Atma (Rodziewiczówna)/VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Rodziewiczówna
Tytuł Atma
Data wydania 1914
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


VI.

Zrzuciły lasy ostatnie liście, szrony listopadowe zżarły wszelką zieleń traw, i nieba nie widać było za chmurami w dzień, ni gwiazd za niemi w nocy. W długi zimowy sen i rozmyślanie zapadało wszystko, prócz człowieka, dla którego nie było już na ziemi spoczynku, ni spokoju.
Po bezdennie rozgrzęzionych drogach, z czarnych pól, setki wozów, koni i ludzi zwoziło do cukrowni buraki. Fabryka szła całą siłą, dzień i noc — dzień i noc pracował Adam Jaworski, niestrudzony, silny, spokojny — jak główny motor fabryczny.
Gdy wieczorem przychodził do rodziny, bawił krótko, tyle tylko, by połknąć posiłek, wysłuchać narzekania teściowej na służbę, teścia marzeń i nadziei na dywidendy z akcyi, i wracał do biura, gdy Anielka siadała do fortepianu.
Był to nowy gust, wedle niego bardzo nieszczęśliwy. Grała bez życia, bez duszy i bez techniki, ale Taubertowie byli tem zachwyceni. Na muzykę tę i resztę wieczora przychodził też z fabryki, parę razy na tydzień, Wojdak, który też dokazał sztuki zjednania sobie całej rodziny.
Jaworski podziwiał giętkość tego człowieka i bajeczną wielostronność charakteru. Wzorowy, jako urzędnik, zamiłowany w swym fachu, potrafił interesować się małostkowemi sprawami Taubertowej, obmyślać z Taubertem projekty nowych dochodów lub oszczędności, rozmawiać z Anielką o modach, ploteczkach i grać z nią na cztery ręce na fortepianie.
Podziwiał go Jaworski i przyznawał mu nad sobą wyższość.
Jego duszę osnuły znowu chmury nudy, zniechęcenia, apatyi, beznadziejności szarej i ciężkiej jak listopadowe niebo.
W mgłach tych, w tumanie gęstym i zimnym zniknęła ścieżka w górę, którą tak widział jasną i wyraźną w księżycowym błękicie kwietniowej nocy w Tepeńcu, przerwały się listy do Atmy, bo i co miał pisać? Czy o szachrajstwach dostawców buraków i codziennej z nimi walce o grosz? Czy o opieszałości i lekceważeniu obowiązków przez urzędników fabrycznych, których traktować zaczął względnie i dobrotliwie? Czy o coraz nowych wymaganiach i buntach robotników, od czasu, gdy się zajął ich wygodą i pofolgował w ostrem traktowaniu? Czy o sztywnym, przymuszonym, prawie niechętnym stosunku w rodzinie? Czy o swem osamotnieniu i pustce życia?
Nie pisał; starał się nie myśleć — zapamiętał się w pracy fizycznej i rachunkach.
Było mu znośnie, gdy od świtu był w polu konno, gdy przemarzł i przemókł, gdy miał w nocy wiele cyfr i suchej urzędowej korespondencyi. Wtedy zasypiał ciężko i nie myślał.
W takim czasie i usposobieniu wypadła mu podróż do Petersburga w interesach fabryki. Wstąpił do Warszawy, tam wsiadł do kuryerskiego pociągu, przygotowany na długotrwałe nudy wagonu. Ale przy trzecim już dzwonku do przedziału wpadł oficer huzarów, za nim elegancka dama, zamienili pośpieszny uścisk, i gdy pociąg ruszył, Jaworski miał towarzyszkę podróży.
Było mu obojętne, raczej niemiłe, minęły godziny, nie spojrzał w jej stronę, zajęty czytaniem gazet, ona także wtulona w kąt, czytała książkę.
Wreszcie zmorzył go sen, ukołysał monotonny ruch i gorąco wagonu — począł drzemać.
Roiło mu się, pół sen, pół majaczenie, — jakieś długie ulice puste, jakieś miasto wymarłe czy uśpione, gdzie on czegoś szukał, błądząc z zaułka w zaułek, wstępując na jakieś schody, schodząc do jakichś piwnic i męcząc się, by sobie przypomnieć, nazwę czy miejsce, którego potrzebuje.
A wtem posłyszał, że go ktoś woła, a raczej, że mu coś wołają, jakby zdala ktoś go doganiał i zdyszany, tę nazwę przypomniał.
Stanął, nasłuchiwał, głos był za nim, zawrócił, słyszał znowu za sobą — gdy dążył w górę, głos dochodził z pod ziemi, gdy zstępował, dochodził go dźwięk za ścianą, wysoko, wreszcie na jakichś schodach się potknął — uderzył głową o stopień i obudził się. Głos, dźwięk — brzmiał i na jawie, ale nie było to wołanie do niego, to kobieta w drugim kącie wagonu, skulona z głową w dłoniach — łkała.
Pierwszym odruchem Adam się zerwał.
— Co pani? — spytał przerażony.
Przeraziła się też i ona, wzdrygnęła się, wyprostowała i spojrzeli na siebie.
Oczy jej pełne łez i bezmiernej żałości patrzyły nań z osłupieniem i trwogą, wtuliła się, jakby przed widmem, w kąt.
— Przepraszam panią! — szepnął, cofając się na swe miejsce i odzyskując pojęcie swego nietaktu.
Patrzała na niego wciąż, i przemówiła wreszcie. Głos miała dziwny: głuchy a przejmujący.
— Byłam pewna, że pana spotkam, że będziemy ze sobą.
— Znam pana oddawna. Pięć lat. Pan mnie zauważył dopiero tego lata, gdy pan spotykał żonę swą na dworcu. A może i wtedy nie zapamiętał?
— Rzeczywiście. Przypominam sobie.
— Ja pana znam od pięciu lat. Byliśmy w dwóch sąsiednich lożach na »Manon«. Byłam z mężem i bratem, pan z żoną i teściową.
Umilkła, wpatrzyła się w okno, w oczach jej znikła rzewność łez, pociemniały, pogłębiły się wyrazem ponurości i zajęcia.
Był tak zmieszany dziwną rozmową, że pomimo światowego obycia, nie wiedział, co odpowiedzieć.
— Pani pozwoli się przedstawić! — bąknął wreszcie.
— Po co? — zwróciła nań oczy posępne. — Wiem, że pan jest Adam Jaworski, Polak, obywatel i przemysłowiec, żonaty z panną Taubert. Pan chce wiedzieć, kto ja? Nic z tego, co pan, a nazywam się Lena. To dosyć.
W źrenicach jej zamigotała panterza drapieżność, z za warg błysnęły zęby.
— To dosyć. — Powtórzyła prawie z nienawiścią. — Przeznaczenie musi być spełnione.
Wtuliła się znowu w ciemny kąt wagonu, przymknęła oczy. Rysy jej kurczyły się, drżały, miały ruchliwość fali, dotykanych słońcem lub mrokiem. Nierówno, jak w męce, pracowała pierś, a ręce splecione na kolanach, dygotały.
Wpatrzył się w nią, jak oczarowany, czując, że się z nim dzieje coś niepojętego, że poczyna też drżeć, dyszeć, cierpieć; że go coś rwie, ciągnie, woła.
Wstał, zbliżył się do niej, otworzyła oczy przepastne, beznadziejnie znów smutne, zamienili wzrokiem pytanie, w odpowiedzi podniosła się, pochyliła, jak rubinową czarę wina pragnącemu — podała mu swe usta.
Przemówiła nieprędko potem, głosem swym głuchym i przejmującym, powoli, wyraz po wyrazie, jakby się dopiero uczyła mowy.
— Byłeś w głębi loży, sam profilem do mnie zwrócony. Widziałam tylko kąt twego czoła, i ciemną głębię oczu, i szczęki zacięte. Patrzałeś i nie widziałeś, słuchałeś, a nie słyszałeś. Pomyślałam: cierpi — jak ja, sam jest — jak ja, należymy do siebie. Zawołałam cię duszą, wolą, pragnieniem: spójrz! Nie spojrzałeś, zmarszczyłeś tylko brwi, rzekłam tedy: opierasz się, a przecież będziesz musiał. A potem spotkałam cię w cukierni. Byłeś z dwoma panami, oni się śmieli obserwując kobiety; śmiałeś się i ty, ustami, kurczem muskułów, tylko oczy miałeś bez blasku i życia. Ci dwaj odeszli, ty zostałeś nad filiżanką czarnej kawy, śmiertelnie znudzony. Spojrzałeś parę razy na zegar, czekałeś na kobietę, która się spóźniała. Gdy przyszła, nie zabłysły ci oczy, przyjąłeś ją tem samem zgasłem spojrzeniem, i poszedłeś z nią. A ja nawet nie czułam zazdrości, poszłam za wami do bramy jej mieszkania, i powtórzyłam mą wolę: nie czujesz mnie, a przecie ja będę! Spotykałam cię potem wiele razy, na ulicy, w sklepach, na wentach i koncertach, byłam dla ciebie częścią tłumu, ty dla mnie jednostką wśród nicości, mówiłam do ciebie myślą, wolą, naprężoną jak struny harfy: przyjdź, musisz! I rzekłam ci to, w twe posępne oczy, wtedy na dworcu, i byłam już pewna, że będziemy swoi! I ze szczęścia, płakałam, teraz!
— Ktoś ty? — szepnął wpatrzony w nią.
— Twoje wesele, pieśń, kwiat, lato, życie! Nie rozumiesz? Nie czujesz? Nie chcesz żyć?
— Czy potrafię jeszcze!
Ogarnęła go ramiony, ukołysała szeptem, zatonęli w szarym mroku, długiej nocy zimowej, wśród której, przez czarność i pustkę ziemi pociąg pędził, ku dalekiej północy.
A w tymże listopadzie długie były wieczornice — w Tepeńcu. Codzień Makar o zmroku rozpalał ogień na kominie, przynosił zapas drzew i wsuwał się do kuchni, gdzie na spółkę z wnuczkiem Iwasiem wiązali sieci, i więcierze pletli.
W jadalni Atma przędła na kołowrotku nucąc z cicha. Antoni pisał lub czytał w biurze.
Na jesieni rzekł do Atmy:
— Nie chciałabyś trochę pojechać w świat, do słońca?
— Nie. Tam tylu ludzi, a tu tak cicho. A zresztą nie odczujemy radości wiosny, bez tego smętku... A ty nie pojedziesz do Petersburga?
— Powinienbym — czasami tęsknię nieznośnie. Ale się lękam. Ja jej nic dać nie mogę, nic oszczędzić, nic pomódz. Tutaj w marzeniu mam ją taką — jaką chcę — jaką — wierzę — że kiedyś będzie — moja, dla mnie. A tam zobaczę jaką jest — jej życie, jej otoczenie — będę cierpieć, buntować się, udawać. Nie — nie pojadę. Nie mogę!
Gdy milczała, spytał po chwili.
— Nie pochwalasz mi tego?
— Ty wiesz, jak i ile ci cierpieć trzeba. Będziesz musiał pojechać po tamten ból — bo to twoje przeznaczenie. A teraz, gdy tęsknisz — mów o niej, jaką ma być — mów do niej duszą całą — marzeniem, pragnieniem — doleci tam — i cośkolwiek ona przyjmie. Będzie jej lżej — będzie jej jaśniej.
Teraz on umilkł.
— Nie wierzysz w to? — spytała.
— Nie! — odparł gorzko. — Ni głos mój, ni serce, ni myśli — nic do duszy jej ni pojęcia nie dochodzi. Może to jest najstraszniejszem cierpieniem mojem.
— A przecie twoja to dusza. — Zdaje ci się, że nic od ciebie nie bierze, a cofnij jej siebie — mord popełnisz. Ona jest taka biedna, ona jest taka okaleczona życiem, że tylko twoja moc, twoje miłowanie chroni ją od rozpaczy. Nie rozumie cię — nie pójdzie za tobą — ale wie, że ty jesteś — i to jest jej siłą. A wierz mi — więcej ona ma do zniesienia, do przetrwania niż ty.
— Skąd to wiesz? Nie znasz jej.
Zapatrzyła się przed siebie — swemi »widzącemi« oczyma, które stawały się smutne, żałosne i bezmiernie litościwe.
— Tak ją widzę całą — tę duszę maluchną, biedną, słabą, trwożliwą. Tak mi jej żal serdecznie. Jakie to wylękłe i znękane, jakie bez woli, pełne trosk marnych, skrępowane wszystkiem, łańcuchem, sznurem, — nawet pajęczyną. Nie może się cieszyć, nie może chcieć, nie może walczyć, nigdy nawet nie pozwalała sobie roić o czemś dobrem, szczęśliwem, tak jest fatalistycznie przeświadczona, że jej może być tylko źle. Lęka się, troska i udaje, to jej życie.
— Taką jest. Widzisz ją! Więc widzisz też — czem ja jestem dla niej. Ja i to wiem. Jestem dla niej lękiem i wstydem. Potom dał wszystko najszczytniejsze, najświętsze; całe bóstwo mej duszy.
— To daj jeszcze ostatni ból — upokorzenia. Kiedyś, gdy zrozumie, coś dał, będziesz miał jej kult. Niegdyś — sponiewierałeś ty może — jej kult — musi mieć prawo teraz ciebie poniewierać.
W czerwony żar komina Antoni utkwił oczy — pociemniałe dojmującym bólem, i wybuchnął goryczą.
— Gdy mi rzekła, że ją kompromituję wobec ludzi, poczerwieniałem jak od policzka — ale nie wyobrażałem sobie, by coś mogło tak zaboleć — jak gdy mi rzekła, że nie może się za mnie modlić, bo jestem jej grzechem. Jakiż jest ten Bóg?
— Jest dla każdego takim — jaką jest dusza. To biedne, małe, lękliwe jej »ja« nie może innego mieć. Ale ty? — do twego Boga wołasz o nią, dla niej?
— W każdej chwili skupienia, w każdym głosie co do Niego ślę!
— Tedy doleci twój głos — kędy trzeba.
Oboje podnieśli oczy w dal — i bez słów, myślą jedną słali w przestrzeń — ku tej dalekiej — otuchę, serce, mądrość swych dusz.
I często w te długie wieczornice, gdy Antoni wśród czytania brał głowę w dłonie i nieruchomiał w rozmyślaniu, odzywała się Atma.
— Antku, zagraj.
Na kominie żar dogasał, cichł kołowrotek — pieśnią kończył się ich przedumany wieczór.
Pewnego dnia w końcu listopada, Antoni wrócił późno z uciążliwej roboty — na dalekich łąkach — przy dzieleniu stogów siana. O zmroku opadła go śnieżna zamieć, i długo błądził — zanim do domu trafił. Zmęczony, przeziębły, wyciągnął się po wieczerzy na ławie u komina i zasnął, rozmarzony ciepłem, ukołysany mruczeniem kołowrotka.
— Jakby mi baśnie gwarzył! — rzekł, zamykając oczy: Atma przędła dalej — na dworze szalała śnieżyca. Ile tak czasu upłynęło, nie zdawała sobie sprawy kobieta, gdy naraz podniosła głowę, jakby też ze snu zbudzona.
Oczy jej utkwiły w oknie, przestała nić snuć, twarz jej przybrała wyraz wytężonej uwagi. Za oknem tumanami przewalał się śnieg, wył wicher. Co widziała w przestrzeni — co słyszała w tej dzikiej pieśni zimy? Długo tak nieruchoma, trwała, aż nagle drgnęła, przechyliła się, dotknęła śpiącego.
Poruszył się, ale nie obudził. Głosem sennym rzekł tylko — powoli.
— Niech pani się nie troska. Będę na czas!
Atma nie budziła go więcej, zadumała się, splótłszy na kolanach ręce; twarz miała jakby osnutą smutkiem i niepokojem, raz wraz podnosiła oczy do okna, nadsłuchiwała.
Wreszcie Antoni się ocknął i zerwał.
— Śniłeś co? — spytała.
Zastanowił się, pomyślał.
— Może być, ale nie pamiętam — odparł.
— Jedź do Petersburga — jesteś tam potrzebny.
— Nieszczęście jakie u niej? — zagadnął przejęty.
— Potrzebny jesteś jej i jemu.
— Komu? Jemu?
— Adamowi.
— To jedź i ty.
— Nie. Mnie nie czas. Ty jedź zaraz. We śnie widziałeś — słyszałeś — mówiłeś z nią. Jedź!
Spojrzała na zegarek, wyszedł na korytarz wołając Makara. Atma wstała też, by mu rzeczy — upakować — nie mówili więcej ze sobą.
Po trzech dnach ciężkiej podróży Antoni dotarł do Petersburga, przebrał się w hotelu, i o zmroku meldował się lokajowi — w bardzo eleganckim przedpokoju.
Pan wyjechał onegdaj do Moskwy. Pani jest. Na tacy sługus poniósł kartę. Antoni czekał dość długo. Wreszcie szelest jedwabi i na progu stanęła kobieta czterdziestoletnia bardzo elegancka i strojna, witając go uprzejmem:
— Co za gość rzadki i miły. Nie chciałam oczom wierzyć, czytając kartę. Witam pana.
Wprowadziła go do salonu, przedstawiła paru damom, i znalazł się na szablonowym »fajfie«. Co chwila zmieniali się goście, rozmawiano o nowinkach stolicy, o ludziach i rzeczach już mu zupełnie obcych i prawie niezrozumiałych. Pani domu nie zwracała nań uwagi, zajęta światowym obowiązkiem, uprzejma, ożywiona, śmiejąca.
I on ani razu na nią nie spojrzał, rozmawiał jak wszyscy, raz wraz oglądając się za dziećmi. Ale ani Maryni ani Władka nie było w salonie. Po pół godzinie wstał, aby się pożegnać: zmrożony, przybity, ale z maską doskonałej światowej swobody na twarzy — i uspokojony — że »jej« nie spotkał żaden cios.
Gdy pochylony całował jej rękę — poczuł, że dłoń ta była zimna jak lód, i drżała — wtedy podniósł oczy i spotkali się sekundę wzrokiem. Musiał zrozumieć, co mu rzekła, bo odparł:
— Jestem.
Zagryzła usta, przesunęła szybko dłonią po oczach.
— Jutro rano będę w Ermitażu! — rzekła, wracając do salonu.
Zamknęły się za nim drzwi. Poszedł przed siebie, bez celu, dygocząc z wrażenia, z bólu.
Nie był w tej chwili ani filozofem, ani mędrcem, był człowiekiem, który po ziemsku, dojmująco cierpiał.
Nawet się nie starał rezonować, walczyć, dał się unosić fali goryczy i rozpaczy.
Dwanaście lat temu rozmiłował się do zapamiętania w tej kobiecie — szalał za nią i czcił — pożądał — i życie by jej dał.
Była żoną innego, matką cudzych mu dzieci, gospodynią nie jego domu, obcy mu był jej świat i towarzystwo, obce sprawy i kłopoty i zajęcia.
Wszystkiem mu była i niczem być nie mogła. Znali się dawno. Gdy Antoni był studentem w Petersburgu bywał u nich, gdyż jej mąż był dalekim krewnym Jaworskich.
Ona była młodziutką kobietą — mąż dużo starszy, wojskowy inżynier, typ urzędnika, biurokraty.
