce pojawili się jego rodzice. Ojciec szedł, opierając się na lasce, niezwykle rześko i swobodnie, matka podpierała go z prawej strony, jak zawsze. Nie zmienili się nic, tylko matka była siwa, jak ojciec. Oboje szli z uśmiechem na twarzy, z jakąś radością wielką. Za nimi ujrzał Juliusz panienkę, w białej sukni, z polnemi konwaliami przy gorsie, tak piękną i wdzięczną, o jakiej nawet nie marzył nigdy. Miała także uśmiech na twarzy i jakąś wielką radość w ciemno-szafirowych oczach. Rodzice stanęli nad nim i ojciec rzekł: — No, Julu, wstań, ona przyszła.
Dlaczego nie wstawał — nie wiedział, było mu to zresztą zupełnie obojętne; jakby nie do niego ojciec mówił.
Potem odezwała się matka, ogromnie kochającym głosem: — Wstań, syneczku, ona przyszła. Wymodliłam ją dla ciebie, wyprosiłam u Boga. Włosy mi osiwiały od modlitwy, od nocy na klęczkach spędzonych. Patrz: czy nie śliczna? Niesie ci szczęście, niesie ci wesele, niesie ci raj. Wstań, dziecko najdroższe, ona czeka. Bóg nam ją dał, wynagrodzi nam wszystko złe. Podaj jej rękę, wstań.
Ale jemu było zupełnie obojętne to, co mówiła matka. Słyszał, ale nie czuł nic. Naówczas zasmuciły się twarze rodziców i zasmuciła się twarz panienki, co z nimi przyszła do ogrodu. I uklękła i ona przy nim i podjęła mu głowę i patrzała nań dziwnie słodko swemi ciemno-szafirowemi oczyma, nie mówiąc nic — — ale on leżał nieruchomy.
Wtedy ona położyła mu głowę na piasku, rodzice uklękli przy niej i wszystko troje płakać poczęli cicho i śmiertelnie smutno. On czuł ich łzy, spadające mu na czoło, na przymknięte na pół powieki, na usta. Ale kiedy ojciec, jęknąwszy, upadł mu na piersi, a matka z rozdzierającym krzykiem w tył się usunęła, w ramiona klęczącego obok dziewczęcia, Juliusz wstrząsnął się cały i porwał z miejsca.
Ocknął się, siedząc na kanapie. Zimny pot spływał mu po czole, drżał cały, myśli zebrać nie mógł.
— Tak, ona przyjdzie, ona przyjdzie — szeptało mu coś w duszy — ale przyjdzie zapóźno... Wymodlisz ty ją, matko u Boga, wyprosisz, ale po to, aby za trumną moją szła, po nic więcej...
Półsenne marzenie zdenerwowało go do reszty. Miał ochotę płakać, skarżyć się, czuł potrzebę wypowiedzenia komuś całej krzywdy swego życia, całej jego boleści... Gdyby ona teraz przyszła, niosąc mu to szczęście, ten raj... Gdyby mógł usiąść u jej nóg, głowę na kolana jej oprzeć i mówić, mówić, ażby wypowiedział wszystko, wszystko wyskarżył... A potem poszliby gdzieś w inny świat, w jakieś lasy szumiące, nad jakieś morza i jeziora senne, na góry złote od słońca... Umiałby ją tak kochać, tak kochać, tęskni do niej tak serdecznie, on, któremu kochać nie wolno, on, dla którego miłość jest czemś zupełnie niedostępnem, który nie może znać innych kobiet, oprócz modelek i dziewek ulicznych...
Wstał z szezlonga i podszedł ku oknu; słońce zaszło już i mrok zapadał.
— Ostatni wieczór... — rzekł półgłosem.
Teraz myśl samobójstwa była już postanowioną: wszelkie refleksye odtrącił, trwogi się pozbył, żal względem rodziców przewalczył, żalu dla świata nie miał.