Po skończeniu kursów — dzięki jego protekcyi Antoni otrzymał posadę w ministeryum i w dalszym ciągu odwiedzał ich niekiedy. Dwoje dzieci znał od niemowlęctwa; z panią Anną grywali: ona na fortepianie — on na skrzypcach — ale zresztą nic nie wiedzieli o sobie, ani się zajmowali sobą bliżej.
Gdy Antoni na żądanie ojca poszedł na ciężką służbę do Tepeńca, zerwały się stosunki na lat parę, aż pewnego lata inżynier już pułkownik — wysoka figura, zjechał w ich strony — na jakąś rewizyę kanałów, i na zaproszenie starego Jaworskiego, pani Anna z dziećmi spędziła u nich wakacye. Od tego lata Antoni rachował swe życie, swą mękę, swe nieszczęsne szczęście, swą gorzką rozkosz, swe upajające cierpienie!
Parę tygodni rajskiego upojenia i zapomnienia o świecie i rzeczywistości, potem lata szarpania, buntów, rozpaczy, tęsknoty, marzeń — otchłani i szczytów, burz i beznadziejnej martwoty — aż ukoiła go mądrość Atmy, aż poddał się prawu.
Od kilku ostatnich lat widywali się rzadziej, pisywali niekiedy do siebie listy uprzejmie towarzyskie — on ją zabrał ze sobą »do nieba« jak mówił — ona bóstwem jego będąc, w zetknięciu, w rozmowie, w życiu dawała mu tak straszny ból i gorycz, że po każdem widzeniu bywał jak odrętwiały z rozpaczy, jakby śmiertelnie pobity i konający.
Całą swą mocą dźwigała go Atma, aż zapominał rzeczywistości, odnajdywał swe marzenia.
Teraz miał już znowu okres ziemskiego cierpienia. Nierozdzielne, gdy z nią był — pożądanie, rozkosz jej widoku, czar głosu i spojrzenia, i zarazem prawie wstręt, bunt, rozdrażnienie. Drażniło go i odrzucało wszystko: banalność domu, otoczenia, towarzystwa, jej zachowanie powierzchownie swobodne, jej niewolniczość dla świata i formułek.
Na dworze była już noc i śnieg padał. Idąc bez celu, Antoni znalazł się na pustych ulicach i wreszcie zauważył, że przed nim od dość dawna szła para ludzi. Kochankowie zapewne — jak on z cierpienia, tak oni ze szczęśliwości nie odczuwający niepogody, niepamiętni czasu i miejsca. Szli do siebie przytuleni, głowa przy głowie, szepcząc. Stanęli wreszcie przed jakąś bramą, zaczęli się żegnać. Antoni zatrzymał się opodal przez delikatność. Z jakąś gorzką zawiścią i smutkiem patrzał na ostatni uścisk, długi pocałunek, głuchy szept rozstania, i stał jeszcze, gdy mężczyzna zwrócił — natknął się prawie na niego.
— Adam! — wyrwało mu się mimowoli.
Tamten drgnął — sekundę patrzał nań nieobecny myślą i duszą — aż oprzytomniał, poznał.
— Ty! — zdumiał.
I nic więcej nie rzekli. Uścisnęli się — poszli razem.
— Gdzie mieszkasz? — spytał wreszcie Adam.
Antoni wymienił nazwę hotelu.
— Przeprowadzę cię.
Znowu milczeli.
— Dawnoś tutaj?
— Dziś przyjechałem. Zapewne jutro wyjadę. A ty?
— Ja? — zamyślił się. — Naprawdę nie wiem!
— Którego dziś mamy?
— Dwudziesty trzeci.
— Ano — to jestem już dziesięć dni.
Teraz Antoni zauważył, jak bardzo się zmienił. Oczy miał pogłębione, pełne życia i ognia, rysy miękkie, na ustach uśmiech, w całej postaci jakby rozprzężenie i młodzieńcza żywość.
— Biedak! — pomyślał z serdecznem współczuciem, a głośno rzekł:
— Dziesięć dni. Nie długo. Dobrze, że się zabawiasz.
— Ja się nie bawię. Ja raz pierwszy w życiu jestem nareszcie szczęśliwy.
— Rad jestem. To koniecznie przeżyć trzeba.
— Antek, rozumiesz mnie, nie potępisz?
— Za co? Jabym za takie dziesięć dni, życie dał. Przychodzi czas sercu kwitnąć, jak jabłoni wiosną. Dziesięć dni — wydziedziczony i kaleka, kto takich nie miał.
— Oby błogosławiona była — za moją szczęśliwość! — szepnął Adam z głębi duszy.
Szli jakiś czas w uroczystem skupieniu.
— Przyjechałeś tu do pani Anny? — spytał Adam.
— Nie wiem. Wyprawiła mnie Atma, mówiąc, że jestem tu komuś potrzebny.
— Jakto? Nie mówiła komu?
— Nie. To się okaże. Ona się nigdy nie myli.
Adam umilkł, wzdrygnął się — jakby go niewidzialna zgroza zdławiła za gardło. Doszli do hotelu i pożegnali się — umówiwszy nazajutrz spotkanie.
Po bezsennej prawie nocy Antoni poszedł do muzeum i spędził tam prawie samotny parę godzin. Opóźniała się jak zwykle — chciał już odejść, gdy wreszcie ukazała się strojna, roztargniona, rozglądając się nie za nim, ale czy jej tu nie widzi kto znajomy. W bezustannej trwodze o opinię i kompromitacyę, w bezustannej niewolniczej służbie światu i formom. Podała mu rękę, ale cofnęła szybko, gdy chciał pocałować.
— Mam tylko chwilę, ledwie się wyrwałam. Pan wie, że męża niema.
— Domyślam się, gdyż wczoraj nie był na przyjęciu. Czy mogę czem pani służyć?
— Mam tyle zgryzoty z Władkiem. Zakochał się, chce się żenić, wbrew naszej woli z jakąś studentką.
— Ma lata, nauki skończył. Chce żyć dla siebie.
— Panu łatwo mówić, ale mnie! stracić dziecko. Marynia też dorasta. Pan nie rozumie, co to zostać w pustym domu, samej.
— Nie rozumiem, bo mój dom zawsze pusty. Ale w normalnym świata porządku, gniazda rodzinne muszą pustoszeć. Wszak dzieci się nie chowa dla siebie, ani je utrzymywać przy sobie się godzi.
— Ach, filozofia pana — to dla mnie herezye. Niechby pan lepiej Władkowi do rozumu nagadał. Gdy dzieci w domu nie będzie, ja się w grób położę. Nie zostanie mi nic — w życiu.
Spojrzała na zegarek w branzolecie.
— Pani się spieszy. Proszę się mną nie krępować.
— Mam się zejść z Marynią u krawcowej — ale ona się pewnie spóźni od dentysty. Jakże tam u pana w Tepeńcu urodzaje? Cóż kuzynka? Myślę, że pobierzecie się w końcu.
— Więc pani oprócz kłopotu z Władkiem, niema tymczasem innych, w którychbym mógł pomódz?
— Mój Boże — pan wie, że jestem i muszę być sama, a najmniej od pana mogę przyjąć pomoc.
Mam córkę — dla niej, dla jej opinii i przyszłości muszę się wystrzegać cienia pozoru. Pan to uznaje, nie ma mi tego, nie może mieć za złe.
Sekundę w oczach jej błysnęło, i trochę krwi zaróżowiło skronie, ale dodała prędko:
— Władek ma dwadzieścia trzy lata. Czyż to wiek do żeniaczki? Niech mu pan nagada.
Uśmiechnął się mimowoli z gorzką ironią.
— W jakimże wieku kodeks światowy pozwala ludziom kochać?
— Ach — jeśli to pan traktuje humorystycznie, niema o czem mówić. Kochać jest zawsze absurdem lub grzechem.
Wstała, wystraszona wejściem jakichś zwiedzających i podała mu etykietalnie rękę.
— Bardzo mi było miło spotkać pana! — rzekła głośno po francusku.
— Znajomi? — spytał szeptem.
— Nie jestem pewna — ale tyle tu osób wie, kto jestem — wolę być ostrożną. Do miłego widzenia, może pan przyjdzie na obiad. Mąż wraca pojutrze — dzieci się ucieszą panem. Proszę!
Skłonił się w milczeniu, a gdy odeszła, usiadł w kącie i pozostał nieruchomy, wpatrzony tępo przed siebie, w próżnię.
— Nie — to nie jej był potrzebny! Nie! Adamowi też nie. Omyliła się tedy Atma — mógł wracać najpierwszym pociągiem.
Owładnął sobą i poszedł do restauracyi, gdzie się mieli zejść z bratem, ale napróżno go oczekiwał, i wreszcie ruszył do jego hotelu, chcąc mu zostawić słowo pożegnania i jechać do domu.
Zdziwił się, gdy mu służba powiedziała numer i że go zastanie w mieszkaniu. Zapukał — nie otrzymując odpowiedzi, pocisnął klamkę i zajrzał. Adam siedział u stołu, a raczej pół ciałem na nim leżał — na rozłożonym arkuszu gazety. Zawołał nań Antoni — nie poruszył się — tedy zaniepokojony dotknął jego ramienia.
Wzdrygnął się, poderwał, wyprostował. Antoniemu tchu zabrakło ze zgrozy, tak był zmieniony.
— Co ci? Co się stało? — wyjąkał.
Adam chciał coś rzec — nie wydał głosu, dotknął gardła, poruszył ustami — i wskazał mu wielkiemi literami drukowany nagłówek artykułu w gazecie: Straszny wypadek.
Antoni przeczytał: Dziś w nocy — bawiąca chwilowo w Petersburgu, żona pułkownika Z. — z Warszawy, po powrocie z teatru uległa strasznemu wypadkowi. Wskutek nieuwagi, zatlił się jej szlafrok od spirytusowej maszynki. Nieszczęsna straciła przytomność — wybiegła na balkon, i rzuciła się zeń — na podwórze z wysokości drugiego piętra, ponosząc śmierć natychmiastową.
Coś było więcej — cały artykuł, ale Antoni już nie widział liter — zrozumiał wszystko, i objąwszy brata za szyję, trząsł się cały z wrażenia.
Nie omyliła się Atma — był komuś potrzebny. Wreszcie Adam głowę podniósł.
— Dziesięć dni! — rzekł głucho — i koniec.
— Byłeś tam — sprawdziłeś wieść?
— Byłem — widziałem. Powiedziała mi wczoraj przy rozstaniu: czekam cię o jedenastej — byłem o jedenastej — u zwłok — bezkształtnych, zmiażdżonych. Moje dziesięć dni — nie takie — jak były twoje.
— Lepsze. Pozostaną ci zawsze jasne w pamięci, bo ci je śmierć uchowa w całym blasku. Ból ciosu zabliźni się z czasem — zbłękitnieje w oddali, a ona — tam — wolna już, wyzwolona — szczęśliwsza, niżby was nie zgon — ale życie rozłączyło. Życie, świat, ludzkie prawa — te katują — więżą — zabijają — śmierć toć tylko złuda niedoli — a naprawdę to wolność dopiero.
— Prawda, mogę i ja tam być zaraz!
— Nie masz prawa.
— Mnie tak strasznie boli.
— Gdyby żyła, poślubiłbyś ból do końca wieku. Stokroć gorszy, stokroć bardziej piekący. Odeszła cię, twoja, własna, miłująca — a gdyby żyła, jeszcze za dni kilka, kilkanaście musiałoby nastąpić rozstanie. Odeszłaby od ciebie do męża, do obowiązków, do rodziny, do stosunków. Błogosław śmierć, co wam oszczędziła tamtego losu. Grom, co zabija w sekundę, szczęściem jest w porównaniu do raka lub suchot. Ja dziś też o jedenastej, byłem, widziałem, tę, którą kocham. Żyje, zdrowa, a nie wiem, kto z nas, ty, czy ja, bardziej cierpi w tej chwili.
Ta twoja, umarła, słyszy cię, widzi, rozumie, jest z tobą duchem, już wolna. Moja, żywa, nazywa uczucie grzechem lub absurdem, zapraszała mnie na obiad, gdy mąż wróci, po półtorarocznem niewidzeniu, zabawiła ze mną kwadrans, bo spieszyła do krawcowej, i mówiła mi, że się zapewne ożenię z Atmą.
— Atma wiedziała — szepnął Adam. — Jak mi strasznie źle! O Boże! Ty masz pewnie racyę, oboje mądrzy jesteście, ale ja nie mogę myśleć, mnie tak boli rozpacznie. Mnie tak czarno! Ja nie chcę już nic, mnie wszystko jedno! — Zwinął się, skurczył, znieruchomiał, czasami tylko wstrząsnął nim dreszcz, lub głucho zajęczał.
Przebył nad nim Antoni dni parę ciężkich, zanim zdołał opamiętać, dźwignąć, choć trochę uspokoić. Załatwił jego urzędowe sprawy, dał mu spokój i samotność w przetrawieniu cierpienia, powoli namówił do powrotu, do pracy.
Ostatniego dnia poszli we dwóch na cmentarz daleki i obcy, ośnieżony i pusty.
Adam już się opanował, jakby przywykał do maski, do sceny życia.
Gdy wracali, mówił »o niej«.
— Raz ostatni! — rzekł spokojnie. — I z jednym tobą! Muszę wracać, i milczeć, już zawsze!
Na jednej z ulic Antoni podniósł oczy na oświetlone okna pierwszego piętra.
— Baliczek, czy raucik! — zauważył.
— Nie byłeś tam tymi dniami?
— Nie. Po co? Nie jestem tam potrzebny.
— Ja nie jestem nigdzie, nikomu potrzebny. Ty wracasz do zdroju, ja do kałuży. Jak tu źle, źle, źle!...
— Trzeba się starać nie wrócić więcej.
— Mówisz to bez przekonania, bez wiary, bez zapału.
Antoni obejrzał się na oświetlone okna.
— Bo »to«, tak blizko, a Atma tak daleko — szepnął. — W męce byliśmy obadwa, zesłabliśmy na razie. Uchodźmy stąd. Pojadę z tobą do Warszawy, oddam cię pracy w opiekę, sam wrócę do marzenia.
— Przyjdę do was prędko. Tam mi będzie za ciężko teraz. Co za pustka straszna.
Ale pustka stała się jeszcze straszniejszą, gdy rozstali się w Warszawie. Jak maszyna, Adam zajął się interesami, rad przynajmniej, że sam był w mieszkaniu Taubertów, i w samotności mógł nie udawać — zdejmować światową maskę. Ale już na drugi dzień zjawił się Ignac.
— Zobaczyłem, przechodząc, że się w oknach świeci, myślałem, że familia zjechała. Ale — oni się tam bawią.
Począł się śmiać cynicznie.
— Ależ i ty użyłeś stolicy. Na zmianę Anielki, ty będziesz się wprędce kurować i baby odwiedzać, a w Zbylczycach Wojdak cię zastąpi. Tęgi chłop. A wiesz, że stary dyrektora wypędził?
— Co? Dyrektora, Zarembę? Twój ojciec?
— Ano — Wojdak ma objąć jego posadę.
— Et, plotki. Ojciec twój nie ma prawa wydalenia urzędników i Zaremba nie ustąpi, bo mi jest dogodny.
— Zobaczysz. Zresztą i ty na zmianie skorzystasz. Wojdak zdolniejszy od Zaremby, ma bajeczny spryt i rzutkość.
Adam odczuł gniew i rozdrażnienie.
— Póki jestem administratorem fabryki — ja rządzę. Na przyszły rok akcyonaryusze mogą mnie usunąć — ale tymczasem — ja jeden mam prawo usuwać i decydować.
— Powiedz to staremu i babom.
— Babom, a cóż one mają do rządu fabryki?
— Zobaczysz — zaśmiał się Ignac.
Adam ramionami ruszył, ale czuł wrzenie w sobie i zbliżającą się awanturę.
Nazajutrz przyjechał do Zbylczyc wczesnym rankiem i poszedł wprost do biura w fabryce.
Zastał wszystko i wszystkich na miejscu, tylko w laboratoryum — jakiegoś obcego młodzika.
— Pan tutaj skąd jest? — spytał.
— Zastępuję pana Wojdaka. Jestem Woźnicki.
— Kto pana tu zainstalował?
— Pan Wojdak wziął mnie na praktykę.
Adam nic więcej nie rzekł — poszedł do biura, kazał poprosić do siebie dyrektora.
Po chwili Zaremba się ukazał.
— Kto przyjął do pomocy chemikowi — tego młodego człowieka?
Zaremba rozłożył ręce.
— Pan Taubert. Zresztą bardzo słusznie, bo pan Wojdak wcale się swą robotą nie zajmuje — nie ma czasu.
— Jakto? Nie ma czasu?
— Mając tyle funkcyi, trudno wystarczyć.
— Proszę pana. Jesteśmy w biurze, nie w cukierni lub salonie. Pan jest odpowiedzialny za porządek w fabryce.
— A tak — do roku. Otrzymałem przecie dymisyę. Ale chociaż jeszcze jestem na posadzie — nic już nie znaczę. Rząd idzie z pałacu.
— Gdzież jest w tej chwili pan Wojdak?
— Wyjechał za interesami, podobno do Kijowa. Pan Taubert wysłał. A gdyby był, toby chemią się nie zajmował. Jest przecie głównym kontrolerem nas wszystkich.
— Kto panu udzielał dymisyi? Nie rozumiem nic.
— Właściwie ja sam w tych warunkach dłużej pozostać nie mogę.
— Miałeś pan jakie zajście z panem Taubertem? Co się stało?
— Od jesieni mam ciągłe zajścia — o wagę buraków, o melas, o wytłoki, o rachunki, o najem, o dostawy — o wszystko. W fabryce szpiegostwo, donosy, plotki, z administracyą dóbr ciągłe spory, awantury — wśród urzędników ferment i niechęć. Na rok przyszły zostanie tu Wojdak i jego kreatury. Wydatek cukru zły, fabryka ogłoszona za stary grat — akcye spadają. O to właśnie chodzi.
Adam spojrzał na niego i milczał. A Zaremba dodał po chwili ciszej:
— Chodzi też o zmianę administratora.
— Więc pan stanowczo ustępuje z posady? — rzekł zimno Adam, odzyskując wobec katastrofy całą swą równowagę i urzędowy spokój.
— W takiem błocie uczciwy i porządny człowiek nie może zostać! — wybuchnął dyrektor. — Być pod władzą pana Wojdaka! Nie! Zresztą — pan się sam przekona. Tu się dzieją — ohydne rzeczy!
Adam zabrał się do gruntownej kontroli roboty i rachunków — i coraz bardziej zajęcie go pochłaniało. Nie znalazł nigdzie jednak potwierdzenia dowodzeń Zaremby. Wydatek był średni, maszyny w porządku, rachunki normalne. Wydawało mu się tylko, że urzędnicy byli jacyś osowiali — kasyer jakby zmieszany, magazynier wystraszony. Coś było w powietrzu niezwykłego, niepokojącego.
Tak mu czas zeszedł do południa, i wtedy dopiero poszedł do pałacu.
— Właściwie dlaczego oni tu siedzą, a nie w Warszawie? — pomyślał z niechęcią.
Coby dał za to, by poza pracą — być samym.
Wspomnienia były za świeże, za bolesne; przymus towarzyski nad siły ciężki.
Zastał rodzinę już zebraną w jadalni — miny jak zwykle oficyalnie nudne.
— Ależ siedziałeś w tym Petersburgu! — rzekł stary.
— Mało co dłużej, niż zamierzałem.
— Załatwiłeś wszystko pomyślnie?
— Tak. Wszystko! — odparł.
— A tu tymczasem ładny odkryłem pasztet. Wiesz? Zaremba brał łapówki od dostawy buraków.
— Ma ojciec na to dowody?
— Jakże. Na piśmie.
— Poproszę o nie do sprawdzenia.
— Jakto, nie wierzysz ojcu? — oburzyła się Anielka.
— Owszem, ale jako administrator muszę mieć w ręku dowody.
— Będziesz je miał. W każdym razie — omyliłeś się grubo na Zarembie — a trzymasz go cztery lata. Naturalnie, byli w zmowie z kasyerem i magazynierem. Ta trójka okradła grubo akcyonaryuszów.
— Któż wreszcie to odkrył?
— Wojdak.
— Bardzo bystry. Ale zdziwiłem się, że opuszcza swą robotę podczas kampanii.
— Nie mógł czekać na twój powrót. Ojciec jego umarł.
— Mówiono mi, że go ojciec wysłał do Kijowa, i że ojciec umówił tego zastępcę.
— Brednie. Zastępcę on sam płaci — nie obciąża to fabryki — mogłem zatem upoważnić.
— Biedak! Tak ciężko jest dotknięty stratą ojca. Że on wogóle wystarcza! — rzekła Taubertowa.
— Czemu?
— Przede ma też własne ciężkie interesa i rodzinę do utrzymania. Trzy siostry, brat młodszy, stara matka. Jak on ich wszystkich kocha, jak o nich dba.
Nigdy nie słyszał Adam tylu pochwał z ust teściowej. Uśmiechnął się.
— Ignac tym razem wynalazł brylant. — rzekł.
— Tak — to jest nieoceniony człowiek! — wymówił uroczyście Taubert.
— Nie tęsknisz za Warszawą? — zwrócił się Adam do żony.
— Ojciec nie może wyjechać, z powodu porębu, więc dotrzymujemy mu towarzystwa.
— Doskonale wyglądasz. Służy ci wieś — Anielka zarumieniła się. Oboje rodzice spojrzeli na nią z zadowoleniem.
— Istotnie. Nabrała kolorów. Udała się nam letnia kuracya! — rzekła Taubertowa.
— Będą dziś Gawrońscy i młody Zaleski. Zbierze się partya do winta — dodał z zadowoleniem stary.
Adam wyszedł do siebie na cygaro i resztę dnia spędził w biurze. Pracował z największym przymusem, ale gdy na chwilę przestawał rachować, czuł tak straszny ból, bunt, rozpacz, taką drapieżną chęć zemsty nielogicznej, takie rozdrażnienie i nienawiść, że całą siłą woli hamował się, wracał do cyfr, do myśli o interesach — byle nie zostać ze sobą. Wieczorem lokaj z pałacu wezwał go do gości. Gdy szedł przez podwórze, spotkał wędrownego kramarza Icka, który jakby nań czatował.
— Proszę jaśnie pana, ja wczoraj był w miasteczku, to mnie jakaś uboga dała list, coby jaśnie panu doręczyć.
— Co za uboga?
— Jakaś taka stara. To ona pewnie prosi o wsparcie.
Adam wsunął list do kieszeni, i po chwili o nim zapomniał. Takich próśb o wsparcie odbierał tyle, że gdyby je wszystkie spełnił, po roku sam by żebrać musiał.
W pałacu czekano nań z wintem. Rozpoczęła się gra i gawędka zwykła na wsi — o cenach zboża, o koniach, — o plotkach, o polityce. W salonie obok bawiły się panie domu z panią Gawrońską, potem rozległ się fortepian i śpiew. Młody Zaleski omylił się w grze — napadł nań partner.
— To wina żony pana i jej śpiewu — tłómaczył się, zwracając do Adama.
Ten dopiero wtedy zwrócił uwagę i przysłuchał się. Rzeczywiście Anielka śpiewała inaczej, żywiej, z większem zrozumieniem.
— Dużo śpiewa w tym roku. Poczciwa, została tu dla mnie i z nudy na wsi zajęła się muzyką — rzekł Taubert.
Adam ciągle wygrywał. Gdy skończono, zapłacili mu wszyscy i Gawroński rzekł wesoło:
— Pieniądze idą do pieniędzy. Pan ma we wszystkiem bajeczne szczęście! Podobno zarobi pan na Zaciszu dziesięć tysięcy. W pół roku zaledwie, to świetnie.
— Jakto? Sprzedajesz Zacisze? — zdumiał się Taubert.
— A pocóż mi ono?
— No, proszę, a któż targuje? I pomyśleć, że ja mogłem to kupić od Skibińskiego.
— Zostaną zawsze pieniądze w rodzinie! — pocieszał go żartobliwie Gawroński, ale stary się zasępił, zmartwiła go ta wiadomość.
Adam odczuł złośliwą przyjemność. Wszystkie przebyte ostatnimi czasy wrażenia stały mu się jednem uczuciem — nienawiści i rozdrażnienia, żądzy, by cierpiał każdy wokoło niego.
Gdy wracał do swego gabinetu znalazł list ostrzegający o zachwianiu się fabryki maszyn, której akcyi posiadał Taubert na kilkanaście tysięcy. Ze złym uśmiechem list zniszczył, ze złym uśmiechem napisał polecenie do swego radcy prawnego, decyzyę na sprzedaż Zacisza, a potem zrobił rachunek swego majątku.
Posiadał w ziemi i kapitałach dwakroć sto tysięcy — podwoił tedy fundusz w przeciągu dziesięciu lat. Zaczął rozmyślać, układać projekt, jakby z tą siłą Taubertowi dokuczyć, myśl ta czyniła mu rozkosz.
Nazajutrz w biurze ze szczególną przyjemnością źle traktował każdą sprawę, ostro urzędników.
O południu wszedł do laboratoryum i znalazł przy robocie już Wojdaka.
Miał krepę u surduta i wyglądał źle, mizernie, z jakimś mętnym wyrazem oczu.
— A, wrócił pan przecie! — przywitał go.
— Tak, wprost z pogrzebu ojca, i będę pana prosił o uwolnienie mnie z posady — wobec konieczności zajęcia się sprawami rodzinnemi.
— Otrzymał pan spadek?
— Matkę niedołężną, czworo rodzeństwa i ruinę.
— Słyszałem, że ojciec pana miał fabrykę.
— Niestety — już piąta z rzędu — warsztaty żelazne obciążone długami. Właściwie w tej chwili, naszego w tem nic niema oprócz firmy.
— Mój teść będzie bardzo nierad stracić tu pana. Podobno odkrył pan grube malwersacye?
— Czy miałem je zamilczeć?
— W każdym razie ujawnić je mnie jako administratorowi. Ale o to mniejsza. W każdym razie o mnie się tu wszystko musi oprzeć.
Pod zimnemi jego oczami Wojdak swoje spuścił.
— Przedstawię panu dowody. Kiedy będę się mógł uwolnić?
— Będę musiał pana poprosić o pozostanie do przyszłego tygodnia — do posiedzenia Rady. Czy zastępca przez pana tu sprowadzony, będzie mógł objąć posadę, o tem się tymczasem przekonam. O dowody malwersacyi zaraz poproszę.
— Oryginały złożyłem w ręce pana Tauberta.
— Jakie mianowicie?
— Listy Kubika dostawcy, i świadectwo Hersza Lundena, że pośredniczył między magazynierem i plantatorami.
— Kubik jest specyalista od szachrajstw w dostawach i ma co rok sprawy o złą wagę — a Lundenowi pan Zaremba nie przyjął latem wapna. Zresztą — sprawdzimy tę rzecz, — zakończył, wychodząc.
Wieczorem zażądał od teścia owych dokumentów i zajął się śledztwem. W fabryce powstał sądny dzień, okazały się różne brudne sprawy, wypełzły na jaw masy plotek, zawiści, intryg. Taubert tryumfował, o byle co krytykując zięcia, zwalając nań całą odpowiedzialność, wymawiając opieszałość.
Przyjechał na to Ignac z Warszawy i uczynił dywersyę, bo ogłosił na wstępie:
— Ojciec żołądkuje się o głupie sto korcy buraków, co tu ukradli, a nie wie, że Jacentowo caput.
— Co? — wyjąkał Taubert.
— Ano, ogłosili upadłość.
— Boże wielki. Mieliśmy tam ile? — jęknęła stara.
— To nie może być. To łgarstwo. Zaraz wyślę depeszę.
— A po co? Kiedy Smoczyński właśnie depeszę przysłał. Dali mi ją na stacyi!
— Dwadzieścia dwa tysiące! — mruczał Taubert, czytając depeszę.
— Ach, Boże, Boże! — biadała stara.
Wyciągnięty w fotelu poprzez dym papierosa Jaworski patrzał na nich — po kolei — na każde. Ignac bezpieczny, spokojny, usta do gwizdania złożył — myśląc zapewne: Gerhardowej to nie tknie. Prezes chodził po pokoju, zgarbiony, nagle zżółkły na twarzy, Taubertowa z załamanemi rękami blizka była apopleksyi — tylko Anielka nie przestała wyszywać haftu na serwecie, i zdawała się nie słyszeć. Na obojętność tę zwrócił uwagę Jaworski — jak wogóle na żonę oddawna raz pierwszy. Pochylona, zamyślona, coś jakby uśmiech miała na twarzy. Zatrzymał na niej spojrzenie — ona je poczuła, bo podniosła oczy i prędko je znowu spuściła.
Taubert spojrzał na zegarek — zadzwonił na lokaja.
— Konie na pociąg, — zadysponował, wychodząc.
Podniósł się też Jaworski.
— Skorzystam i ja z tych koni. Pojutrze posiedzenie rady. Zostaniesz tu długo? — spytał szwagra.
— Ano — do twego powrotu. Kiedy?
— W piątek wrócę po południu.
Niewiele mówili ze sobą teść z zięciem w czasie tej drogi i mało się widzieli w Warszawie, każdy zajęty własnemi sprawami. Jaworski trapiony męką rozdrażnienia, niezdolny znieść bezczynnej samotności, ani szablonowego towarzystwa poszedł wieczorem do kabaretu, potem z jakąś przygodną znajomością pół nocy spędził w gabinecie, dużo pijąc — i w usposobieniu dzikiem wrócił do domu. Czuł, że nie zaśnie; rzucił się w fotel, wstrząsany dreszczem, dysząc z gorączki — i oczy jego padły na białą plamę koperty na biurze.
Był to jakiś list, który rano znalazł w kieszeni i rzucił, czemś innem zajęty.
Sięgnął po niego i otworzył. Z początku zdziwił się, że litery widział czerwone, potem, że pismo było koślawe, nieudolne lub podrobione, wreszcie zaczął czytać:
»Jeśli pan chce się dowiedzieć, co i gdzie Panu naprawdę kradną? kto uczciwy, a kto gałgan? — niech pan wróci niespodziewanie do swego domu własnego, między godziną 11-tą a 1-szą w nocy. Wtedy pan zrozumie, dlaczego niewinnie są szkalowani i cierpią!«
Nie było podpisu, i na razie wcale treści nie rozumiał. Odczytał kilkakroć, wydało mu się tak głupie, tak idyotyczne, że zmiął papier i wrzucił do kosza. Ale myśl pozostała i wracała uparcie, i znią zasnął nad ranem.
Nazajutrz odbyło się posiedzenie Rady akcyonaryuszów, dość burzliwe wobec złego procentu cukru. Czuć było ferment przeciw zarządowi, czepiano się o byle co. Wokoło siebie czuł Jaworski chłód i niechęć, a nie zdawał sobie sprawy, że uczucia te od siebie też dawał ludziom, dla których dotąd życzliwie pracował.
Opuścił zebranie pierwszy, na ulicy spojrzał na zegarek i postanowił wracać do domu. I znowu przemknęła mu myśl: będę między jedenastą a pierwszą w nocy — i pewnie stróża nie zastanę na stanowisku, bo miałem wrócić jutro. Na ziemię spadło dużo śniegu, a gdy przybył na swoją stacyę — zastał tylko parę chłopskich sanek.
Najął jedne i gdy się znalazł w pustce pól, przypomniał sobie chłopski wózek, którym wiosną jechał do Tepeńca. Było i teraz pusto i cicho — tylko — jakże inaczej.
U bramy odprawił chłopa — i rozpoczął niespodzianą lustracyę. Fabryka jak zwykle szła — stróż był na stanowisku — wszystko w porządku.
Kierował się tedy do mieszkalnego domu — przez park — na boczny swój ganek.
Zdziwiło go światło w buduarze Anielki, różowe, słabe, od wiszącej ampli.
Na obyczaje Taubertów było to niezwykła godzina do czuwania.
Wszedł na ganek i znowu się zdziwił, znajdując drzwi nie zaryglowane. W korytarzu było ciemno — pocisnął guzik elektrycznej latarki — i skierował się wprost, w głąb — do jadalni.
— Kto tam? — rozległ się głos Ignaca z bocznego pokoju. Bez odpowiedzi poszedł dalej — minął jadalnię, salon, kroki jego tłumił dywan — i stanął na progu buduaru.
Pośrodku pokoju stali: Anielka i Wojdak. Trzymali się za ręce ku sobie pochyleni — coś mówiąc zapewne — ale on ich tylko widział — nie wierząc oczom. I nagle poczuł na ramieniu dotkniecie, światło świecy — i głos Ignaca i głuchy krzyk kobiety. Zawrócił się — spojrzał na szwagra, a ten nawpół ubrany, kończył:
— Zasiedzieliśmy się, byłem u siebie po cygaro — myślałem, że złodzieje chodzą po domu.
Jaworski słowa nie rzekł — obejrzał się. Wojdak stał już sam, śmiertelnie blady.
Tedy Jaworski zawrócił, minął z powrotem salon i jadalnię — na kurytarzu otworzył drzwi swego gabinetu ruchem i oczami zawołał Wojdaka, a gdy ten wszedł, przed Ignacym drzwi zamknął i zaryglował.
Potem zapalił świece na biurku, i rzekł:
— Masz mi pan co do powiedzenia?
Wojdak był wciąż blady jak ściana, ale już panował nad sobą, i patrzał śmiało.
— Mam! — rzekł twardo. — Kochałem ją, kocham, w śmierć i po śmierci kochać nie przestanę.
— A tę śmierć widzi pan przed sobą?
— Widzę. Z pana ręki czy ze swojej — wszystko mi jedno. Pożegnałem ją na zawsze. Jestem na pana rozkazy.
— Jak na złodzieja — bardzo szlachetny gust, — roześmiał się szyderczo Jaworski.
Wojdak skoczył — podniósł rękę do piersi.
— A pan takim złodziejem — nigdy nie był! — wybuchnął.
— Zdaje mi się, że pan chce dysputować ze mną!
— Nie, ale nie zniosę obelg. Jeślim zawinił — zapłacę.
— Czem?
— Krwią i życiem wedle światowych obyczajów.
— Czekam pańskiej dyspozycyi.
— Pojedynku pan się spodziewa?
— Wolałbym prędszy i mniej rozgłośniejszy koniec.
— Naprzykład?
— Świece się dopalają — ta moja — tamta pańska. Czyja pierwsza zgaśnie — ten się usunie z życia — cicho, samotnie — nie obryzgując swą krwią ani skandalem blizkich i drogich.
— Zgoda. Za kwadrans los rozstrzygnie.
Zapanowało milczenie. Jaworski ruchem wskazał mu fotel — sam usiadł, oczy przymknął, starał się ogarnąć myślą to niesłychane przejście.
Chwilami zdawało mu się wszystko zmorą, majaczeniem gorączkowem czy pijackiem, to znów ogarniała go wściekłość upokorzenia próżności, nienawiść dla kobiety, która go zdradzała, żądza zemsty — i potem nachodziła fala ohydy, wstrętu — obrzydzenia prawie fizycznego.
Całą historyę ostatnich miesięcy miał jasno przed sobą. Pośrednictwo Ignaca, starania Wojdaka, opętanie rodziny kwestyą materyalną, rzekomem poświęceniem, staraniem o ich grosz, usłużność, wkręcenie się na stanowisko domownika, a potem już swobodny romans. Zresztą może Taubertowie o wszystkiem wiedzieli — matka szczególnie.
Zresztą może to trwało już od lat całych, już wtedy, gdy proponował żonie mieszkanie w Zaciszu, już wtedy, gdy spędzały z matką miesiące za granicą. On przecie musiał pracować na jej zbytek, podróż, stroje, przyjemności; był przecie tylko mężem.
Wzdrygnął się na nagły szelest — otworzył oczy.
Wojdak wstał z krzesła — na biurze paliła się ostatniem tchnieniem tylko jedna świeca: Jaworskiego.
— Los wydał wyrok! — rzeki Wojdak głucho i twardo. — Jutro już nie będzie mnie na niczyjej drodze, ani na ziemi. Zostawię matkę i rodzeństwo w ruinie i wstydzie — odejdę tak, aby przynajmniej nie można było powiedzieć, żem tchórz i podły. I tej, którą kocham, sprawię ból — bo nic innego dać nie mogę — ale ludzkim prawom i sprawiedliwości stanie się zadość. Pan tę kobietę kupił, zapłacił — dokument dozgonny został podpisany. Jest pan jej prawnym posiadaczem i władcą. Mówię, jak skazany na śmierć — swobodnie. Nie kupił pan i nie zapłacił za jej duszę — za jej serce, za jej myśli. To moje — i o to ja kiedyś pozwę pana na inny sąd — i wtedy będzie inny wyrok. Teraz żegnam pana.
Przez sekundę oczy Jaworskiego pociemniały od jakiejś grozy, ale wtem zalała je krew, ogarnęła wściekłość. Powstał — zdawało się, że skoczy policzkować.
— Precz — zawołał dziko — bo cię tu ubiję, bezczelny!
W tej chwili ostatni blask świecy, zatoczył się, strzelił w górę i zgasł. Rozległ się skrzyp drzwi — kroki — pokój i dom cały ogarnęła ciemność i cisza. Wyczerpany ostatecznie Jaworski osunął się w fotel, i stracił świadomość — nawet myśli.
Był późny zimowy świt, gdy znowu rozległy się kroki na korytarzu, i wszedł służący.
— Proszę pana, depesza — rzekł z cicha.
Jaworski się ocknął, powstał z trudem, tak go bolały członki, ciężyła głowa.
— Podaj światło — rozkazał.
Lokaj wniósł lampę i wtedy Adam otworzył depeszę, spojrzał na podpis: Atma.
Zaczął się trząść jak w febrze, musiał papier położyć na stole, tak mu dygotały ręce — musiał oczy przetrzeć, bo mieszały się litery — i odczytał:
»Bądź dobry, abyśmy razem być mogli«.
I nagle zerwał się — nie rozumiejąc, nie zdając sobie sprawy, co czyni. Wypadł na korytarz — na podwórze, do mieszkalnego domu fabrycznej administracyi.
— Pan Wojdak u siebie? — spytał stróża.
— W nocy wyjechał — najętą furą — do kolei. Powiedział, że rano wróci.
Adam oparł się o ścianę — całą siłą woli się opanował — zawrócił do domu.
Gdy się znalazł z powrotem w swym gabinecie, oparł głowę o rozłożoną na biurze depeszę i zdrętwiał — słysząc jakby szum wody, w której tonął, nie mając ni sił — ni woli — by się ratować.