Swobodnym ruchem podjął upuszczony na ziemię rewolwer; mógłby sobie w tej chwili wpakować kulę w serce, ale może jeszcze, bez żalu pożegnać się z tem, co niegdyś kochał nad wszystko, z naturą i sztuką. Niegdyś, bo czas, kiedy chciał żyć, wydawał mu się taki dawny, taki dawny... Więc patrzył przez okno na księżyc, który wychodził powoli na niebo, patrzył na kilka bladych gwiazd, sennych w niezmiernem pustkowiu przestrzeni i na lśnienie księżyca na blaszanych dachach kościelnych. Szkoda, że ani drzew, ani gór, ani wody nie widać, ale już nie pójdzie za miasto, jest zanadto zmęczony, a zresztą... nie trzeba rozrywać nastroju. Czuł się w ekstazie jakiejś, w upojeniu gorączkowem myślą tak blizkiej śmierci; był jakby zahypnotyzowany.
I długo, długo patrzył w niebo szeroko otwartemi oczyma i wdychał jego ciszę, spokój i czar jego wieczornej piękności, a potem zapalił gaz w pracowni.
Były tu gipsy, roboty w glinie zaczęte, zarysowane kartony. Jedną z zagadek swego niepowodzenia miał tu Merten rozwiązaną. Wszystko to było doskonale robione, ogromnie wykwintną i nawskróś artystyczną ręką, ale miało charakter, albo dziwacznej jakiejś fantastyczności, albo przechodzącego wszelkie granice zmysłowego wyuzdania, a przytem były to pomysły raczej malarskie, niż rzeźbiarskie.
„Gwałt“ i „Lezbijska miłość“ stały tu od roku, na wystawę bowiem przyjąć tych rzeźb, mimo wspaniałej roboty, nie chciano, nie można było poprostu.
Obok przeznaczona na konkurs „Wizya“, przedstawiająca nagą kobietę, wychodzącą z wodnego sitowia z nożem w ręku, z twarzą przerażoną i z wyrazem obłędu w oczach, w jasnem świetle gazowem sprawiała ogromne wrażenie, choć jeszcze nieskończona. Zgóry jednak profesor mówił Mertenowi, że wątpi, aby, mimo całej wartości artystycznej, rzecz ta uzyskała jaką nagrodę, gdyż jest niezrozumiałą i potrzebuje komentarzy. Dlaczego nie idzie dalej, tak jak dawniej, w kierunku klasycznym, skoro już dwie nagrody swoją „Dyaną“ i „Psychą“ zdobył?
Zupełnie tak, jakby natchnienie szło w jakimś kierunku, jak żeby on wiedział, zkąd mu się ta wizya wzięła i dlaczego właśnie taka a nie inna...
Nad drzwiami wisiały ogromne kartony, na których Merten utrwalał swoje pomysły, nie mając za co kupić sobie odpowiedniej ilości gipsu; kryły to wszystko kolosalne rysunki, grupy figur nadnaturalnej wielkości, nie rysowane, ale rzeźbione poprostu węglem i kredką na papierze, z szalonym rozmachem. Człowiek, który tak rysował, musiał w myśli kuć dłutem w marmurze: linie były grube, cieniów mało, kontury za to obwiedzione mistrzowską ręką, plastyczne niesłychanie, przepyszne w odczuciu i odtworzeniu.
Jeden z kartonów przedstawiał grupę nimf i faunów, spłoszonych podczas uścisków miłosnych przez wodnego potwora, grupę tak kolosalną, tak potężną fantazyą i tak zmysłowo odczutą, że odurzała wprost, wywoływała jakiś zawrót głowy. Wyrzeźbione — byłoby to dzieło olbrzymie i nadzwyczajne.
Któryś z członków komitetu wystawowego, zwiedzając pracownię Merterna, oświadczył, że gdyby dzieło zostało wykute i gdyby nawet zdecydowano się, mimo tak drastycznego tematu, wystawić je, to tak kolosalna rzecz nie zmieści się w drzwi gmachu wystawy.