VII.

Była znowu wczesna wiosna. Rozpoczęły się roboty w polu, pęczniały pąki na drzewach, wracały ptaki z wyrajów, ludzie ruszali się raźniej.
W Zbylczycach ucichły maszyny w fabryce, pracowano przy remoncie. W domu był tylko Jaworski.
Pani Taubertowa z córką do Nowego Roku bawiły za granicą — prezes w Warszawie — nawet Ignac nie odwiedzał szwagra.
Ten pracował jak zwykle, jak co rok, z sumiennością maszyny i z maszynowym spokojem.
Po nieszczęśliwym wypadku z Wojdakiem, który przechodząc zimą przez plant kolejowy, pośliznął się, upadł, i został zmiażdżony przez przelatujący pociąg kuryerski — nowy chemik objął posadę — nowy dyrektor zastąpić miał od lipca Zarembę — nowy był magazynier i zmianowy. Miał tedy Jaworski sporo zajęcia z tego powodu — i dotąd nie mógł na wypoczynek wyjechać, ani często odwiedzać sąsiadów.
Dnie spędzał w biurze — wieczory w pustym domu. Z resztą innych lat było prawie tak samo. I tak samo jak zwykle pewnej nocy lampa oświetlała gabinet, i przy biurze Jaworski pisał. List to był.
— »Bracie — gdy to czytać będziecie — pójdźcie do krynicy — gdzieście mnie zeszłej wiosny uczyli Mądrości i Prawa — i wysłuchajcie mnie raz ostatni. W tem życiu już się nie spotkamy.
Nie jestem już tak bezrozumny, bym zabijał ciało myśląc, że duszę zabiję. Ale też nie mogę dalej tak żyjąc — jej mordować, ani jestem w stanie w stosunkach i warunkach dotychczasowych czekać kresu. Cuchnę sobie — jak trup, duszę się w męce, jestem w szponach zmory — jak potępieniec. Co zmyje ze mnie krew człowieczą, którą jestem obryzgany — jak zbrodniarz, co mnie obroni przed głosem oskarżyciela, który mi mówi: chciałeś w życiu tylko sławy, tylko użycia, tylko zbytku — tylko złota i władzy.
Kłamałeś szlachetność, uczciwość, miłość, przyjaźń — sam zdrajca, wiarołomca, złodziej — uczyniłeś sąd, wydałeś wyrok nad żoną — zabiłeś człowieka, który ośmielił się ją pokochać, gdyś ty ją lekceważył i opuścił.
Teraz, tak idąc, tak żyjąc — jestem bez mocy, by winy naprawić. Nie wrócę zmarłemu życia, nie śmiem spojrzeć na żonę — nie mam przyjaciela — cięży mi jak kamień — pieniądz.
Muszę wszystkiego odejść, wszystkiego się wyzbyć, nie istnieć tutaj — nawet was nie mieć.
Już interesa swe uregulowałem, już się wyzwoliłem z wahania i bojaźni, już czuję, że kędy idę — dobrze idę.
Zachowajcie me miejsce wśród was — niech waszą moc czuję duchem — na ciężką idę pokutę — na drogę, z której wrócić nie będę mógł — coby się nie stało — cobym nie znosił.
Większą część funduszu przepisałem na ciebie, bracie — niech wróci do ojcowizny i idei, której stróżujesz — reszty niech Atma użyje na jaką sprawę dobrą — ja z sobą biorę tylko waszą naukę — swoją shańbioną duszę — i swą wolę i postanowienie, by choć u kresu jedno z Wami być, i odnaleźć was z tamtej strony. Wiem, że nie zmartwi, a ucieszy Was ta ostatnia tutaj wieść o mnie, bo gdy to piszę, schodzi na mnie i od wielu czasów raz pierwszy — jakby otucha i nadzieja — i moc w mej słabości. Żegnajcie i bądźcie błogosławieni«.
Podpisał — i zamknął list w kopertę — a potem począł ostatecznie porządkować w biurze.
Palił jedne papiery, składał inne, przechodząc po kolei szuflady — długo w noc paliła się lampa w gabinecie.
Zwykłym trybem zeszedł dzień następny — wieczorem Jaworski kazał przygotować konie na nocny pociąg — i sam upakował swe rzeczy do ręcznego kuferka.
Zapowiedział, że wyjeżdża na dni parę do Warszawy w interesach fabrycznych, i rzeczywiście z teściem mówił tylko o sprawach pieniężnych.
Taubert zagadnął go, czy prawdą jest, że sprzedał kilka swych akcyi cukrowni.
— Istotnie, sprzedałem. Potrzebuję gotówki.
— Masz na widoku jaki interes? — ciekawie jął badać stary.
— Może być. Dziś wieczorem jadę do Petersburga.
— Słuchajno. Jeśli to z intendenturą — przyjmij mnie do spółki.
— Za powrotem odpowiem.
— Tak, tak. Znam ciebie. Nie lubisz zbytniej szczerości, i masz racyę. Jedź — a pamiętaj o mnie!
Rozpromieniał Taubert, i oddawna nie był dla zięcia tak serdeczny. Rozmawiali swobodnie do późnego wieczoru, wreszcie Jaworski na zegar spojrzał — i wstał.
— Co ty masz za zegarek obskurny? — rzekł Taubert.
— Oddałem swój do reperacyi.
Pożegnali się i Jaworski ruszył na kolej. Po drodze zatrzymał się w jakiejś obskurnej golarni, kazał ogolić zarost, ostrzydz włosy przy skórze, i przystrzydz wąsy. Na dworcu nacisnął kapelusz na oczy, podniósł kołnierz paltota, sam kupił bilet, i bez pomocy tragarza zajął miejsce w przedziale pierwszej klasy, gdzie na drugiej kanapie już wyciągnął się do snu, nieznajomy wojskowy.
Była noc chmurna, — deszcz mżył — pociąg ruszył.
Po ostemplowaniu biletów Jaworski się też położył, i zdawał się spać.
Gdy upewniło go zupełnie chrapanie towarzysza, podniósł się, przyciemnił zupełnie światło — rozpakował kuferek. Wydobył zeń niewielki pakiet, owinięty w ciemną bawełnianą chustkę, i wytarty, stary pugilares. Ze swego pugilaresu włożył weń sto rubli, a swoje papiery przełożył do kuferka. Potem zdjął swe cienkie, eleganckie obuwie — jakby do snu, i naciągnął wydobyte z pakietu dobrze już znoszone buty z cholewami — wreszcie i kapelusz swój założył za siatką, a nacisnął na głowę wytarty, rudy filc.
I wtedy — w kąt wtulony czekał.
Gdy sygnał parowozu oznajmił zbliżenie stacyi — wyszedł na korytarz — i wyskoczył na plant — w stronę przeciwną platformie.
Miał w ręku zawiniątko w chustce — wokoło była ciemność — stacyjka malutka, o sto kroków w bok czerniały jakieś zarośla.
Jaworski potknął się parę razy na szynach — wyminął jakiś budynek i znalazł się pod osłoną wielkich drzew. Żywej duszy nie było nigdzie z tej strony — rozległ się dzwonek, gwizd — pociąg ruszył.
Trochę ludzi rozpełzło się z platformy, paru stróżów przeszło, migając latarkami — i zapanowała martwa cisza.
Wtedy Jaworski poszedł ku owym zaroślom.
Był to borek sosnowy, podszyty jałowcem.
Pod tą osłoną Jaworski się przebrał w kolorową bawełnianą koszulę bez kołnierza, w marynarkę mocno znoszoną i brudną, i takież spodnie.
Pugilares wsunął za koszulę — na piersi, a swoją odzież zawiązał w chustkę, i rozejrzawszy się w ciemności, przejęty chłodem i wilgocią — poszedł, szukając drogi.
Wiedział mniej więcej godzinę i nazwę stacyi — wiedział, w jakiej jest okolicy, — więcej nic.
Po niedługiem błądzeniu znalazł szlak jezdny, mocno wyboisty — i puścił się nim — od plantu w głąb kraju.
Zawadzał mu węzełek szmat — więc gdy trafił na groblę i ujrzał wodę w rowie, obciążył pakiet ziemią — i zatopił przy krzaku łozy.
Teraz nie miał już nic — i był nikim.
Deszcz nie przestawał padać, i po jakimś czasie licha jego odzież przemokła na wylot — czuł wilgoć na ciele — przyspieszył kroku. Gdzieś przed nim kogut zapiał, zaszczekał pies — zbliżał się do ludzkich siedzib.
Jakoż, gdy się z lasu wydostał, ujrzał czarne kontury chat — płoty — parę wielkich krzyżów przydrożnych — i znalazł się w ulicy wioskowej.
Chaty jeszcze spały, ale świeciło się w domostwie większem — widocznie dawnej karczmie.
Zatrzymał się — i zajrzał przez brudną szybę.
Ujrzał wielką izbę, oświetloną nędzną lampką na rogu stołu, przy którym siedziało, drzemiąc, dwóch żydów — a jeden coś pisał kredą po stole.
Na podłodze izby — pokotem — jeden obok drugiego, spało kilkunastu chłopów.
Chrapanie ich i świszczące oddechy słychać było aż na ulicy — spali jak drewno, w odzieży, z której parowała wilgoć.
Jaworski się wzdrygnął z wstrętem, gdy drzwi otworzył — i próg przestąpił. Nikt się nie poruszył, więc odezwał się w stronę piszącego żyda:
— Można tu dostać nocleg na sianie?
— Ja nie tutejszy! — odparł żyd. — Gospodarze śpią w alkierzu. A wy kto?
— Robotnik z Białegostoku. Jaka to wieś?
— Horby.
— A te ludzie? Tutejsze?
— To moje flisaki z Wołynia. Wracają do domu.
— Prowadzicie drzewo — wodą?
— Aha. Rzeka tu o krok. Może się najmiecie na dwa tygodnie. Płacę cztery ruble i charcz!
Jaworski nic nie odparł. Usiadł na ławie przy oknie, w którem brakło szyby — zapalił papierosa. Miał dziwne wrażenie — nie czuł siebie. Mózg jego i nerwy przemęczone nad miarę ostatnimi czasy, zda się, odmówiły czynu — zmartwiały — po czynie.
Nic nie myślał — nie czuł — tylko jakiś nieokreślony, bezbrzeżny spokój — jakby dalej nic czynić nie miał, jakby spełnił jakąś konieczność, skończył jakieś zadanie, i na coś czekał, co już od niego nie zależało.
Nie spał, ale i jawy nie czuł — oczy miał otwarte, ale nic nie widział — nie dusił go zaduch izby — nie słyszał chrapania i stękań śpiących — widział jedno — że wybrnął z męki.
Żyd ostatni zasnął, lampka dogasała, kopcąc — za oknem czynił się brzask — gdy na drodze rozległ się tętent konia, stukanie w szybę i głos gromki:
— Meir, Meir!
Żydzi zerwali się — poruszyło się paru chłopów, a głos wołał dalej:
— Wiecie nowinę? Most pod kuryerem się zawalił.
Jaworski się zerwał.
— Most! Jakto? Dziś? A pociąg?
— Dziś w nocy. Pociąg w rzece — po ludzi jadę.
Tętent się oddalił. W izbie zawrzało. Zerwali się chłopi, z alkierza ukazała się cała rodzina gospodarza. Jaworski wyszedł na ulicę wioskową. Już i tam ruch się czynił, konny budził — wołał, chłopi już powtarzali jeden drugiemu nowinę. Nie upłynęło pół godziny, już gromada młodych parobczaków zebrała się i ruszyła kłusem przez pola.
Jaworski ruszył też za nimi, napędzili go inni, znalazł się w kompanii i biegł razem. Minęli na przełaj pola, przebrnęli grzązką olszynę — wydostali się na garb piaszczysty, którym plant kolei biegł. Za tym garbem były łąki przerżnięte wysokim nasypem, a potem była rzeka i most.
Most był jeszcze wczoraj — teraz sterczały przyczółki z obu stron — w środku przepaść, a na jej dnie czarna toń wodna, tak spokojna — jakby nic nie zniszczyła, nic nie pochłonęła.
Na przyczółku stały dwa wagony — reszta pociągu z całem wiązaniem mostu leżała na dnie.
Gromada ludzi czerniała przy wagonach — na przeciwnym brzegu poczynało się także mrowić. Świst parowozu spędził z plantu biegnących — minął ich — był tylko jeden wagon — inżynierski. Wśród zgiełku, zamętu, natłoku wciąż przybywających ludzi, rozkazów, wrzasku, Jaworski jeden nie okazywał ani ciekawości, ani grozy. Przekonał się, że nie był w żadnym z pozostałych wagonów — stanął nad rzeką — patrzał w nurty. Zrozumiał, że los przyjął jego zamiar — że mu przeznaczone było tak żyć — jak postanowił — że to, w czem był dotąd — leżało na dnie — że Adam Jaworski umarł — skończył!
A wtem go ktoś potrącił.
— Ty czego tu! — krzyknął człek w kolejowej czapce.
— Robić przyszedłem.
— Siadaj na drezynę i machaj! Masz tu depeszę — oddaj naczelnikowi. Przywieziesz majstrów. Ty siadaj z nim! — krzyknął na dróżnika. Ruszyli, we dwóch pchając wagonik.
— Ot, chryja będzie! — rzekł dróżnik. — A ja, jakbym przeczuwał. Mówiłem wczoraj Morasowi, co w budce przy moście siedzi. Woda raptem ruszyła — żeby mostu nie zniosło. Ot, i jest. Moras przepadł. Wygonią go z wilczym biletem.
— Duży był pociąg?
— Nie. Wiadomo, kuryer.
— He zginęło ludzi — niewiadomo.
— Sztuk ze dwadzieścia. Bo w tych dwóch wagonach trochę zostało. Konduktor też jeden w ostatnim wagonie był.
— Az tamtych nikt się nie uratował?
— Skąd! I Jezu! pewnie nie miał czasu żaden krzyknąć. Toć noc. Bogate państwo spali wygodnie.
— Będą wydobywać z rzeki?
— Juści. Roboty będzie huk — pieniędzy szmat ludzie zarobią. Wy, kto?
— Z Białegostoku idę — roboty szukam.
— Byle kogo drogowy nie weźmie. Rekomendacyę trzeba mieć — znajomość.
— Rozumie się. Dziesięć rubli dam za rekomendacyę.
— A co umiecie robić?
— Monterem przy fabrykach bywałem — na maszynach się znam.
— Papiery macie. Jak nazwisko?
— Karliński. Papiery mam.
— Drogowy też zechce wkupu. Teraz warto dać i dobrze — bo w takiej robocie dobrze płacą — nie patrzą na rubla.
— Dam z chęcią.
— No, to ja was wieczorem zaprowadzę do zapisu.
— Jak przyjmą — zapłacę wam z podziękowaniem.
— I wypijem parę szkieł.
— Zafunduję i wódkę!
— No, to widzę, że rozum masz.
Do stacyi było kilka wiorst. Gdy przybyli, Jaworski nie czuł ramion z wysiłku, ale zaciął tylko zęby i wolę — i po krótkim odpoczynku parł już sam wagonik z powrotem. Dróżnik został, a na drezynę siadło trzech cieśli kacapów.
— Nu, brat — kataj! — rozkazali mu, i rozwalili się bezczynnie.
Jaworski pracował zajadle, drezyna warczała w pędzie.
Jeden z kacapów popatrzał na niego.
— Ty, brat, robisz, jak jaki inżynier. Jak ty tak będziesz robić, to ty za tydzień nie chleb, ale piasek żreć będziesz. Ot — ty tak — rób po mużycku.
Wyciągnął swe olbrzymie łapy, wyprężył ramiona niedźwiedzie — i bez wysiłku, jakby się bawił — pędził wagonik.
Jaworski otarł pot i odetchnął.
— Ty pewnie w traktierze służył! — zaśmiał się drugi cieśla.
— I tam darmo chleba nie dadzą.
— A gdzie darmo karmią, ty nie był?
— Nie trafiło się! — odparł.
Zaśmiali się grubo kacapy, i zaczęli mu pomagać pół żartem. Jechali radzi, czując dobry zarobek. Katastrofa, ofiary, nie obchodziły ich nic — nawet nie mówili o tem.
Gdy przybyli na miejsce — zabrali narzędzia i poszli do komenderującego inżyniera i po chwili już zaczęli robotę około tymczasowego pontonu, który miał umożliwić komunikacyę z przeciwnym brzegiem.
Chłopi już sypali prowizoryczny nasyp ku rzece, w bok. Łodzi, tratew, było już pełno — klecono szałasy, palono ognie — wszędzie wrzała robota.
Jaworski oddał inżynierowi przywiezione ze stacyi papiery i usiadł na skraju nasypu — aby czekać na dróżnika.
Ale po chwili z dołu od wybrzeża rozległo się wołanie kacapa cieśli:
— E — ty — traktiernik — białoręki — podaj ćwieki z drezyny!
Usłuchał. Cieśla odbił skrzynkę i rzekł:
— Nu — topora nie masz?
— Nie.
— To stań z Miszką deski rznąć. Żywo!
Ani się spostrzegł Jaworski, jak go cieśle wzięli sobie za czwartego. Po godzinie roboty, już bez komendy wiedział, co robić. Majster wymyślający i kułakujący nawet robotników chłopów, jemu nie cisnął ani razu przekleństwa.
Ale dłonie miał starte ze skóry, a ramiona mdlejące ze zmęczenia i myślał ze zgrozą, że lada chwila ustanie. A przecie wytrwał do wieczora — ale gdy cieśle zaprzestali roboty, w oczach mu było ciemno, w głowie miał zawrót, i usiadł nad wodą — nie zdolny się poruszyć.
— Nu, co ty! — burknął cieśla. — Jeszcze trzeba barak sklecić, powieczerzać — do naczalstwa po wygody iść — po charczę, po wódkę. Ty czego siadł?
— Ustałem. Zostanę tutaj.
— Aha, talerze w restoranie podawać lżej — zaśmiali się.
— Co robić. Przywyknę i do topora.
Gdy odeszli, położył się na ziemi, skrwawione ręce, zbolałe ramiona do niej przycisnął i wypoczywał, jak pociągowe zwierzę, bez myśli, ale bez żadnej dusznej troski i męki.
Długo tak leżał. Wokoło gwar cichł. Chłopi robotnicy odeszli na noc do domów, na rzece opustoszało, mgłami była pokryta jak płachtą. Z błot i mokradeł wstawały roje komarów i rozlegały się chóry ptaków, raz ciszę przerwał gwizd lokomotywy pociągu roboczego, zastukały siekiery przy barakach, trzask walonego drzewa na ogień, urwana zwrotka artielnej pieśni i wreszcie ozwało się wołanie:
— Karliński! Karliński!
Jaworski się zerwał.
— Jestem! — odpowiedział.
— Nu, żywo do zapisu, na drożnego.
Poszedł, mozolnie dźwigając się na świeży nasyp.
Majster drogowy zajął na biuro budę wypędzonego dróżnika, inżynier, służba kolejowa mieszkała w wagonie. Ruch tam jeszcze był, kręcili się ludzie, rozchodziła się woń potraw, szczękało szkło. Majster, przygotowany przez dróżnika, ledwie spojrzał na paszport — zapisał, zręcznie pięć rubli zgarnął i rzekł:
— Własow, cieśla, chce ciebie pod rękę.
— Dobrze. Pójdę do nich, tylko narzędzi nie mam. Można kupić?
— Można. Ot, Łusicz ci wyda.
Wyszli z dróżnikiem. Jaworski dał mu obiecane dziesięć rubli, dostał topór, świder, dłuto i wtedy poczuł okropny głód. Ostatnimi czasy, mało co jadł, a już dobę nie miał nic w ustach. Zrobiło mu się słabo.
— A jeść gdzie tu dostać? — spytał.
— Żyd już szałas rozbił. Dostaniesz jeść. I wódkę ma! — dodał ciszej.
Poszli w bok plantu, do budy, skleconej pół na pół z drzewa i darni.
Zastali już tam cieśli nad wódką i kilkunastu robotników z linii.
— A co? Odszedł ty? Nu — pij — zawołał Własow, nalewając mu kieliszek.
— Zjem co pierwej. Ugoszczę dróżnika.
— Nu — ładno. Siadaj przy nas. Zapisali ciebie do nas — tak będzie kompania.
Zasiedli przy stole z desek i dostał Jaworski chleba czarnego — śledzia, kiszonych ogórków i wódki.
Pili cieśle i dróżnik, on jadł chleb, zrazu z trudem, tak miał zaciśnięte gardło, potem z upodobaniem, z przyjemnością. Wreszcie wypił kieliszek wódki, rozgrzał się, orzeźwiał, zaczął mówić z Miszką o narzędziach, o robocie, o zarobkach i siedzieli tak społem dość długo, zmęczeni, radzi się nie ruszać — bez troski żadnej, pewni jutrzejszej pracy i zapłaty, nie dbali o świat cały i jego sprawy.
— Byle zdrowie w ciele i rubel w kieszeni, to morze po kolana! — mówił Miszka.
Wreszcie Własow wstał, przeciągnął się.
— Nu, dzieci — spać! — zakomenderował.
Poszli do baraku. Sklecony był z desek na piasku, wewnątrz nie było nic, tylko ich narzędzia i kożuchy do nakrycia. Rozpalili ognisko od komarów i pokładli się na ziemi. Położył się też Jaworski, pewny, że nie zaśnie z bólu członków i palenia zdartych dłoni. Ale po chwili przestał czuć, cierpieć, niepokoić się, czy jutro zdoła wstać. Zasnął, jak drewno.





VIII.

Blizko linii i mostu wrzało od roboty ludzkiego mrowia; kilka razy na dzień przychodziły pociągi — pasażerowie musieli przechodzić rzekę po tymczasowym pomoście, przeładowywano bagaże, przenoszono ręczne tobołki, przeprawiano pocztę — ciągły ruch był i wrzawa, ale o kilkaset kroków dalej w bok była już pustka i cisza sosnowych zarośli i nadrzecznych łąk.
Odpoczynek był rzadki. Robota szła w jasne noce i nawet w niedzielę, zarobek był dobry. Jaworski przetrwał najgorszy początek, mękę muskułów do fizycznej pracy nie nawykłych, przebył gorączkę, febrę, kurcze żołądka i nie poddał się.
Co rano myślał, że się z ziemi nie dźwignie, a wstawał i szedł, co dzień miał pokusę odejść, szukać innej pracy, ale zostawał. Na twarzy i karku spaliła mu się i pękała, na dłoniach zgrubiała i znieczuliła skóra, licha odzież podarła się i powycierała, ale to wszystko z jakąś zawziętością upartą znosił. Mało mówił, o nic się nie upominał, ani targował, od towarzyszów nie odstawał. Wżywał się w to życie, uczył ich gwary, wyróżniał się chyba swym spokojem, gotowością, by każdemu pomódz i dogodzić, i bystrością w objęciu całej roboty.
Robotników przybyło. Przyszli murarze, maszyniści, kotlarze, i ślusarze, dźwigano nowy most. Jaworski trzymał się swych cieśli, ale wieczorem czerń cała spotykała się w baraku — u Lejby, gdzie był już i sklep i gdzie pito do bezpamięci.
Bywały nocami burdy i krwawe rozprawy, muzyka na harmoniach i rozpusta dzika, złodziejstwa i rozboje. I tam Jaworski szedł i wśród tłuszczy tej spożywał wieczerzę i siedząc w kącie, obserwował.
Zaczepiano go parę razy, wciągano gwałtem w skandal i awanturę, ale wtedy ujmował się za nim olbrzymi Własow, zajadły Miszka, a on sam miał wobec napastników zimny spokój pogromcy, który zwykł panować. Była tylko jedna plaga i męka, z którą ani się mógł zżyć, ani ścierpieć: powietrze i brud baraku — była to najstraszniejsza pokuta.
Brak bielizny, pościeli, toaletowych przyborów, robactwo, zaduch — doprowadzało go do rozpaczy, do buntów, do przeklinania doli a na to rady nie było, usunąć się od tego nie mógł. Towarzysze tak żyli, nie odczuwali przykrości, a on był przecie jednym z nich.
I tak już drwili z niego, że się strzygł i golił, że zmieniał co tydzień koszulę, że się kąpał w rzece. Oni się obchodzili doskonale bez tych wymysłów.
Pewnej soboty rano Własow oznajmił:
— Nu, dzieci — po południu bastujem i jazda do miasta.
— Ba — albo skończym, co inżynier przykazał! — odparł Jaworski.
— Głupi ty, Karluszka. To niech on sam robi w Zielone Święta. Nam trzeba do łaźni, do cerkwi i na zabawę. Dopiero we wtorek wrócimy. Wszyscy bastują!
— Do miasta trzeba! — rzekł Tirs, drugi cieśla — może z domu list jest.
— A ja swojej babie pieniędzy poślę! — mruknął Miszka.
Robota szła licho, mówili o zabawie, o sprawunkach, o rodzinach w dalekiej Pskowskiej gubernii, o stosunkach domowych.
— A twoja żona gdzie? — zagadnął Miszka.
— Moja? Nie mam — odparł Jaworski.
— To po co pierścień nosisz. Złoty, można sprzedać. I dzieci niema?
— Nie.
— Ot, szczęście. Co zarobisz, wszystko twoje. U mnie bo pięcioro, i baba i stara matka. Siedem dusz zimuj! Nu, poszlę im pięć rubli; ty list napiszesz.
— Dobrze.
— To i nam — zawołali drudzy.
O południu rzucili robotę, obiegli kasę — potem platformy wracającego, balastowego pociągu i pod wieczór rozpierzchli się po małej, powiatowej mieścinie, żądni zabawy i użycia.
Jaworski poszedł do pocztowego biura i odebrał pakiet gazet, potem kupił trochę bielizny, buty, odzież na zmianę i chciał zjeść w restauracyi kolacyę.
Ale go wyproszono z lokalu dość ostro i wtedy spojrzał po sobie, i mimowoli się uśmiechnął. Był stanowczo wykreślony z pośród »porządnych« ludzi i »towarzystwa«. Barak, warsztat, ulica, szynk, to był jego świat.
Wrócił na dworzec, przesiedział kilka godzin w sali trzeciej klasy, i wreszcie wprosił się do jakiegoś pociągu i o świcie wrócił do mostu.
Pusto było i głucho — kto się nie oddalił na święta, ten spał.
On zeszedł nad rzekę i poszedł brzegiem, daleko, w pustkę sianożęci, wynalazł kryjówkę w łozach i pewny samotności — rozerwał pakiet gazet. Stare były — z czasów kolejowej katastrofy. Pierwsza co mu wpadła w oczy — była żałobna klepsydra »Za duszę ś. p. Adama Jaworskiego odbędzie się żałobne nabożeństwo w kościele św. Krzyża, na które zaprasza przyjaciół i znajomych w smutku pozostała żona i rodzina«. A potem podobne w następnym numerze, tylko podpisani byli urzędnicy cukrowni, a potem trzecie kosztem akcyonaryuszów fabryki.
Dziwny uśmiech był na twarzy czytającego, i długo patrzał w czarne, wielkie litery nazwiska — a potem zaczął odczytywać opis katastrofy — listę ofiar — i wreszcie znalazł o sobie dłuższą wzmiankę: »Zgasły w sile wieku, w tak tragiczny sposób ś. p. Adam Jaworski, pozostawia po sobie żal szczery w szerokich kołach naszego miasta. Był to człowiek wybitnych zdolności, nieposzlakowanej prawości, pracy rozumnej i owocnej, wybitnego charakteru, i dobrze zrozumianej obywatelskiej ofiarności. Stratę jego dotkliwie odczują tak koledzy jak podwładni a pogrążonej w ciężkiej żałobie rodzinie prezesowstwa Taubert, z których jedyną córką zmarły był żonaty — to ogólne współczucie i uznanie dla nieboszczyka — niech będzie choć słabą pociechą w nieszczęściu«.
— Tak się pisze historya! — szepnął czytający.
Odrzucił gazety — zapatrzał się w nurt pod nogami, w życie, migotliwość gładkiej toni — i dodał.
— Bo tyle się widzi z ludzkiego życia — co z tej równej wodnej powierzchni, a na dnie — każdy bywa tylko sam — i milczy.
Ilu ludzi mu znanych odczytało te gazety, i czy był jeden, któryby odczuł co innego jak konwencyonalny żal — w którym była radość życia wobec śmierci — czy choć jeden był na tej mszy żałobnej w innym celu, jak żeby spełnić towarzyski zwyczaj — i żeby go widziano — i czy jeden pacierz pogonił za nim za świat.
Przeszedł wszystkich myślą i nie znalazł.
Poszła mu tedy dusza do rodzinnego Tepeńca, do tych dwojga swoich, i porwała go chęć iść do Atmy — i mówić — wszystko — i pytać — co dalej? Widmo Wojdaka nie stało mu już tak strasznie w sumieniu i ciężar fałszu i pustki życia tamtego nie tłoczył go — i przemógł swe wydelikacone ciało, i zrzucił jak kajdany dobrobyt, stanowisko — bogactwo — a przecie miał wciąż w sobie głuchy niepokój — i jakby szukanie jeszcze czegoś więcej — i brak i uczucie — że coś jeszcze trzeba oddać — coś więcej trzeba czynić.
Wytężył wzrok w błękit, wytężył całego ducha, stał się jednem pytaniem — jednem pragnieniem.
— Atmo — wskaż — naucz — powiedz, szeptał bez dźwięku — ale całą duszą.
I nagle poczuł w sobie drżenie i ból, zdławiło go w piersi, w gardle, zapiekło w oczach — i tak w niebo zapatrzony — zapłakał.
Kędyś z tych błękitów, z przestrzeni, kędy jego wola, jego pożądanie duszne rzuciło promień — szło coś potężnego ku niemu, jakaś moc, mądrość i radość — odpowiedź.
Nie zdając sobie sprawy — co to jest — co czuje, co słyszy — wśród łez tych, pierwszych, które wypłakał, począł poruszać ustami, jak niemy, któremu cud wrócił słuch — i wreszcie szeptem powiedział.
— »Przyjdź królestwo Twoje«.
I zrozumiał i ujrzał drogę przed sobą.
Było dobrze po południu, gdy wrócił do mostu. Poszedł do baraku cieśli, i zabrał się do gruntownego porządku barłogów i łachmanów, do sprzątania śmieci i brudów, do zszywania i łatania nędznych szmat towarzyszy. Zeszedł mu przytem czas do wieczora, i wtedy poszedł do rzeki, żeby się wykąpać i przyodziać.
Mijał barak chorych — i tknęło go coś. Zajrzał do środka. Na drewnianych pryczach leżało kilku ludzi i najbliższy — ujrzawszy go, zawołał:
— Człowieku Boży! Poratuj!
— Co tobie?
— Porusz mnie na bok — i daj pić!
Był to robotnik od balastu — z nogą spuchniętą jak kłoda — z gorączką w zapadłych oczach.
— Oj, pić! — zajęczały inne głosy, i podniosły się głowy rozczochrane z barłogów.
Było ich pięciu. Dwóch w paroksyźmie febry, jeden prawie umierający z dyzenteryi, dwóch ze strasznymi wrzodami. Zaduch panował nie do zniesienia, robactwo roiło się na nich, dobę całą — nikt do nich nie zajrzał. Cierpieli z chłopską wytrzymałością i rezygnacyą.
Jaworski jak umiał i mógł opatrzył rany, przyniósł pragnącym wody — kupił w sklepiku cukru i herbaty, nastawił blaszany samowar — i pozostał z nimi do zmierzchu. Gdy się nieco pokrzepili herbatą, zaczęli rozmawiać o swych nędzach.
W baraku uczyniło się lepiej oddychać, bo po kątach ustawił Jaworski kilka świeżych brzóz, a tok brudny potrząsnął piaskiem. Nie dziękowali mu, ani zdawali się zwracać na ów świąteczny szczegół uwagi, tylko ten jeden umierający na dyzenteryę — mgławemi oczami na zielone gałęzie patrzał, i powoli, ciągnąco, rwano szeptał.
— U nas, w Bereźnicy — na mogiłkach takie brzozy, a za mogiłkami Lejby cegielnia, a za Lejby cegielnią wygon. W gliniankach Barnaby kobyła się utopiła jesienią. — Jaworski usiadł przy nim, na pryczy, i poił go herbatą — pił chciwie.
— Kto ty? — spytał wreszcie.
— Karliński. Z cieślą Własowem robię!
— Bóg ci zapłać, za herbatę. U nas w Bereźnicy jest przy kościele, w przytułku ślepa Karlińska. Starucha. Pończochy żydom robi. Całkiem ślepa. Moja matka ma domek i ogród — obok przytułku. Znam wszystkich, co tam żyją. Nam krowa zdechła zimą — to matka mówi: Idź, Józef — na parę miesięcy — do balastu — na kolej — zarobisz na krowę. Ot — i nie udało się — drugi tydzień jak już mnie na śmierć wzięło.
— Ot, nie dawaj się. Jutro doktór będzie — da ci lekarstwo — wytrzymasz.
— Bardzo już słabo! — szepnął chory.
— A ta ślepa Karlińska rodziny niema? — zagadnął po chwili Jaworski.
— Powiedziała matce, że syna jednego miała, gdzieś po świecie. Dawniej to jej czasem nawet jaki grosz przysłał — miała najętą stancyę u mieszczanina. Ale musiał umrzeć, bo już pięć lat nic nie przysyła — ksiądz się nad nią zlitował — przyjął do przytułku. Et, nas jeszcze troje młodszych jest — ale tylko ja i matka zarabiamy. Ojciec pomarł już trzy lata temu.
— A gdzie ta wasza Bereźnica?
— To w wołyńskiej gubernii — miasteczko, parafia — do kolei daleko.
— A wasza rodzina jak?
— Samoliki — nie chłopy — mieszczanie my!
— A syna Karlińskiej owej — nie widzieliście nigdy?
— Skąd? Jej mąż gdzieści komisarzem we dworze służył podobno. Ona w Bereźnicy siostrę miała kiedyś — i dworek miały. To ona, owdowiawszy, do tej siostry zjechała. A to potem dworek się spalił — i siostra pomarła — a ona tak się została. Syn może i wstydził się takiej matki — może jakim naczelnikiem był — ożenił się gdzie w mieście! Ona — dobra starucha!
— Oj, daj jeszcze herbaty!
— Szkoda herbaty! — odezwał się drugi chory. — Jak nasz brat, czarnoroboczy — matkę wspomina — to do piasku mu, nie do herbaty.
— Samolik, ty gadaj — gdzie pieniądze masz schowane, i komu je odesłać — a to przepadną!
Chory wzdrygnął się, popatrzał w koło, a potem zrezygnowany, wydobył z za koszuli szmatkę na sznurku uwiązaną.
— Pewnie wasza racya. Siedemnaście rubli tu jest. Świadkami bądźcie — Karlińskiemu z Własowa kompanii oddaję. Niech matce do Bereźnicy odeśle. Ale nie gadajcie starszym, bo zabiorą na pogrzeb, albo przez naczalstwo pójdzie — i nie dojdzie. I tak na krowę nie starczy, ale co poradzisz!
Nie było w nim żalu za życiem, ani buntu na śmierć, ani rozpaczy, ani niepokoju.
— Nie chciałbyś jeszcze pobyć na świecie? — szepnął przejęty Jaworski.
— At — co poradzisz. Mocy niema — a tak leżeć — to już obrzydło. Powiadają, że ze mnie nic już nie będzie — musi prawda być!
Było już zupełnie ciemno. Jaworski poszedł do ziemianki, gdzie sklepik był — kupił krup — masła, lampkę, garnek — ugotował kleju — i zaniósł do chorych. Ucieszyli się, gdy zapalił lampkę — Samolik jeszcze żył — i zjadł nieco. Wtedy chorzy zaczęli też prosić o jadło — musiał znowu iść do oberży — i tak mu zeszła krótka noc. Ale rano Samolik jeszcze żył — i prosił o posiłek — chorzy dopominali się opatrunku, herbaty. Pozostał, służąc im do wieczora, do końca świątecznego spokoju, do powrotu robotników. Gdy odchodził, nie dziękowali mu, tylko jednym głosem nalegali, by jutro wstąpił, a Samolik upominał się o swą szmatkę z pieniądzmi.
— Może ja jeszcze wytrzymam! — rzekł, patrząc nań pytająco.
— Wytrzymasz — potwierdził mu ufnie.
Cieśli swych zastał pijanych do bezpamięci — i Własow z punktu zaczął mu grubiańsko wymyślać, że w baraku wszystko »bez tołku«. Takie wrażenie wywarł na nich porządek. Potem pospali się jak drewno, i ledwie ich się dobudził rano — na sygnał roboczy.
— Gwiżdżą! Czort bierz, że gwiżdżą! — klął Miszka, zbierając się leniwie. — Ty tak gonisz na sygnał, jakbyś naczelnik był. Co tobie tak pilno! Czynu, ani orderu, ani podwyżki nie dostaniesz. Robota nie zając — nie ucieknie.
Podczas pauzy obiadowej Jaworski poszedł do chorych. Już był ich felczer odwiedził — czuli się lepiej, Samolik spał.
Wrócił tedy do swej roboty, i odczuł raz pierwszy jakby uciechę — jakby ochotę do życia, jakby większą moc w barkach. Wieczorem zajął się gospodarstwem baraku, wyręczając Tirsa, który po przepiciu niezdrów się czuł i tylko klął. A wracała mu ciągle na myśl ślepa starucha w przytułku, i gdy się doczekał niedzieli — pojechał do miasteczka na pocztę — wysłał bez listu, bez słowa wieści dziesięć rubli pod jej adresem, a gdy to uczynił, odczuł zadowolenie.
W parę tygodni potem — wieczorem, w oberży, ujrzał Samolika.
— Ot, wytrzymałem! Już od wczoraj robię! — pochwalił się. — Chodź, postawię ci wódki!
— Nie trzeba. Nie lubię pić!
— To jakże! Ratował ty mnie jak swojak.
— To rad, że wytrzymałeś — i dosyć.
— Ja do matki pisał nawet o tobie. Nie chodziłbym po świecie — żeby nie ty. Ot, weź choć tytoniu!
Wypalił Jaworski z nim papierosa, i rozeszli się. Ale w jakiś czas potem Samolik znowu przyszedł wieczorem do baraku cieśli i wywołał go.
— Czy tobie Adam na imię? — spytał.
— Adam.
— Bo to matka mi pisze, że ślepej Karlińskiej syn przesłał dziesięć rubli — a że ja o tobie pisałem — wiec stara nie daje jej spokoju, żeby się dowiedzieć — może ty ten syn właśnie.
— Co jej z tego przyjdzie!
— Ot, może się ucieszy nieboractwo!
Jaworski milczał.
— Nu, tobie może nie miło — żeś nie żaden naczelnik — a czarnoroboczy. Ale — matce — to jedno! Będzie rada z króla i z pastucha — byle żywy.
— Pisz — kiedy chcesz! — odparł, odchodząc.
W pół lata cieśle skończyli roboty przy moście i poczęli się zbierać do budowy przy koszarach w Kowlu i Własow zagadnął Jaworskiego:
— Pójdziesz z nami?
Onby chętniej został. Nęciła go pustka otoczenia, spokojne kąty nad rzeką, powietrze, natura! Ale zima to wszystko przerwie — roboty się skończą, trzeba będzie iść za chlebem między ludzi.
A Własow zaniepokojony tem wahaniem, dodał:
— Do zimy zarobisz z nami jeszcze rubli ze czterdzieści. Nie pijesz — nie hulasz — to i wystarczy do wiosny. Podrużyliśmy się z tobą, damy zarobić jak swojemu bratu.
A Miszka dodał:
— A zawszeć z toporem lepiej, jak talerze zmywać! Już ty nie marnuj, coś się nauczył.
— Nie okpił ja ciebie w rachunku ni na kopiejkę — rzekł Własow.
Omówili tedy warunki — i kończyli śpiesznie robotę. W przeddzień wyjazdu — Samolik przyniósł mu jakiś papier.
— To z domu mnie przysłali — żeby tobie oddać.
Jaworski spojrzał. Był to list, pisany dość koślawo.
— To zakrystyan nasz pisze. Pewnie ślepa twoja matka go uprosiła.
Jaworski list wsunął do kieszeni, i wziął się do topora.
— Odchodzicie jutro! — rzekł Samolik. — Ja jeszcze zostanę miesiąc. A jak stara spyta o ciebie, co powiedzieć? Dowiesz się kiedy do niej?
— Pokłoń się — powiedz, że wieść przyślę.
— Matka pisze, że tobie nie zapomni dobra. Już ja zimą będę o twojej starej pamiętał, za to!
— Daj wam, Boże, zdrowie!
Wieczorem, po skończeniu roboty, gdy Własow poszedł do kasy po rachunek i papiery, a cieśle zbierali swe manatki i narzędzia, Jaworski oddalił się nad rzekę — i odczytał list:
»Najdroższy synu. Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus i najświętsza Matka Jego! Miałam wielką radość, że żyjesz, bo już nie spodziewałam się — żeś z tego świata, i jako za zmarłego modliłam się za ciebie, i pilno mi było na tamten świat — do ciebie. Dziękuję ci i błogosławię, żeś o mnie nie zapomniał, ale jeśli twoja łaska, to nie przysyłaj mi zapomogi — ale napisz jak twoje zdrowie — i jak ci się powodzi, i jaką pracą się zajmujesz. Choć kilka słów napisz — bo mnie nic nie brakuje — tylko słowa od ciebie. Ja i tak ciągle o tobie myślę, ale jak napiszesz co porabiasz, gdzie jesteś, jak żyjesz — to mnie będzie — jakbym z tobą była i przy robocie i w mieszkaniu — i wszędzie!
A nie przysyłaj pieniędzy — sobie użyj — miej wygodę — miej przyjemność — mnie tu dobrze — mnie nic nie trzeba, byle od ciebie czasem słowo. Ludzie tu dla mnie łaskawi, a ksiądz Dziekan, jak dobrodziej święty mną się opiekuje — a od tej pory, żeś o mnie pomyślał — to i nie czuję, żem kaleka ciemna — zda mi się — niebo widzę i słońce.
A jeszcze o jedną łaskę i pozwolenie cię proszę. Te dziesięć rubli, coś mi przysłał — mnie niepotrzebne — to czy nie będziesz się gniewać, że je dam Marcinowej praczce, której spaliły się rzeczy tej wiosny — a u niej pięcioro dzieci i stary ojciec sparaliżowany! Jeśli pozwolisz — to jej powiem: Mój Adaś mi przysłał pieniędzy — pomogę wam! — A już nie będę dłużej ci dokuczać i nudzić, tylko Panu Bogu ciebie polecam i niech On cię ma w swej opiece i w zdrowiu uchowa, i w pracy da pomyślność. Amen.
Jan Jaszczyński, zakrystyan, ten list mi w swej dobroci pisze — a ja ciebie błogosławię i za twą pamięć tobie dziękuję.

Matka twoja
Monika Karlińska

Jaworski dobył pugilares, i długo się wpatrywał w twarz kobiety na starej, zblakłej fotografii. Wydała mu się znajomą już, i pod pierwszem wrażeniem — chciał zaraz odpisać. Ale po namyśle list schował — przerachował swe pieniądze — i odszukał w barakach Samolika.
— Jak wrócicie do Bereźnicy — to wstąpcie do mojej matki — dajcie jej ode mnie pięć rubli, i powiedzcie, że jak się zbiorę na byt pewny, to po nią przyjadę i zabiorę. A z pieniądzmi niech robi co jej wola. A nie piszę, bom rękę okaleczył, powiedzcie. A jeśliby pytała, gdzie będę — powiedzcie, że do zimy w Kowlu — cieśla — przy koszarach — a potem dam znać.
— Byle znowu nie za dziesięć lat — bo nie doczeka — zaśmiał się Samolik.





IX.