— Rozwalcie zatem ścianę, jeśli rzeźba tego warta — odrzekł Merten. — Czy chcecie, abym komponując stosował się do waszych drzwi?
Długo wpatrywał się młody artysta w swoje gipsy i kartony i z gorzkim uśmiechem rzekł głośno prawie, kładąc sobie rękę na czole:
— Teraz, jak Andrzej Chenier na szafocie, mogę sobie powiedzieć: et pourtant j’avais quelque chose là.. Ale to już skończone... I pomyśleć, że trawa będzie się tak samo zieleniła i tak samo kwitnąć będą kwiaty i tak samo ludzie będą żyli, będą umierali... I pomyśleć sobie, że moja śmierć będzie takiem niczem, że nie zadrgnie nawet jeden liść na drzewie, jedna mgła na powietrzu... Oni będą rozpaczali — tak... Matka rwać sobie włosy z głowy będzie a ojciec nie powie nic, tylko nieruchomo patrzeć będzie przed siebie... Mój drogi, stary, biedny, najdroższy ojciec, moja najlepsza, najdroższa matka... Ale to wszystko będzie trwało tak krótko... Potem lat kilka, kilkanaście, cóż to jest?... A zresztą kto wie, może niema nic? Może z śmiercią moją zniknie ten cały świat, który miałem za rzeczywisty? Może istniał on tylko dla mnie i przezemnie, we mnie? Może to wszystko było złudzeniem, a naprawdę nie istnieje z tego nic? Może niema ani nieba, ani ziemi, ani ludzi, ani słońca, ani życia i śmierci? Cokolwiek bądź, wiem, że jeżeli dłużej żyć będę, czy to, co jest, jest złudzeniem, czy rzeczywistością istotną, żyć mi jest za ciężko, za trudno, niemożliwie. Nie mam już sił. Tak, może jestem podły, ale już nie mogę dłużej... I nie chcę!... Życie mnie zgryzło, zgniotło... Ale otóż, jeżeli wszystko to nie jest czczym snem, zostaną po mnie te rzeźby i te kartony. Oto, czem mogłem być. Jednym z największych rzeźbiarzy współczesnych — et pourtant j’avais quelque chose là... Ale już nie będę więcej, nie mogę, nie mogę...
Aby nie dopuścić do osłabnięcia naprężonej sztucznie i z wysiłkiem prężonej ciągle energii, której zachwianie uczuł nagle, przeszedł szybko z pracowni przez korytarz do wielkiej sali antyków. Zapalił wszystkie płomienie gazowe. W sali stało się jaskrawo od światła.
Ileż tu godzin spędził, zapatrzony w boskie kształty Afrodyty melijskiej i medycejskiej, bezgłowej Nike Apteros i Psychy z odwróconą twarzą, lubieżnej Afrodyty Kallipigos i Fidyaszowej nimfy, wiążącej w locie sandał; w bohaterski tors partenońskiego Tezeusza i dyskobolów kolosalne muskuły; ileż godzin przemarzył tu, jakby w zaczarowanym śnie... Cała Grecya słoneczna, złocista i promienna, pogańska i zmysłowa, stawała mu tu w oczach, zaklęta czarodziejską siłą fantazyi. Słyszał szum mórz błękitnych i szmery gajów oliwnych i pieśni rapsodów; z areny szedł na rynki miejskie, ze świątyń do gineceów, i do groty szedł na wyspie Melos, aby się tam zapatrzeć w bogini świętość zmysłową. Tu było jego wytchnienie, jego jedyna wyspa na ponurym oceanie życia, tu, opierając głowę na zimnych, kamiennych posągach kobiet, z których już nawet prochu nie zostało, wskrzeszał je i rozmawiał z niemi marzącą wyobraźnią. Ileż godzin spędził tu samotny... I zdawało mu się, że te posągi dawnej, pogańskiej Grecyi mniej są dziś martwe i zimne. Zgasił kilka płomieni gazowych: przybyło im więcej jeszcze życia. Zgasił więc wszystek gaz i tylko księżyc snuł przez wielkie okna srebrzysto-modre, mgliste wstęgi światła.