Zima przyszła dla Jaworskiego w Kowlu.
Z pierwszym śniegiem i mrozem przerwały się roboty — i Własow ze swą kompanią — odjechali na wschód — do domu. Pożegnali kolegę jak umieli najlepiej — propozycyą wypitki — obietnicą — że z wiosną, gdzieby nie byli na robocie, dadzą mu znać, przyjmą do spółki.
Odprowadził ich na dworzec — i wracał sam w śnieżną szarugę do miasta.
Mieszkał u rymarza żyda w małej izdebce, przedzielonej niby ścianką z desek — od warsztatu i kuchni gospodarzy. Lokal ten kosztował go trzy ruble miesięcznie, i póki dnie były dłuższe i powietrze cieplejsze — wracał zmęczony i zasypiał przy otwarłem oknie.
Ale teraz roboty nie było — wieczór się zaczynał wcześnie — na dworze była zima.
Miasto nędzne, marne, senne, miało w sobie nastrój pustki i nudy. Ludzie się snuli jakby przybici, skuleni — jeśli żywsze gdzie było światło w domostwie, jeśli głos i ruch — to był szynk lub traktyernia, jeśli ktoś gwizdał lub śpiewał — pewnie był nie trzeźwy.
Jaworski szedł powoli i najdalszemi ulicami i parę razy domek rymarza minął, zanim zdecydował się wejść.
Majster szył szleję przy kopcącej u sufitu lampce, izba pełna była woni skór, cebuli, brudu ludzkich ciał i gorąca. Masa dzieci, kobiet snuła się i hałaśliwie gadała, w sionce gęgały i cuchnęły gęsi.
Jaworski wszedł do swej izdebki, zapalił lampę i wyciągnął się na łóżku.
Na ścianach bielonych, ale pełnych szpar i krzywych — wisiały jego narzędzia, parę sztuk odzieży — wszystko, co posiadał. W kącie miska gliniana i stara konewka przedstawiała toaletę, pod oknem był kulawy, niegdyś czerwony stolik i drewniane krzesło. Trzy szyby w oknie były zaklejone gazetą — czwarta dawała widok na śmietnik podwórza.
Oczy Jaworskiego obeszły to wszystko — potem je przymknął. Zegar stary zaczął chrobotać i wydzwonił ósmą godzinę. Do nocy było daleko — zresztą, co znaczy noc dla człowieka, który jutro nie ma co robić.
Leżał tak, zdawało mu się, wieki — aż go ocknęło z rozmyślania zgrzytanie zegaru — porachował uderzenia — dziewiąta.
Zerwał się, zdjął kożuch, bo dławił się gorącem i znowu siedział, z obwisłemi ramionami, zgarbiony, ze wzrokiem wbitym w ziemię.
I cóż z tego, że ramiona jego mogą i umieją dźwigać ciężary i władać toporem i piłą bez umęczenia dzień cały — co z tego, że znosi grube jadło i wszelką niewygodę — jak Miszka, co z tego — jeśli mu został jego duch ze wszystkiemi potrzebami, z niemożebnością — nie myśleć.
Gdy był jeszcze tam — na tamtym świecie — nie brakło mu nigdy towarzystwa — nie przerywała się nigdy praca. Wieczory, noce zimowa spędzał nad książką, nad rachunkami, obmyślając plany i projekty — a praca jego nie miała martwych sezonów.
Teraz był atomem masy robotniczej, kroplą oceanu, jedną parą bezimiennych rąk tłumu, co pracuje lub szaleje.
A szał przyjść musi. Bezimienne ramiona tworzą olbrzymie dzieła, dostają się do wnętrza ziemi, budują potwory statków, co opanowują oceany — odziewają, karmią ludzkość, zdobywają pustynie, co wyprowadzają na skał szczyty, i przeprowadzają przez rzeki i przepaście, muszą czasami mieć odczucia swej mocy i potęgi i zapomnienie, że nie tworzą — a tylko wykonywają. I wtedy niszczą. A bezimienne masy miewają odpoczynek dla ramion omdlałych, dla rąk okrwawionych narzędziem — i wtedy śpią lub szaleją. Mieszkania ich ciasne, przepełnione dziećmi, choremi kobietami, kalekami i niedołężnymi starcami — więc uchodzą z nich — do szynków.
Fabryka, warsztat, ulica, izba wspólna, szynk. Bezimienne ręce: tytany: bezimienne dusze pierwotne, żywiołowe — taki mają świat.
Ale niema potęgi — coby duszę i mózg Adama Jaworskiego powróciła do stanu żywiołowej, dzikiej prostoty instynktu, chyba rozpacz i nuda. Zerwał się nagle, spiesznie naciągnął kożuch i wyszedł.
Na jednej z ulic zapamiętał szyld księgarni — znalazł ją jeszcze otwartą.
Właściciel, młody żyd, z oczami ponuremi, ubrany w czarną koszulę jedwabną — rozmawiał po rosyjsku z mężczyzną w wytartym paltocie i rudym filcowym kapeluszu — umilkli na widok wchodzącego.
— Czy mogę dostać u pana książek do czytania — polskich? — spytał Jaworski.
— Nie — polskich niema! — odparł żyd.
— Tylko rosyjskie?
— Są niemieckie, francuskie — ruszył ramionami, nie dodając słowy — »nie dla was«.
— Poproszę o katalog i warunki wypożyczania.
— Rozumie pan obce języki?
— Tak — trochę.
Gdy przegląda katalog, pełen marnych romansów i broszur mało wartych, obcy mężczyzna obejrzał go od czapki do butów, i wreszcie rzekł, czysto po polsku:
— Ja mam parę dobrych polskich książek. Mogę pożyczyć — żebym wiedział, komu. Wy tutejszy?
— Nie. Na robocie byłem, przy koszarach.
— Teraz bez zajęcia. Zdun jesteście?
— Cieśla. Z kacapami robiłem.
— Polak?
— Tak. Karliński.
— Ja się nazywam Mateja, ślusarz — w kolejowych warsztatach robię od paru miesięcy. A wy dawno bez zajęcia?
— Ledwie parę dni.
— Zostaniecie tutaj?
— Nie wiem. Może się co trafi. A nie — pójdę gdzieindziej. Sam jestem — nic nie trzyma. Wieczór się dłużył — chciałem poczytać.
— No, no — rzadki gust u naszego brata, robociarza. I umiecie po niemiecku, po francusku. Mógłby z was zecer być.
— Można się wszystkiego nauczyć — jak trzeba.
— Nasz brat, proletaryusz, w dobrej szkole jest. Będzie z niego obywatel. Umie głodem umrzeć, umie w rynsztoku spać, bez powietrza oddychać, dwanaście godzin pracować za łachman i psią strawę. Umie milczeć całe życie — i zdechnąć jak na brucht pójdzie. Nieprawda, panie Izna, mocny ród! — Wązkie, blade usta księgarza skrzywiły się w szyderczy uśmiech, ale milczał.
— Gdzie mieszkacie? — spytał Mateja.
— U rymarza Minca.
— My mieszkamy we trzech u Abermanowej. Wszyscy swoi, Polacy. Chcecie, poznajomimy się?
— Służę, z miłą chęcią.
Poszli razem — ale w mieszkaniu nie zastali towarzyszy.
— Powlekli się do knajpy pewnie! — rzekł Mateja. — Jankowski w bilard majster, a Kubik bez dziewcząt żyć nie może, ale przyjdą. Wypijemy tymczasem herbaty.
Izba była niechlujna, posłania brudne — na ścianie odzież — wielkomiejska tandeta, lusterko, fotografie — znać było pewien gust elegancyi.
Pod oknem na stoliku leżało trochę książek i gazet — obejrzał je Jaworski — były to świstki socyalistyczno-robotnicze — broszury czerwone.
Usiadł tedy na krześle i rzekł do krzątającego się przy piecu Matei:
— Dobry zarobek w warsztatach?
— At — do pięćdziesięciu rubli dociągnąć można, ale ciężko. Na fabrykach prywatnych swobodniej, tu aż się roi od szpiegów — i naród zbierany — niema z kim gadać — robota nie idzie!
— Propaganda?
— Juści! Zaczynać trzeba od prywatnych zakładów.
— Wy z partyi?
— A wy?
— Ja nie!
— Czemu? Dobrze wam tak?
— Nie zazdroszczę bogaczom.
— A cudzy głód i nędza was nie obchodzi?
— A wam zda się sytością i spokojem pełny brzuch i kieszeń?
— Spróbuję, to wam odpowiem! — zaśmiał się Mateja. — A wy gadacie, jak burżuj.
Postawił na stole herbatę i zakąskę i spojrzał podejrzliwie na gościa.
Jaworski zdjął kożuch. Koszulę miał na sobie perkalową, zblakłą, przepoconą — na wzrok Matei wyciągnął ramiona i pokazał mu swe dłonie, twarde, jak podeszwy, mozoły, szramy skaleczeń, pościerane paznogcie.
Potem sięgnął w zanadrze i pokazał swe świadectwo robót u mostu, i niezdarnie pisany atestat Własowa.
— Anim burżuj, ani szpicel jestem. Robotnik jak i wy — niższy — prosty cieśla. Pracowałem lato całe u majstra, dostawałem sześćdziesiąt kop. i strawę.
— A przedtem?
— Przedtem, kiedyś byłem służącym u bogacza. Dlatego im nie zazdroszczę.
— A byliście kiedy bez roboty kilka miesięcy?
— Nie.
— A leżeliście w szpitalu?
— Nie.
— A rodzinę macie?
— Nie.
— To nie znacie jeszcze naszej robotniczej doli — i jak poznacie — spotkamy się w partyi!
— A przecie — im gorzej — rzekł zamyślony Jaworski.
— Ej — żeby było gorzej — nie upieraliby się na miejscu, nie czekaliby, aż im gardła poderżną, albo grube brzuchy poporą! A ot — i towarzysze!
Weszło dwóch robotników, jeden starszy — szczupły, patrzący z podełba, przebiegłemi oczami, drugi młody chłop — zbudowany z grubych kości — o twarzy zuchwałej i cynicznej.
Mateja przedstawił gościa, Jankowski go obejrzał niechętnie, Kubik rzekł z grubym śmiechem:
— Miałem przeczucie, że będzie piwo w domu!
Jaworski zrozumiał, i wyjął rubla.
Po chwili na stole znalazła się wódka, piwo i kiełbasa. Zaczęli pić, palić papierosy — i mówić. Mateja — snać najokrzesańszy — prawił o socyalnych przewrotach — sypiąc zasłyszanymi, po wiecach, pochwytanymi z broszur cytatami i frazesami.
Jankowski łyskał zajadle oczami, spluwał i świstał przez zęby, jak żmija. Mówił mało, z nienawiścią i szyderstwem. Kubik podpił i drwił ze wszystkiego, lub opowiadał cyniczne anegdoty o kobietach. Godzili się na jedno, że zarobek marny, praca ciężka i nienawistna — i zwalić trzeba cały świata porządek.
Gdy Jaworski wrócił do siebie o jedenastej — zastał swego gospodarza jeszcze skulonego nad robotą. Wszyscy zresztą spali — nie było kąta, gdzieby nie leżało ciało ludzkie! Słychać było kaszel, świszczące oddechy, stękania. Żyd rymarz pod wiszącą lampką zaszywał stare uzdy.
— Późno już, panie Lejba! — rzekł Jaworski.
Rymarz podniósł oczy, jakby zbudzony ze snu.
— Och — wyśpię się w szabas! Jutro przyślą po robotę ze dworu — i zapłacą. Trzeba skończyć.
— Ciężko pracujecie?
— Nie, chwała Bogu, jak dużo roboty.
— Może wam pomódz? I mnie się spać nie chce.
— Albo to umiecie rzemiosło?
— Chyba uzdę zeszyć potrafię.
Usiadł na miejscu młodego Icka, syna gospodarza, i wziął się do rozpoczętej przezeń roboty.
Nie była trudną i wydała mu się przyjemnością w porównaniu wieczora, spędzonego ze ślusarzami. Pracowali w milczeniu, aż wreszcie żyd się odezwał:
— Wy to pewnie nie z prostych?
— Jakto? Cieśla jestem.
— Nu, ja wiem — ale z delikatniejszych ludzi.
— Dlaczego tak wam się zdaje?
— Ze wszystkiego. Wy nie cham. Już trzeci miesiąc jesteście, ani razu pijani nie wrócili, ani grubego słowa nie rzekli. Wy nie tutejszy?
— Nie — za robotą chodzę. Znajomości nie mam, to i kompanii niema. A teraz, jak zima nastała, a roboty niema, to i sam nie wiem, co z czasem począć.
— A familii u was niema?
— Nie.
— Myślicie tu zimować?
— Sam nie wiem. Żeby jaka robota!
— Dla cieślarzy teraz głodny czas.
— Wasze lepsze rzemiosło.
Lejba głową pokiwał.
— Ot, Bogu dzięki, że własny dom. Ale zdrowia już mało. Syn do Ameryki jedzie, trzeba pożyczyć sto rubli na drogę. Dziewczynę trzeba za mąż oddać, troje się uczy — dwoje maleńkich. Jest chwała Bogu familia! Rzemiosło — wiadomo — czasem ciągle robota, czasem trzeba jej szukać. Żona kramik ma, Ryfka szyje — at!
— Nie skarżycie się?
— A co to pomoże, skarżyć się, a komu? Jakie to na to naczelstwo, gdzie mirowy sąd? Pan Bóg powiedział: Ty, Lejba Minc, rymarzem będziesz — ot, tobie dwie ręce i głowa — ot, tobie dom i ogród — ot, tobie żona i dzieci — ty tego patrz i pilnuj — a mnie głowy nie zawracaj — mam ja was dosyć — pełne ziemie! Nu — to jak na mnie choroba, pożar — czy inne biede — to ja wtedy gwałt, — do Pan Bóg — ale jak żaden taki zły interes — to ja mam siedzieć cicho. Czy ja nie mam recht?
— Żeby taki rozum wszyscy mieli!
— Ot — ja wiem, że wy z delikatne familie — to zrozumiecie. Taki cham — to ma wielkie gardło — do wódki i do łajania, a głowę to ma tylko, żeby na niej czapkę powiesić. A wy myślicie, skąd ja delikatny rozum mam — bo ja też z wielkie familie. Mój dziad rabin był, cudotwórca, mój ojciec też rabin — co do niego o sto mil jeździli. Pinkus Birman milioner — a jabym mojej Ryfki za jego syna nie dał — ja dla niej szukam uczonego! A ja choć tylko rymarz — do Pinkusa Birman po rozum nie chodzę.
— Młodzi wasi już inni!
— Młodzi głupi. Zakonu nie patrzą — zdaje się im, że co nowego wymyślą, czemś wielkiem będą. Wy się dowiecie? Ja myślę, że choć wy i nie stary — to taki czas był, żeście starych rzemieni nie łatali, a za nowe drogo płacili.
— Ale teraz łatać potrafię! — uśmiechnął się Jaworski, pokazując mu robotę.
Lejba pokręcił głową.
— Mój Icek — jak zaczynał się uczyć, to i po miesiącu tak nie potrafił.
— To idźcie spać, panie Lejba. Ja te dwie uzdy skończę sam dla was.
— Nu — kiedy panu to zabawa! — rzekł żyd, wstając z trudnością ze stołka.
Jeszcze długo w noc świeciła lampka, bo ciężko szła robota nowicyuszowi. Gdy skończył i zgasił światło, odeszła go nuda i zniechęcenie, i zasnął twardo, a nazajutrz z całem zajęciem przyglądał się pracującym, a wieczorem zasiadł znowu na stołku Icka, tym razem obszywając fartuch do powozu. I weszło to w zwyczaj. Krótkie dnie spędzał nad książką, lub łatał swą odzież, i nawet próbował szewstwa — wieczorami siedzieli z Lejbą przy warsztacie, pochyleni nad robotą — milczący.
Tak go zastał pewnego dnia Kubik ślusarz.
— A wy tu co? Terminujecie u żyda na rymarza?
— Niema roboty. Nudno!
— To chodźcie do nas. Zagramy w karty.
— Nie umiem.
— To się nauczycie, zapłaciwszy frycowe!
— Wolę tedy bez frycowego skóry zeszywać.
— To pójdźcie do Szyfmanowej — są świeże dziewczęta, muzyka, piwo!
— Nie mam do tego ochoty.
— Co z was za kolega? Chce wam się tu w tym żydowskim zaduchu siedzieć!
— My wszyscy przecie roboczy naród.
— Ale, akurat właśnie — urągliwie zaśmiał się Kubik. — Przez żydowskie partolstwo — nasz brat chleba nie ma.
Lejba głowę podniósł, spojrzał nań, ale milczał.
— Przecie wy bez chleba nie jesteście.
— Człowiek nie tylko o sobie mówi.
— A żydów to głodnych i w nędzy niema?
— Cholera na nich. Co mnie do nich.
— Ja nie partyjnik — to mnie każdy robotnik brat.
— Winszuję. Lokajem u mechesa pewnie byliście!
— A wy — jak niesiecie pieniądze do Szyfmanowej na dziewki i piwo — nie pracujecie to dla niej na kamienicę?
— Możeście też u jakiego klechy lokajowali! Bywajcie zdrowi. Nie będzie z nas kompanii.
Wyszedł, trzasnąwszy drzwiami.
Po długiem milczeniu rzekł Lejba:
— Szkoda, że Icek nie słyszał. On do takich chodzi, ale oni jemu inaczej gadają. Ja jego umyślnie do Ameryki wysyłam. Tutaj to niby ma do równości dojść — a to taka równość, że najpierw odbiorą bogatym — a jak sami staną się bogaci — to wyduszą wszystkich słabszych — nu i będzie ten sam sztuk — na inny manier. Te ślusarze to czyste rozbójniki — ich całe miasto się lęka. Już raz, jak się popili — zapalili miasto.
W parę dni potem, w niedzielę, spotkał znowu Jaworski Kubika w sklepie, gdzie wstąpił po tytoń.
Ślusarz podpity był, ale nie pamiętny złego rozstania, zaczepił go uprzejmie, i zaprosił do kwatery. Po drodze rzekł ze śmiechem:
— Już mi nie dziw, że tak świadczycie żydowi, jakem zobaczył dziewczynę.
— Jaką dziewczynę?
— Ano — jego córkę. I jabym chomonta łatał.
— Taka ma być ładna? Która? Tam tych dziewcząt pełno. Nie uważałem.
— Po co mi zawracacie gitarę. A co będzie, jak ją wam odbiję?
Jaworski ruszył ramionami.
— Braknie wam dziewek u Szyfmanowej?
— Możecie wy sobie na co lepszego pozwolić, mogę i ja.
— Ni sobie pozwalam, ni zabraniam. Kobieta mi — czy to drzewo — jedno.
— Więc mi nie bronicie waszej rymarzówny?
— Broniłbym każdego słabszego przed krzywdą silniejszego — to nasze robocze prawo, ale myślę, że tak mówicie, byle mówić.
— No, pewnie! — roześmiał się Kubik.
W kwaterze nie zastali towarzyszy. Ślusarz pociągnął go do traktyerni, gdzie zastali dużo kolejowych majstrów i robotników. Mateja przywitał uprzejmie Jaworskiego i zapoznał go z jakimś starszym, który mu obiecał protekcyę w dostaniu roboty ciesielskiej — przy warsztatach.
Była to pomyślna nadzieja — postawił piwa kompanii przez wdzięczność — i sam pić musiał. Wrócił do domu z ciężką głową i nieznośną nudą, i mimowoli spojrzał raz pierwszy na córkę Lejby.
Rzeczywiście piękna była i aż wierzyć się nie chciało, że tak piękny, wybujały kwiat wyrosnąć mógł w tej dusznej izbie.
Gdy się tak wpatrywał w nią, zamyślony — podniosła nań oczy, i w milczeniu uśmiechnęła się. Tedy rzekł: dobry wieczór! i cofnął się do swej izdebki, z uczuciem dziwnem: niezadowolenia, i pewności, że dziewczynie się podobał.
Nazajutrz wyszedł wcześnie — na kolej — szukać roboty i dostał zajęcie na dni parę, w zastępstwie chorego cieśli.
Przerwało się tedy rymarstwo i tydzień upłynął, że wcale z Lejbą nie rozmawiał.
Pewnego dnia wracając do domu spotkał Kubika. Szedł z rękami w kieszeniach i czapką na tyle głowy, gwiżdżąc.
— Pójdźmy razem! — rzekł.
— Ja idę co zjeść.
— A ja do Ryfki. Poczekam na was.
Jakoż zastał go Jaworski w rozmowie z piękną szwaczką. Umawiał się o szycie koszul, obiecując dużo roboty od kolegów. Cała rodzina widocznie cieszyła się spodziewanym zarobkiem, tylko stary Lejba skulony na swym stołku, nie odrywał oczu i rąk od roboty.
Jaworski zmęczony wyciągnął się na swem posłaniu, myśląc, że Kubik do niego wstąpi, ale po dłuższem oczekiwaniu wyszedł do izby.
Rymarz szył — rodzina już spała, spytał, gdzie się podział ślusarz.
— Do kramu poszli z Ryfką, po perkal.
— Tak puszczacie dziewczynę samą, z obcym?
— Ona rzetelność zna! — odparł stary. — Ona sobie szyciem posag zbiera — to jej interes.
Dziewczyna wróciła w dobrą godzinę, obładowana perkalem — uszczęśliwiona z roboty. Oczy jej spoczęły znowu na Jaworskim długo, przejmująco — gdy zamykała drzwi od kuchni — jeszcze się obejrzała.
W parę dni potem przemówiła do niego raz pierwszy.
Siedział u siebie przy lampce, i zeszywał niezdarnie roboczą bluzę, nie uważając, że Ryfka stała w progu.
— Może mi pan pożyczy trochę nafty, ja jutro oddam, dziś już kramy zamknięte — ozwała się.
— Proszę! — odparł, podając blaszankę.
— Trzeba odmierzyć.
— Ot, głupstwo takie!
Odniosła po chwili blaszankę, zatrzymała się.
— Ja panu lepiej zaszyję. Proszę dać.
— Ma panna Ryfka dosyć tego szycia.
— Och, ja panu z ochotą zrobię. To nie pańska robota! A pan tatce pomaga.
Wzięła bluzę i zniknęła w kuchni.
Tak się zaczęła znajomość. Odtąd codzień zamieniali parę słów, i śmielej patrzyła mu w oczy. Kubik przychodził co parę dni. Czasem pytał o robotę — czasem zasiadał u Jaworskiego z harmonią, przynosił dziewczynie cukierki, prawił jej komplementa — i grube dwuznaczniki.
Nareszcie pewnego wieczora zrobił się skandal. Ślusarz przyszedł podpity i zuchwały bardzo późno, gdy cała rodzina już spała.
Jaworskiego zbudził zgiełk, przewracanie sprzętów, i wrzask nieludzki całej gromady żydów.
Zerwał się, myśląc, że pożar. Ale w domu było ciemno, tylko wrzało od szamotania i krzyku. Gdy zapalił światło — ujrzał w kuchni, kłąb ludzkich ciał wpół nagich, i poznał Kubika z Ryfką w objęciach. Ale dziewczyna go gryzła i drapała rozjuszona jak pantera, a on już z nią walczył, rozwścieczony, opędzając się przytem gromadzie dzieci i starszych.
Jaworski na ten widok porwał wiadro z wodą i lunął w największą gęstwę, a potem uchwycił Kubika za kołnierz surduta, i odciągnął na bok. Ślusarz był okrwawiony od zębów dziewczyny — ona sina, bez tchu i głosu — wszyscy przez chwilę oszołomieni wodą — rzucili się na napastnika.
Ale ten odrzucił ich kopnięciem nogi, zdzielił pięścią — i wypadł do izby, w sień, na ulicę — w chwili, gdy z dala rozlegał się gwizd policyanta.
Zbiegli się też sąsiedzi, uczynił się tumult i reszta nocy zeszła na spisywaniu protokółu. Gdy wezwano do sprawozdania Jaworskiego, opowiedział krótko, że zbudzony wrzawą — zastał w izbie człowieka pijanego widocznie, który umknął. Czy znał tego człowieka? Nie uważał, bo lampka była mdła, a on zaspany.
Ale na to żydzi rozjuszeni podnieśli protest — nawet stary Lejba: To był ślusarz, ten ryży, co go lokator zna, co często u niego bywał! Spytany o nazwisko tego znajomego Jaworski musiał je powiedzieć — ale gdy wreszcie policya odeszła, rzekł do gospodarza:
— Nie rozumnieście, panie Lejba, zrobili! Pijak, awanturnik się wykręci, a ze ślusarzami nie warto się zadzierać.
Ale Lejba wyszedł ze spokoju i flegmy:
— To jemu można napadać po nocy, bić, tyle trwogi i gwałtu narobić — i mamy cierpieć.
— Nie wykręci się on. Pójdzie do turmy — karę zapłaci — za pobite sprzęty. Ja nie daruję! Żeby nie pan, to onby Ryfkę zadusił. Ona i tak odchoruje — ona wyda dużo pieniędzy na kuracyę!
Rozpoczęło się tedy śledztwo i sprawa.
Gdy raz pierwszy spotkał się Jaworski w urzędzie z Kubikiem, aż się wzdrygnął na wyraz jego oczu.
Dotąd miał go za rozpustnego, wesołego chłopca, a teraz ujrzał przed sobą dziką, złą, bestyę.
Ślady zębów i paznogci Ryfki miał na twarzy, w oczach mściwość i zuchwalstwo. Nie przeczył, ani się tłumaczył, najbezczelniej się przyznawał.
— Ano, co — poszedłem do dziewki. Anim kradł, ani zamki łamał. Żeby nie ten — plunął w stronę Jaworskiego — toby wszystko cicho było.
— Nu — wydałeś mnie — poczekaj — popamiętasz.
— Jeszcze my się porachujemy, cholero!
Powstrzymany groźbą urzędnika, ścichł, ale jeszcze straszniejsze było to milczenie i wychodząc z urzędu Jaworski odczuł, że ma nieprzejednanego wroga, a w parę dni potem, że nie tego jednego.
Bez żadnej racyi wymówiono mu robotę w warsztatach, spotkani ślusarze ciskali mu przezwiska i wymysły. Mateja i Jankowski przestali się witać, a wreszcie pewnego wieczora otrzymał odezwę bez podpisu, rozkaz stawienia się na sąd partyjny.
W pierwszej chwili pod wpływem oburzenia, papier zmiął, wyrzucił, z mocnem postanowieniem pozostawienia bez skutku, ale po namyśle zdecydował się pójść. I nazajutrz o oznaczonej godzinie wieczorem stawił się w mieszkaniu Matei.
Zastał tam zebranych dziesięciu ślusarzy zajętych jedzeniem i piciem, z których żaden go nie przywitał.
Zwrócił się po chwili czekania do Matei.
— Od was miałem wezwanie?
— Tak.
— Mówiłem wam, że do żadnej partyi nie należę, do posłuszeństwa nie jestem obowiązany, ale oto jestem. Czego chcecie? Jaki ma być sąd? Za co?
— Dowiesz się. Możesz poczekać!
Zakipiało w nim rozdrażnienie, ale się przemógł i usiadłszy na stołku czekał.
Po chwili zjawił się księgarz Iszna, poszeptali ze sobą, i Mateja rzekł:
— Kubika wzięli do więzienia, z powodu twojej denuncyacyi. Grożą mu aresztanckie roty. Ma żonę i dwoje dzieci bez środków do życia.
Gdy Jaworski milczał — podniósł głos.
— Słyszałeś. Oskarżam cię — co masz na swoje usprawiedliwienie. Sędziowie słuchają!
— Wcale się usprawiedliwiać nie myślę, bo Kubik siedzi w więzieniu nie na skutek moich zeznań — ale za napaść i gwałt. Poznał go Lejba Minc i jego rodzina, zresztą on sam do czynu się przyznał. Zresztą żaden uczciwy robotnik nie może go pochwalić za pijaństwo, rozbój i krzywdę, tembardziej, że napadł na równych sobie — w niczem mu nie winnych robotników. Rodzina jego została w nędzy — ale Lejba Minc ma okaleczoną rękę — pracować czas jakiś nie będzie mógł, dziecko jedno ze strachu dostało konwulsyi — a dziewczyna leży i gorączkuje. Kto im wynagrodzi — kto ich będzie leczyć i karmić? To niech też ten sąd zdecyduje.
— To nie twoja sprawa. Lejba Minc może do nas skarżyć. Ty siebie pilnuj!
— Przed czem?
— Przed naszą karą.
— Za co? Więc pochwalacie czyn Kubika?
— On już cierpi.
— A ja co miałem robić, zbudzony tym skandalem? Dopuścić do kryminału?
— Równe prawo Kubika do kobiety, jak twoje.
— Ja też mu tych praw nie zaprzeczałem — tylko ona, i wydały go nie moja denuncyacya, ale ślady jej zębów i paznogci.
— Dosyć! — krzyknął jeden ze ślusarzy. — Pysk stul i czekaj wyroku.
Jaworski wzdrygnął się, zerwał ze stołka, ale się pohamował, zaciął zęby.
»Sąd« skupił się u stołu, poczęli szeptać.
Księgarz widocznie był osobą decydującą, bo zwracał się często do niego — on milczał — w końcu rzucił parę słów, tamci potwierdzili — i Mateja zabrał głos:
— Jako karę za wydanie władzy towarzysza — zapłacisz partyi — na rzecz rodziny uwięzionego dwadzieścia pięć rubli.
— A jeśli nie zapłacę?
— To dostaniesz kulą w łeb!
Rewolwer błysnął w rękach Matei.
— Nie zapłacę! — rzekł spokojnie.
Wstał i patrzał im w oczy. Strzał nie padł.
— Nie zapłacę — powtórzył powoli, dobitnie.
— Wyrok wasz jest wprost bezsensem i absurdem, a kara za niespełnienie go, gwałtem. Jeśli w ten sposób macie zmieniać świata ład i prawo, to biada tym, co wam uwierzą. Nie moc ramion i pięści wyzwoli ubogich i słabych. Spełniajcie waszą groźbę; — nie żałujący tego życia — padnę, ale żałujący głupoty waszej, że wam się zda, że mnie zabijecie tą kulą! — Mnie nie zabije nic!
— Tydzień masz wolny do namysłu. Jeśli sądu nie usłuchasz po tygodniu, czekaj co chwila śmierci.
Jaworski się roześmiał i wyszedł.
Lejba przekonał się, że niepotrzebnie dał się porwać oburzeniu. Nie otrzymał żadnej satysfakcyi ani odszkodowania, tylko w kilka dni potem ciemnym wieczorem ktoś wytłukł szyby w domu i podrzucono papier, grożąc podpaleniem.
Rodzina żyła w ciągłej grozie i strachu, bo i słychy się rozeszły, że Kubik umknął z więzienia. Stary siedział bezczynnie z powodu zranionej ręki — do chorych trzeba było sprowadzać doktora; przez szyby, połatane byle jak, chłód i wilgoć się cisnęła. Ryfkę trzeba było cichaczem po nocy wysłać — do krewnych na wieś.
Jaworski obrachowawszy swe pieniądze, zapłacił z góry za swój lokal do wiosny — z tego żyli, a on z Ickiem siedzieli pilnie u warsztatu.
Tydzień minął i dwa i trzy — ślusarze nie spełnili dotąd groźby. Czasami, gdy tak siedział przed oknem — pod lampą — podnosił oczy i patrząc w ciemność na dworze — myślał — że tam za ścianą już ktoś doń mierzy — i był rad, że nie uczuwa strachu, a zarazem czuł smutek, że odejdzie od życia — jakby nie gotów — jakby czegoś nie spełniwszy.
To znowu porywała go chęć odejścia, szukania tego czegoś, przyśpieszenia swej drogi, spełnienia większego czynu, ale gdy się rozejrzał po tej nędzy i biedzie domowej, brał w cugle myśl, schylał się nad robotą, zostawał.
A czas biegł. Nastały mrozy adwentowe, zbliżały się Święta, i przyszły wreszcie.
Jaworski możeby i nie wiedział o nich, ale pewnego dnia listonosz wszedł do izby i spytał, czy tu mieszka Adam Karliński, cieśla.
— Jest tu do takiego list, za dopłatą czternastu kopiejek i posyłka.
Jaworski zapłacił, podpisał odbiór. W posyłce znalazł wełniany szalik, rękawice i skarpetki, a list tak brzmiał:
»Najdroższy, jedyny mój synku, pozdrawiam Ciebie świętem Bożem Narodzeniem, żeby Cię Pan Jezus w zdrowiu i dobrej myśli uchował. Posyłam Ci też opłatek, com go przełamała i sobie połowę zachowałam, do wigilijnej wieczerzy. Wszystkie moje myślenia przy Tobie i wszystkie moje pacierze za Ciebie i chyba do Boga dojdą i odwrócą od Ciebie ciężkość i smutek i niemoc. A zrobiłam dla Ciebie rękawice i szalik i skarpetki, bo Tobie, nieboraku, pewnie bywa bardzo zimno na te mrozy, przy robocie. Tak sobie myślę, czy Ci kto nagrzeje strawy wieczorem i czy w południe co ciepłego zjesz, i czy bieliznę masz czystą i całą, choćby na te Święta, co nadchodzą. Z Bożej woli świat mi ciemny, ale Ciebie tak widzę ciągle i zawsze, i tak z Tobą mówię, jakbyś tu był.
A do jednej troski to Ci się przyznać muszę, choć i wyśmiejesz głupią, starą! Sen miałam onegdaj, że jakby jakaś kobieta do mnie przyszła i przynosi mi do prania koszulę Twoją skrwawioną. Zlękłam się, a ona się uśmiecha, mówi: patrzcie, matko. Zaczęłam prać, a tu z tej krwi złoto się robi, złote kwiaty, jak na ornatach bywają. Zdziwiłam się, patrzę na kobietę, a ona się uśmiecha i tak się obudziłam.
Może Ty, dziecko jedyne, jaką biedę masz, może Ciebie wypadek przy robocie spotkał, możeś Ty chory, okaleczony.
Błagam ja Ciebie, napisz mi jako Ci jest, a nie lękaj się, bo sen wróży, że dobre w złe się obróci. Ja zdrowa jestem i Samolikowie z Twojej racyi bardzo dla mnie są dobrzy, i za wszystko Panu Bogu dziękuję, boś Ty żywy i cały.