Odezwał się gdzieś daleki zegar na wieży: uderzył dziewięć razy i przebrzmiał w echu. Zrobiło się jeszcze ciszej po tym głosie.
Oparty o tors Wenery, bez głowy i rąk, bez nóg od kolan, stał Merten, w prawej ręce trzymając rewolwer, lewą obejmując przepyszne biodra bogini. Kallipigos i dyskobol z dyskiem w lewicy, rysowali się wyraźnie w świetlistem omgleniu księżyca; inne posągi bieliły się w mroczu a ponad wszystkimi wznosiła się melijska Wenus, nieskazitelna. Na odwróconą twarz Kallipigos i na jej ciało padał najsilniej blask miesięczny i prawie żywą ją czynił.
Merten patrzał.
Jakieś pragnienie śmiertelnej rozkoszy ogarnęło go: nie wiedział prawie, gdzie jest i co się z nim dzieje, pragnął tylko czegoś zmysłowo-nadzmysłowego, niepojętego i zdawało mu się, że to się zbliża ku niemu... Między wskrzeszoną martwością tych posągów a sobą, mającym umrzeć za chwilę, czuł jakąś łączność, jakiś przebiegający, tajemniczy, dziwny prąd. Duszę w te posągi wlał i poprowadził je gdzieś w świat, pełen fal błękitnych i muzycznego rytmu...
Zegar miejski uderzył znów raz. Juliusz ocknął się. Przypomniał sobie wszystko i rzekł spokojnie:
— Już czas.
Jedna chwila a będzie tak martwym, tak nieczułym na ból i niedolę, jak te białe gipsy i marmury i jak te ciała, które im kształt swój dały... Życie? Ręką uczynił ruch, jakby coś chciał odepchnąć od siebie. Nie chciał żyć; wszystko, co go łączyło z życiem, zabrały z jego duszy te łzy gorzkie, których rzekę wypłakał... Już teraz mógł spokojnie umrzeć, pośród tych głuchych pomników jedynego świata, w który chciałby pójść, gdyby po śmierci miejsce duchowi wybrać było można. A zresztą cokolwiekbądź będzie, niech będzie...
W tej chwili na korytarzu rozległy się kroki, ktoś otworzył drzwi od sali i stanął w nich. Merten szybko przyłożył lufę rewolweru do serca.
— Merten, jesteś tu? — spytał przybyły — szukam cię wszędzie. Jesteś?
— To ty, Krążel? — Jestem.
— A cóż ty tu robisz po ciemku? — pytał dalej Krążel, zbliżając się ku Juliuszowi.
— Ot co! — odparł tenże i pocisnął cyngiel.
Rozległ się strzał, a potem ogromny huk, bo upadając, pociągnął Juliusz tors Wenery, który obejmował ramieniem; tors runął z postumentu na ziemię, druzgocząc się na części i miażdżąc martwą już głowę młodego rzeźbiarza.
Krążel stanął, jakby piorunem rażony; zrazu nie mógł pojąć, co się stało.
— Merten! — zawołał.
Nie odpowiedział mu nikt.
Więc wtenczas Krążel postąpił krok naprzód i opierając się drżącą ręką na pustym postumencie strzaskanej neapolitańskiej Wenery, rzekł zdławionym głosem:
— Coś ty uczynił matce, Merten, coś ty uczynił matce...[1]






Przypisy

  1. Nowella ta, która ma pewną analogię w paru szczegółach z »Aniołem śmierci«, drukowaną była w 1894 r. »Anioł śmierci« zaś w 1896/7.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Kazimierz Przerwa-Tetmajer.