Kochająca Ciebie całą duszą matka
Monika Karlińska«.

Długo, długo patrzał Jaworski na litery, na kęs opłatka, oczy mu zachodziły łzami wzruszenia. Potem się porwał, skoczył do sklepu po papier i kopertę, i siadł pisać.
Kochana Matko!
Donoszę Wam, że list i przesyłkę otrzymałem i ręce Wasze za pamięć i słowo całuję. Jestem zdrów i zimuję tutaj w Kowlu, bo mam robotę. Ale z wiosną postaram się o stałą jaką pracę, bo chcę Was zabrać do siebie, żebyśmy razem byli. Zaraz Wam napiszę, gdzie będę i jak mi się powodzi, a teraz posyłam Wam opłatek od siebie, i polecam się Waszym pacierzom i o błogosławieństwo proszę.

Kochający Wasz syn
Adam.

Gdy skończył, wziął na siebie kożuch i wyszedł, by rzucić do skrzynki, bo do Świąt było już tylko trzy dni i pragnął, by ciemna staruszka otrzymała go w wieczór Wigilijny.
Noc już była, mroźna, ale chmurna, nie zauważył dwóch ciemnych postaci, które oderwały się z za węgła domu i szły za nim. Spostrzegł je dopiero, gdy stanął u pocztowej skrzynki. Zrozumiał, że szli za nim i po niego i nawet w jednym z nich poznał ślusarza Jankowskiego.
Przez sekundę chciał iść dalej, uniknąć ich, ale wtem przypomniał Wojdaka, ostatnią scenę w Zbylczycach i odczuł, że wtedy on był takimże katem niesłusznego prawa, jak ci, co tam stali. Wojdak się nie zawahał i on musi do nich iść.
Poszedł — znaleźli się o krok od siebie.
— Mamy cię, hyclu! — warknął Jankowski.
— Płać! — dodał drugi, wyjmując rewolwer.
— Puścimy cię żywcem, jeśli zapłacisz.
— Nie. Powiedziałem.
— To dasz i pieniądze i skórę.
Jankowski rzucił się na niego, ale wtedy w Jaworskim zawrzało oburzenie i uderzył go pięścią. Zaczęli się smagać, dławić. Wtedy drugi strzelił, ale zamiast w głowę trafił w bok. Jaworski się zachwiał, zajęczał z bólu, otrzymał uderzenie kolbą w głowę, zwalił się w śnieg i już więcej nic nie wiedział. Dwaj żołnierze znaleźli go w kałuży krwi i dali znać policyantowi. We trzech złożyli go na sanki dorożkarskie i odwieźli do szpitala. Ocucił się przy doktorskim opatrunku, ale tydzień minął, nim wrócił do przytomności i zrozumiał, gdzie jest i co się z nim dzieje.
Zaraz też musiał składać zeznania o wypadku. Opowiedział, że napastników ani znał, ani widział. Uderzony w głowę, upadł, tracąc przytomność — na nikogo nie miał podejrzeń, do nikogo pretensyi. Może pijani byli, może go wzięli za innego. Gdy mu oddano pugilares, nie wyznał nawet, że mu zeń wzięto dwadzieścia pięć rubli — zaświadczył, że wszystko w całości.
Zmęczyło go to śledztwo, ale ledwie żywy czuł w sobie taką dziwną lekkość i spokój, że myślał, że chyba umiera. Oczy jego rozjaśnione oglądały nagie ściany sali, obejmowały twarze sąsiadów, szły przez brudne szyby okienne w szare, zimowe niebo. Zatrzymał wreszcie wzrok na posługaczu, który zamiatał podłogę i stanął, przypatrując mu się.
I począł się do tego obcego uśmiechać.
— No, coś taki rad? — tamten się odezwał.
Dźwięk głosu wstrząsnął chorym. Zwróciły się ku niemu oczy sąsiadów, jedna obojętna, inna ciekawa lub niespokojna.
— Czego się śmiejesz? Będziesz znowu śpiewać? — ciągnął dalej posługacz.
— Śpiewaj! — rzekł sąsiad najbliższy.
— Ja nie umiem, nie śpiewam! — wyszeptał.
— A toć tamte dni i noce ciągle śpiewałeś kolendy. Organistą byłeś gdzie? — zaśmiał się posługacz.
— Nie umiem śpiewać. Ja cieśla! Nie pamiętam, żebym śpiewał. Czy ja umrę?
— Wyliżesz się już chyba. Aleś w gorączce był ten cały czas i śpiewałeś.
— To już po Świętach?
— Kiedy! Już drugi tydzień leżysz. Żyd tu jakiś o ciebie pytał.
— Może tam znowu jaka bieda u Lejby? — pomyślał troskliwie, przymykając oczy, zapadając w odrętwienie wyczerpania.
Zaczęły się powolne, ciężkie dni i noce szpitalne, cierpienia, gorączka, słabość, nuda. Nie bardzo się kto o chorych troszczył, szczególnie na tej sali, bezpłatnej, ogólnej, sali ubogich. Doktór oglądał ich pobieżnie, dawał dyspozycyę, opatrywał rany felczer, dozorowali najemni, obojętni posługacze. Ale twarde życie i odporne natury mieli ci chłopi, robotnicy, włóczęgi, nędzarze, zalegający salę. W nocy czasem zrywały się jęki i stękania, w dzień silniejsi klęli, słabsi cierpieli, znosili biernie, zdrowsi zabawiali się i śmiali.
Obok Jaworskiego z jednej strony dogorywał stary pijak, włóczęga, któremu odjęto wyżej kolana zgangrenowaną nogę. Był tak już słaby, że tylko bezustannie jakby skamlał, na jęk nawet nie mający mocy. Oczy miał zamknięte, ginące w jamach śmiertelnej maski, cerę szarą, z rzadka odruch już prawie bezwiedny rąk.
Gdy cichł, posługacz go dotykał, próbując czy żyje i odchodził, ruszając ramionami: ot, twarde życie! — mruczał obojętnie.
Z drugiej strony Jaworskiego leżał średnich lat człowiek, wycieńczony przewlekłem cierpieniem brzusznem. Przechodził operacyę, poprawiał się bardzo wolno. Ten pierwszy zagadał po polsku.
— Wy pewnie do tej przeklętej nory także przyszliście po ratunek dobry i ot — rzekł.
— Robiłem przy koszarach, cieśla.
— Z Warszawy?
— Nie. Sam jestem, chodzę od roboty do roboty.
— Ja stolarz, z Warszawy. Namówili, że tu z pod hebla złoto nie wióry iść będą. Robiłem i ja przy tych koszarach, myślałem, że do wiosny wytrzymam, do domu przyniosę najmniej setkę. Bolało, piekło, nic jeść nie było można, głupstwo, mówię sobie, mniej wydasz na kwit, ale nie smaruj maszyny, stanie, ot i stanęła. Cztery tygodnie jak tu sobie wypoczywam. Was też te zbóje, rozkoły, galanto urządziły.
— Będę miał na cały karnawał! — uśmiechnął się Jaworski. — Rodzinę macie?
— Sztuk dziewięć. Siostra wdowa z dziećmi, sieroty po bracie. Całe szczęście, że niema własnych bąków i że żona uciekła. Siostra, zuch baba, i pierze, i posługuje, i służące stręczy, i kabałę kładzie, i krzesła wyplata, i zęby zamawia, i całą dzieciarnię musztruje. Czas na wszystko znajdzie. Mieszkamy na Tamce, trzy stancye, na dole, w oficynie, bo to jeszcze i lokatorów mamy. Znacie Warszawę?
— Znam.
— Kochane miasteczko, swoje — stęknął.
— To wy pracujecie dla sierót braterskich i siostrzanych?
— A cóż. Ordynacyi nie odziedziczyli, choć wysoko nosa brat darł, ile że blacharzem był, póki na bruk nie spadł. A szwagier, Marceli mąż, choć się Potocki nazywał, ale zapomnieli mu do kołyski włożyć hrabiowskiego tytułu i pałacu i musi buty szyć, jak dorósł. Tylko arystokratyczne zdrowie miał i precz kaszlał w suterenie. Do Włoch pod Warszawę też się wciąż wybierał, ale omylił się na rogu ulicy i zaszedł na Brudno. A dzieci, to sznurkiem przywędrowały do mnie na Tamkę, nie zmyliły drogi, huncwoty! Bratowa żyje, ale znalazła sobie drugiego męża i aż do Odessy z nim wyjechała. Nawet chciała dwoje dzieci zabrać, ale jak zaczęła przemyśliwać które, to wszystkie się pochowały, ledwie je Marcela poodszukiwała po znajomych i dopiero, jak tamci już odjechali daleko! No i tak czworo tych mam, a Marcela swoich dwóch, to i miara z czubem. Nas było pięcioro sierot, stryj i ciotka chowali. Snać to familijne u Kacperskich. A ja się też biedzie nie dam, jużem na lepszy bok się dźwignął, jeszcze tę setkę dorobię do wiosny, na Wielkanoc do domu wrócę.
I opowiadał o tym powrocie, o tych dzieciach i zapomniał swego osłabienia.
Którejś nocy włóczęga przestał skomleć i rano wyniesiono zwłoki, miejsce pozostało próżne dni parę, aż pewnego wieczora posługacze wnieśli na noszach jęczącego człowieka. Jaworski spojrzał nań i serce mu zabiło ze zgrozy: był to ślusarz Jankowski. Przybyłych z nim dwóch ślusarzy opowiadało na sali, że przed chwilą koło maszyny zmiażdżyło mu prawą rękę aż po łokieć.
Ranny mdlał i jęczał strasznie na przemian, zabrano go do innej sali i po jakimś czasie odniesiono, po amputacyi, kalekę.
Jaworski noc całą spędził bezsennie, wstrząśnięty wrażeniem, rano nie śmiał spojrzeć w tamtą stronę i ledwie doczekał felczera, począł prosić o zmianę miejsca.
Ale felczer, zajęty bardzo, tylko mu burknął coś niechętnie, opatrunek byle jako zrobił i odszedł. Tedy Jaworski oczy zamknął i twarz osłonił, ale go wnet posługacz trącił, bo była chwila rozdawania śniadania.
Kacperski już chciwie zajadał wodnistą polewkę, a widząc, że sąsiad odstawia swą porcyę nietkniętą, rzekł:
— Nie będziecie jedli, Karliński? To dajcie mnie.
Jaworski nieśmiało spojrzał w drugą stronę i ujrzał utkwione w siebie posępne, gorączkowe oczy Jankowskiego. Nie rzekli ni słowa, tylko teraz Jankowski oczy zamknął.
I tak leżeli obok siebie, nie mówiąc, nie patrząc, a skuci często myślą, godziny, dnie całe.
Pewnej nocy, gdy ranny, spalony żarem gorączki, bezwiednie pić jęczał — Jaworski wstał, uniósł mu głowę — napoił. Gdy się rzucał w malignie, poprawiał mu poduszkę i pościel — zwilżał zaschłe wargi i czoło palące. Ale w dzień nie patrzał nań — i nie śmiał przemówić.
W niedzielę zwykle odwiedzali chorych znajomi, i Jaworski się ucieszył na widok starego Lejby, który go szukał oczami po sali.
Żyd przysiadł na łóżku, i położył przy nim szabasową »chałkę« i kilka suszonych gruszek.
— Ja dawno nie był, ale my wszystkie za pana Boga prosili. Moja stara chodziła na kirkuć — na grób cudotwórcy rabina — mojego dziadka. Ona jemu także o panu mówiła. Nu, pan już zdrów będzie, a te rozbójniki Pan Bóg pokarze!
— Co u was słychać? — przerwał mu Jaworski.
— Nic sobie! Spokojnie. Icek już wyjechał. Pańskie rzeczy w całości — my stancyi pilnujemy. A kiedy pan zdrów będzie?
— Już trochę wstaję. Może za parę tygodni.
— Och, żeby tym gałganom ręce i nogi pokręciło!
Tu się schylił do ucha i szepnął:
— To pewnie te same ślusarze.
— Nie — pijaki jakieś. Nie znam ich. Ot — wypadek.
— Ładny wypadek. Jak ja tu był, na skorym razie, to pan już był — całkiem umarły, całkiem zabity.
Pogawędził jeszcze chwilę, i odszedł. Jankowskiego nikt z kolegów nie odwiedził. Leżał milczący, ponury, patrząc tępo w mętne szyby okien. Gorączka już ustąpiła, ale jakże czarną, beznadziejną była przytomna myśl tego robotnika bez ręki, tego nędzarza bez sposobu do pracy.
Od tej niedzieli Jaworski począł potrosze wstawać, próbować członków i odczuwać wielką radość rekonwalescencyi. Zaraz też się wziął do drobnych posług dla bardzo chorych i niedołężnych, a wreszcie pewnej nocy zdecydował się przerwać milczenie z Jankowskim.
Słysząc, że ciężko stęka, wstał — pochylił się nad nim.
— Dolega co panu? Może podać pić?
Długo nie było odpowiedzi, tylko świszczący oddech.
— Mam wodę z cytryną. Wypij pan.
Nie otrzymując odmowy, uniósł głowę, pochylił szklankę do ust. Jankowski wypił.
— Odwrócę pana na bok — będzie wygodniej. Weź mnie pan ręką za szyję — ot tak! Lepiej.
Ułożył go, okrył, dał jeszcze pić. Ślusarz nie rzekł słowa, ale jaworski już się ośmielił i w dzień zaproponował mu papierosa.
— To panowie znajomi? — spytał Kacperski.
— Jako i z panem — odparł Jaworski.
— No, ja gadam jako człowiek — a ten kolega to ani chybi — ma Karaś na imię.
— Ja już nie mam co gadać z ludźmi, ino z rzemiennym paskiem — albo z głęboką wodą! — przemówił wreszcie kaleka.
— I... i... i — wedle tego to powiadacie, żeście mańkut! Znałem takiego, co lewej całkiem nie miał, a na prawej ino jeden palec — a ludzi golił. Człowiek naprawdę kaleka dopiero, jak mu głowę obetną, a zresztą można żyć! Tamten — co mówię, to piwiarnię miał — ho, ho — pieniądze zbijał. A sprawił sobie ten interes za te właśnie ręce. Fabryka mu zapłaciła. Durnie się wieszają i topią, a komu głowa ostała — to nią kręci — aż coś wykręci. Pan z Warszawy?
— Z Warszawy.
— To jak pan się wyliże, i odszkodowanie wysądzi — to ja panu kokosowy interes nastręczę. A żonę pan ma?
— Mam.
— To i po kłopocie. Kobieta ma dwoje rąk — no i gębę pewnie nie od parady — jako zwykle kobiecki naród. Magle pan kupi, albo skład węgla.
Jankowski nic nie rzekł, ale popatrzał raz pierwszy na Jaworskiego, i przyjął ofiarowanego papierosa.
W nocy, parę dni potem, posłyszał szept:
— Karliński!
Zerwał się.
— Połóż mnie pan na bok. Rany mam na plecach.
Gdy go objął i dźwignął, posłyszał znowu szept:
— Nie weźmiecie pomsty? Macie dosyć? To za was!
— Nie mówcie tak. Może ja był winien. Ale tak sobie myślcie, żem wam brat szczery. Z tej biedy i nieszczęścia jeszcze wam może dobrze przyjdzie.
— Nie wydacie nas?
— Toćbym już wydał. I myśli nie miałem. Ale wy też — nie sądźcie, nie potępiajcie — nie karzcie.
— Zostawili mnie tu na zdech! Żaden się nie zjawił, nie dowiedział. Towarzysze takie! — mruknął ponuro.
— Zapomnijcie im. Są źli — są dobrzy. Byle człowiek sam zły nie był.
— Żeby który się pofatygował. Trzeba sprawą się zająć. Doktorskie świadectwo dostać, podanie zrobić.
— Może ja ich krępuję. Za parę tygodni stąd wyjdę, to zaraz do adwokata pójdę, rozpytam, dam wam znać. Tymczasem czarne myśli wygońcie, ot, macie papierosa; może chcecie jabłko?
— Jeśli wy nie szpieg, to już nie rozumiem! Jaki wy macie inny interes!
Jaworski na to zakończenie ruszył tylko ramionami i nie odpowiedział, ogarnięty smutkiem.
W parę dni potem doktór, obejrzawszy go podczas pośpiesznej wizyty, rzekł do felczera:
— Tego już można jutro wypisać. Miejsc braknie.
— Proszę pana doktora, jeszcze mi bardzo słabo! — zaprotestował.
— To płać.
Zwiesił głowę i umilkł. Posiadał już tylko piętnaście rubli, a na świecie był luty.
Nazajutrz przyniesiono mu jego odzież i kazano się wynosić. Zebrał siły woli, przebrał się, zaczął się żegnać z towarzyszami.
Kacperski obiecał, że byle się dźwignął, nie zapomni go odszukać. Jankowski przypomniał adwokata. Jemu z osłabienia świat kołował w oczach, uginały się nogi, na czoło występował pot.
Uśmiechał się do nich, podziękował felczerowi i dozorcy i wyszedł na ulicę. Ale tam zamroczyło go świeże powietrze, poraził blask dnia, zatoczył się i usiadł pod ścianą, czując, że traci przytomność. Ocuciło go szturchanie i gruby głos:
— Ty co? Upił się! Ruszaj, bo do »części« wezmę! — Był to policyant.
Z trudem Jaworski się dźwignął na nogi.
— Ze szpitala wyszedłem! Słabo! — rzekł.
— A gdzie twoja kwatera?
— U Lejby Minca.
— Paszport masz?
— Mam! — sięgnął w zanadrze. Ale policyant się śpieszył, więc ręką machnął.
— Nu, tak idź do kwatery, kiedy słaby!
Powoli, odpoczywając często, dowlókł się chory do Lejby i przyjęto go, jak umiano najżyczliwiej, ale on tak wyczerpany był, tak znowu bez mocy, że apatycznie legł w swej klitce, na wszystko obojętny.
Przeleżał tak znowu parę tygodni, a gdy wreszcie marcowe słońce zajrzało doń przez jedyną szybę okienka, wyglądał jak widmo, tak był wychudły i zmieniony. Ale przecie wreszcie czuł, że niemoc ustępuje, rany były zabliźnione, chciał jeść, spać i ucieszył się tą smugą złotego promienia na ścianie, uśmiechnął się do swych narzędzi!
Wiosna, robota! ozwało mu się w duszy. Zaraz też wróciła życiowa energia i myśli całą falą. Wyszedł na miasto i poszedł do szpitala.
Kacperskiego już nie zastał, wypisał się przed kilku dniami, Jankowski jeszcze leżał.
Jaworski się z nim rozmówił, obiecał przysłać adwokata i resztę dnia mu zeszło na tej sprawie. Wtedy pomyślał o sobie i zaczął szukać roboty. Ale na ziemi leżał jeszcze śnieg i było mroźno, cieśle Własowa mieli przyjść dopiero w końcu miesiąca, trzeba było czekać.
Zasiadł tedy Jaworski przy warsztacie Lejby.
Zapas gotówki malał z dniem każdym, chociaż żywił się czarnym chlebem i kartoflami, chociaż przestał pić herbatę, palić tytoń, nawet za okrasę używał najtańszego szarego sadła.
Pewnego dnia, gdy mu zostało tylko trzy ruble, zajrzała mu w oczy groza głodu i strach przed beznadziejnem jutrem. Wyszedł na miasto, na dworzec kolei. Szukał majstra drogowego, aby spytać, czy na linii, dla dziennych najemników niema zajęcia.
Gdy tak stał na platformie, nadszedł pociąg z Kijowa.
Bezmyślnie Jaworski począł patrzeć na wagony; gdy go mijały, coraz wolniej — i nagle drgnął.
W jednem z okien zobaczył i poznał żonę. Pierwszym odruchem chciał zniknąć i wsiąknąć w szary tłum, zalegający peron — ale pozostał wkuty w miejsce, szczególną, radosną ciekawością.
Żona nosiła jeszcze po nim żałobę, ale rozmawiała z ożywieniem i uśmiechała się do niemłodego mężczyzny z orlim nosem i ogromną łysiną. Była i mama Taubert i Ignac i jakaś okazała dama, widocznie flirtująca z Ignacem.
Wysiedli z wagonu — przeszli do bufetu — tak blizko Jaworskiego — że słyszał ich śmiech i głosy.
Z błyskawiczną szybkością myśli, to pogrzebane inne życie odżyło w jego pamięci — tak żywe, że machinalnie cofnął się od pociągu, i zawrócił, ku miastu, zapomniawszy o swej nędzy — o jutrze głodnem, o sprawie, dla której przyszedł na kolej — przejęty tylko uczuciem ulgi — że wśród nich — nie jest i nie będzie.
U Lejby zastał gości, dwóch żydów porządnie ubranych, palących cygara z minami wielkich panów.
— O, to ten pan właśnie! — zawołał rymarz na jego widok — i zaraz zaczął z niebywałą u niego żywością:
— To mojej żony krewni, te kupcy. Oni są wierniki wielkiej leśnej kantory. Oni tu przyjechali po ludzi do drzewa — na wodę. — Moja Ryfka u nich teraz w Pińsku mieszka. Oni słyszeli o panu, oni panu u siebie służbę dadzą.
Żydzi przypatrywali mu się bystro, i jeden rzekł:
— Ja pana już raz gdzieś widziałem.
Jaworski spojrzał nań, i także twarz ta wydała mu się nie obcą, i po chwili rzekł:
— Był pan w Horbach, w karczmie zeszłej wiosny, kiedy most pod pociągiem się zawalił.
— Ma pan dobre oko i pamięć! Prawda, byłem.
— A pan — majster — cieślarz?
— Robiłem toporem. Ale teraz bardzo jeszcze słaby jestem — niedawno ze szpitala.
Lejba począł im coś opowiadać po żydowsku — słuchali, bystro patrząc, głowami kiwając. Wreszcie starszy, wyższy snać stanowiskiem, rzekł:
— Nam potrzebny człowiek pewny — do binduhy! Chłopy będą toporami robić. Pan chłopów będzie pilnować, ćwieki wydawać — roboty patrzeć. A jak pan interes pozna, i zechce — to i z drzewem pan pójdzie.
— Nie żaden ja pan — i wolałbym sam robić, a nie innym komenderować. Daleko te lasy?
— Trzy stacye stąd koleją — do binduhy wiorst piętnaście — kniazie puszcze! Drzewo fajn, pójdzie aż do Gdańska.
— Nie rozumiem tej roboty. Może nie będę zdatny.
— Niech pan się namyśli. Damy pięć rubli tygodniowo i produkta. My mamy wiarę do pana.
Pomyślał chwilę. Ujrzał przed sobą bory, rzekę — długie szeregi tratew — tygodnie spędzone z naturą.
— Pójdę! — rzekł prawie bezwiednie.
Kupiec już wydobył z kieszeni gotowy kontrakt do podpisania, i podał mu.
Jaworski przeczytał, pokręcił głowią.
— Powtarzam panom, że roboty tej nie robiłem nigdy.
— I rymarzem pan nie był nigdy! — zaśmiał się Lejba. — Kupce nie kupują pana rąk — ale głowę — oni dobry zrobią interes. I niech pan też bez strachu podpisze. Oni żadne łapserdaki i szachraje, oni wiedzą — ile człowiek wart.
Jaworski podpisał, i spytał o rozporządzenie. Miał już nazajutrz z narzędziami i ładunkiem ćwieków jechać na binduhę.
Zebrał tedy swe mizerne graty, doprowadził do porządku narzędzia i nie mając co robić wieczorem — wyszukał Kacperskiego.
Stolarz wiadomość o nowej robocie przyjął kwaśno.
— Chce się to wam służyć żydom, i z chłopstwem na tratwach się ujadać. Myślałem, że was ściągnę do Warszawy — bo mi się pan spodobał.
— Toć pan Jankowskiego zabiera pod opiekę.
— Iii... — co tam Jankowski. On swoich ślusarzy ma. Topór z heblem lepsza kompania — i nawet biedować z panem tobym się nie lękał. Niech pan sobie mój adres zapisze: Kacperski Józef, Tamka 10. Żeby i na zimę pan się zgłosił, to jakąś robotę się znajdzie. Jeszczebym w szpitalu leżał, żeby mnie pan nie podkarmiał — za swój grosz!
— Podług pana tom mało co wart. Pan jeden karmi dziewięcioro.
Dobroduszna twarz stolarza rozjaśniła się.
— Ot, pierwszy, co mnie pochwalił. Ludzie mi mówią, żem dureń.
— Chciałbym być takim mądrym, jak pan.
Uścisnęli sobie twarde ręce — i wracał Jaworski na ostatnią noc do swej kwatery.
W powietrzu czuć było wiosnę, i ogarnęła go miękkość i zadumanie skupienia w sobie.
Przebył zimę jedną — i czynił w duszy z niej rachunek. Zdało mu się, że jest wobec władzy i zdaje egzamin. Ktoś czytał jego czyny i myśli — dzień po dniu, a ktoś — wielki — słuchał.
I wreszcie człowiek stanął — oczy podniósł ku niebu, wyprostował się — oddychał głęboko — czekał. Wydały mu się raptem i te czyny i te myśli małe — i rezultat prawie żaden — wobec obszaru świata — wobec ogromu tego gwiaździstego sklepienia.
Poczuł się atomem, pyłem — i zmętniały mu oczy łzą pokory.
A wtedy usłyszał w duszy — głos — tej wielkości — głos Tego, co słuchał:
— Idź dalej — wyżej. Pełń Prawo! Nie trwóż się — nie patrz skutków pracy. Pyłem bądź. Ja z pyłów tworzę słońca!
W piersi człowieka uderzył dzwon serca, i zstąpiła na duszę powaga świątyni. Spokojny, mocny się poczuł — i wzrok ku ziemi spuszczając, objął nim nizkie domy, puste ulice, całe miasto ludzi, warsztaty kolejowe, szpital — wszystko.
Wzrok serdeczny był, wdzięczny, dobrze życzący, a usta wymówiły z głębi duszy:
— Błogosław Panie tu wszystkim i każdemu!





X.

Samolik z Bereźnicy, wiosną — w towarzystwie czterech sąsiadów — ruszył na letnie zarobki. Zgodził ich żyd agent — do roboty przy szosie — i oto wedle umowy stawili się w oznaczonym terminie w miasteczku Jeziercach. Od stacyi kolei przyszli pieszo dziesięć wiorst w głąb kraju — przez piękne lasy — i około zachodu słońca ujrzeli przed sobą szeroki widok na osadę — szeroko rozsiadłą — murowaną — uwieńczoną wieżycą kościoła — otoczoną jakby sierpem — taflą wód jeziora.
— Jakby na straży miasteczka stał przy drodze młyn wodny, murowany, wielki — u gardzieli, skąd wypływała rzeka. Za jeziorem prawie jak las wyglądał park, i świeciły czerwone dachy — okazałej, pańskiej rezydencyi. Przy drodze jeżyły się sterty zwiezionych na szosę kamieni.
— Ot i nasza tu będzie robota! — rzekł Samolik.
Ruchem ramion poprawili na plecach worki swe podróżne, i ruszyli raźno naprzód — zajęci tem jutrem znojnem, radzi wziąć się do trudu. Przed młynem tłok był furmanek i ludzi, ładujących worki mąki. Stanęli podróżni, żeby się pogapić, rozpytać o swego żyda.
Ale nikt z nimi mówić nie miał czasu, bo robota nagliła i co raz z magazynu przy młynie rozlegał się głos napędzający do pośpiechu. Samolik zawsze ciekawy zajrzał do wnętrza. U wagi stał człowiek w wytartym kożuszku, ubielony mąką i zdawał wory żydowi.
— Karliński! — wyrwało się z ust Samolika z wyrazem radosnego zdumienia.
Tamten głowę podniósł, spojrzał, uśmiechnął się, ale tylko skinął i dalej ważył, notował, napędzał robotników.
Dopiero gdy transport był kompletny, pożegnał żyda odbiorcę, magazyn zamknął i przywitał niespodziewanego znajomego.
— Wyście tu poco przybyli?
— Do szosy zgodził Juda Grosberg, nas pięciu z Bereźnicy. Ot, spotkaliśmy się! Dziwo! Poznaliście mnie? Toć pięć lat, jak wtedy razem byli przy moście? Pamiętacie?
— Jakby wczoraj. To całe lato tutaj będziecie?
— Pewnie! A wy co? Dzierżawicie ten młyn?
— Uchowaj Boże. Młyn grafski, dworski, dzierżawi pan Baczyński, w miasteczku ma dom, bogacz. Tu służę, już trzy lata.
— Tu mieszkacie?
— A niby tu mam stancyę, w miasteczku się stołuję.
— Toście się nie żenili?
— Nie.
— To czemu swojej starej nie zabierzecie? Księdza u nas zmienili, nowy na szpitalne baby narzeka, drew nie daje. Już dwie z ziębiu zmarło w poście. Dawnoście i nie pisali do matki.
Ze drzwi młyna wytknął się młynarczyk.
— Panie, grafska osypka wyszła. Co zesypywać?
Karliński skoczył do wnętrza. Towarzysze zwołali Samolika.
— Idźmy do miasteczka. Późno. Trzeba szukać żyda, rozmówić się, spocząć.
Obejrzał się Samolik i ruszył. Całe lato, co dzień będzie tędy na robotę iść, będzie czas na gawędę.
Zmierzchało, gdy Karliński robotę młynarczykom wydzielił i ruszył do miasteczka.
Wieczór był marcowy, ostry, szumny od wichru, ale pachnący już wiosną i upajający jak wino. Ludzi dużo snuło się po drodze i zaułkach, a po mieszczańskich sadach nad jeziorem wystawały pod płotami, u wody, dziewczęta śpiewające, chichoczące. Pozdrawiali wszyscy uprzejmie Karlińskiego, snać znali go i lubili.
Na jednej z ulic wszedł do porządnego, murowanego dworku i otworzył z sieni drzwi na prawo. W pokoju paliła się już lampa i przy stole siedział w wielkim fotelu stary łysy, żółty na twarzy mężczyzna i dziewczynina może dwudziestoletnia, czytała głośno gazetę. Na skrzyp drzwi, stary spojrzał z pod nawisłych siwych brwi i poprawił się na fotelu, wyciągając rękę po grubą rachunkową księgę.
Dziewczynka uśmiechnęła się do wchodzącego.
— Dobry wieczór, Karliński! Cóż tam? Nic złego? — spytał stary.
— Wszystko dobrze. Zdałem wagon mąki Szubie. Przyjąłem orkisz na kaszę. Skończyłem dworskie mlewo. Przyniosłem z drobnego targu siedem rubli i próbkę żyta, które dostawił pan Bajkowski. Zabiorę gazę na pytel.
— Woda dobra?
— Grzeczna. Zastawki sprawione!
— Na dworze pięknie?
— Jako wiosną.
Stary stęknął, skrzywiły mu się rysy.
— A mnie trzeba tu gnić. Madziu, idź do matki, niech tę gazę przyniesie.
Gdy dziewczynka wyszła, sięgnął poza siebie, w fotel, dobył pugilares i schował weń, położone przez Karlińskiego pieniądze. Chwilę myślał, bębniąc palcami po stole, wreszcie pugilares schował, a sięgnął po rachunkową księgę. Karliński dobył notatnik.
— Pensye miesięczne 40 r. Kowalowi 5 r. kop., deski 7 r. 30 kop., dębina 3 r. — począł dyktować.
— Z drobnego targu wyciągniesz! Dobrze? — mruknął stary, trochę nieśmiało.
— Dobrze, panie. Tylko czy pan już posłał dla Jaśka do szkoły?
— Posłałem. Madzia nosiła na pocztę.
— Pisał do mnie, że bardzo szczęśliwy i panu wdzięczny.
— Mnie! Niech tobie będzie wdzięczny. Żeby nie ty, musiałby we młynie siedzieć i pracować!
— Dobrze się stało wszystkim. Zły by z niego był młynarz, a sławny będzie rzeźbiarz!
Stary ręką machnął.
— Zrobiłeś jak chciałeś, a ty swej obietnicy dotrzymaj.
— Czy nie dotrzymuję?
— Ja nie wiem. Co to może wiedzieć paralityk. Przykuty jestem do tej izby i stołka. Jakubowicz śmiał się wczoraj, że w młynie przesypiasz noce, przeromansowane z tą rozwódką, córką organisty.
— Żarty lubi pan Jakubowicz! — odparł spokojnie.
Do pokoju weszła młoda piękna kobieta. Ukłonił się Karliński i wziął z jej rąk paczkę gazy do pytla.
— Żegnam państwa! — rzekł, cofając się do drzwi.
— Wieczerza gotowa! — rzekła uprzejmie gospodyni.
— Dziękuję. Muszę prędko do młyna wracać, jeszcze ten pytel do rana narządzić. O pszenicę Szuba się dopomina.
— Pani Szymborska smaczniej gotuje — zaśmiała się kobieta.
Żachnął się, ale nic nie odrzekł i raz jeszcze pożegnawszy, wyszedł.
Skierował się na rynek i do plebanii. Od dwóch lat miał wikt i opierunek z rąk poczciwej starej Koźlakowskiej organiściny, zżył się z nimi; byli to ludzie prości, dobrzy, cisi. Od jesieni wszystko się popsuło, od dnia, gdy wróciła do nich niespodziewanie jedyna córka, zamężna za urzędnikiem, którego losy służby przerzuciły aż na Kaukaz. Wróciła z przewróconą głową, fantastyczka, nerwowa, z bezustannym niepokojem w duszy, i buntem na los i życie. Czas jej schodził na płaczu lub wybuchach wesołości, na spacerach, na gorączkowem zajęciu, lub okresach kompletnej apatyi i bezczynności.
Oddawna Jaworski czuł na sobie jej oczy żebrzące, błagalne, rozpaczne prawie — oddawna wiedział, że ta nieszczęśliwa, chora dusza — u niego szuka oparcia, siły, że ta kobieta do stóp mu się ściele — i oddawna żył w rozterce ze sobą — w walce — w niepokoju.
Czasami był pewny, że powinien odejść — czasami był pewny, że powinien pozostać.
Przykazanie, które sobie za cel życia postawił, być dobrym — i które dotąd w wykonaniu dawało mu taką jasność w duszy — tym razem szarpaniem było — zgiełkiem — sprzecznych zdań i postanowień — i tak trwało — oddawna.
Dziś postanowił odejść — i z tem wszedł do mieszkania Koźlakowskich — na plebanii. Byli wszyscy troje. Stary reperował skrzypce — Szymborska cerowała kościelną bieliznę, stara na jego widok zakrzątała się podawać mu posiłek i gadać życzliwie.
— Słyszane rzeczy! Na obiedzie pan znowu nie był — i nie przysłał młynarczyka nawet. Zdrowie pan straci, z sił spadnie. I poco! Ten sknera kielniarz Baczyński — zamrze której nocy, i Jakubowicze okradną sieroty. Nie poradzi pan takim!
— Tak źle nie będzie. Stary mi ufa, dzieci kocha, a Jakubowicze nie złodzieje. Zresztą wystarczy dla wszystkich — żony też nie skrzywdzi.
— Panu każdy dobry i uczciwy — bo pan sam taki. Wedle pana to złych ludzi wcale niema na świecie.
— Bo i niema. Są tylko głupi.
— A którzy głupi? — zagadnęła Szymborska.
— Ano właśnie ci, których złymi nazywają.
— To i nieszczęśliwych może niema? — spytała ponuro.
— Oj — i tych nie brak. Każdy ze siebie może zrobić szczęśliwego, albo nieszczęśliwego.
— Albo to prawda. Już się rodzi człowiek na zły lub dobry los, i jak komu niedola sądzona, niema ratunku. Temu tylko dobrze, co ma serce z kamienia.
— Tedy trzeba się starać, by serce mieć twarde!
— To też panu dobrze! — mruknęła szyderczo.
Milczał — jedząc spiesznie. Potem zapalił papierosa i rzekł do Koźlakowskiej.
— Myślę niedługo własne gospodarstwo założyć.
— Żeni się pan?
— Nie. Mam żonę — inośmy się rozeszli. Matkę chcę sprowadzić sobie na gospodynię.
Koźlakowska pokiwała głową.
— Niech to pana nie uraża — ale żona, co pana porzuciła — toć dopiero musiała być — głupia wedle pańskiego powiedzenia.
Szymborska zerwała się z miejsca, cisnęła robotę, zarzuciła chustkę na głowę, i wyszła.
Starzy spojrzeli po sobie z niepokojem, i zapanowało długie milczenie.
Jaworskiego znowu zdjęła wątpliwość, strach, jakiś niepokój, czy dobrze czyni.
— Dobranoc państwu! — rzucił śpiesznie, i wyszedł. Na placu przed kościołem pusto było, noc nie miała miesiąca, chmur się nasunęło wiele, deszczowych, wiosennych, w powietrzu było pełno wilgotnej woni nabrzmiałych pąków, ani tchnienia wiatru.
Ziemia czekała na ciepły deszcz jak na nowe życie, gdzieś w chmurach grały pieśń powrotu klucze wędrownych ptaków.
Jaworski skręcił w boczną uliczkę, nad jezioro, pewny, że tamtędy wróci do młyna nikogo nie spotkawszy. Lękał się dziś Szymborskiej, czuł w sobie litość, słabość, żal dla niej.
Jutro napisze do Bereźnicy, pośle staruszce Karlińskiej pieniądze na drogę. Samolikowa ją przywiezie. Tymczasem może kiedy przy okazyi rozmówi się z Szymborską, może ją uspokoi, trafi do tej biednej duszy łagodnem słowem.
Był już u młyna. Świeciło się przy kamieniach, woda szumiała na kołach, wewnątrz huczały maszyny. Dyżurujący młynarczyk gwizdał oberka. Jaworski stanął, spojrzał po jeziorze, wciągnął z przyjemnością w płuca wilgotne, wonne powietrze. Nagle drgnął, poczuł, że ktoś stoi za nim, obejrzał się, dwoje ramion spadło mu na szyję, gorące smukłe ciało kobiece przywarło do niego, duszący szept zaszemrał.
— Zlituj się nademną. Nie chcę umierać.
Chciał odepchnąć, oswobodzić się, ale nie mógł być brutalnym, nie potrafił.
Kobieta trzęsła się jak w febrze, zęby jej dzwoniły.
— Chodźmy stąd. Niech się pani uspokoi! — rzekł cicho.
— Ja — ja nie chcę spokoju. Ja tu żyć dłużej nie mogę! Ja śmierć sobie zrobię. Zlituj się! — jąkała.
Jego jakby zaraził ten dziki szał.
— A potem co? — szepnął.
— Co mi tam potem! Niech będzie śmierć. Ale ja muszę żyć, ja muszę z tobą być. Potem wyrzuć, bij, lżyj, plwaj, nogami kop! Co mi! Twoją być, twoją choć chwilę — choć tę jedną noc. Zlituj się, ja ginę, umieram!
Bez słowa już otworzył drzwi swej stancyi, czując, że uledz musi, nawet nie próbując się opierać, ani rozważać.
A potem, gdy przyszła refleksya, nie żałował swej słabości patrząc na zmianę zaszłą w usposobieniu Szymborskiej. Była jakby przeistoczona; promienna, słodka, dobra, uległa. U rodziców pracowała dzień cały w ogrodzie, w kuchni, w domu, dla każdego miała dobre słowo i życzliwość, dla niego jakby kult niewolnicy i wdzięczność.
Nie kochał jej ale czuł się potrzebnym, wielbionym, pożądanym i sprawiało mu to zadowolenie, dawało życiu urok.
Po miasteczku wieść się rozniosła prędko. Podpatrzyli młynarczyki, rozpletły kumoszki.
Szymborska teraz codziennie przynosiła mu obiad do młyna, sprzątała stancyę, prała i sprawiała odzież, święta i niedziele spędzali razem, panowało przeciwko nim srogie choć głuche oburzenie opinii.
On pochłonięty robotą, ani słyszał, ani myślał o tem, kobieta nie dbała.
— Baczyńska psy na mnie wiesza! — rzekła mu kiedyś przyniósłszy obiad.
— No! — spytał obojętnie.
— Z zazdrości!
Ruszył ramionami.
— Nie wiesz! Ginie za tobą.
— Śni ci się!
— Wiem. Zwróć uwagę.
— A to po co! — uśmiechnął się.
Ale gdy tego wieczora poszedł z raportem do swego gospodarza zauważył, że Baczyńska była opryskliwa i ponura, stary też jakiś niechętny, szukający przyczepki.
Ale we młynie wszystko szło bez zarzutu, więc tylko gdy odchodził, stary rzekł:
— Kaleka nieszczęsny musi być na ludzkiej łasce, i na wszystko patrzeć przez szpary.
— Oprócz pana, cały świat mnie pilnuje i jest kilku amatorów na moją posadę. Więc niech pan będzie spokojny. Kontrola pewna! — odparł Jaworski swobodnie.
— To też słyszę wiele! — mruknął stary.
— Ej, nie wiele. Chyba tylko jedno!
— Z takiego jednego wszystko złe.
— A kiedyż to pan matkę swą sprowadzi? — wtrąciła Baczyńska. — Niema pan teraz dla niej miejsca w stancyi?
— Miejsce jest — ale trudno się we dwoje utrzymać z piętnastu rubli miesięcznie.
— I... i... i... — matka nie taka kosztowna jak kochanka! — wybuchnęła kobieta. — Ale wiadomo, z kochanki inny pożytek i większa przyjemność.
— Jestem u państwa starszym młynarzem i czem jeszcze więcej? — spytał spokojnie, podnosząc na nią oczy.
Była czerwona, wzburzona, ale nie wytrzymała jego wzroku, umilkła na chwilę.
— Trudno patrzeć, jak się porządny człowiek marnuje i rozum traci dla byle kogo! — rzekła innym tonem.
— To dziękuję państwu za życzliwość, ale rozumu nie tracę!
Wyszedł z niesmakiem i nudą i znowu stanęło mu w myśli pytanie: czy dobrze czyni? Ostatnimi czasy mało myślał, jakby zobojętniał sam dla siebie, jakby ze sobą wcale nie obcował i nie chciał zostać sam ze sobą.
Był wieczór późny, ciepły, czerwcowy, na niebie pełno gwiazd. Przypomniał sobie takie niebo gwiaździste, gdy żegnał swój życiowy etap w Kowlu i mówił z sędzią.
Pięć lat ubiegło, jeszcze tylko raz był tak na sprawie w obliczu ciszy gwiezdnej, wtedy gdy Janka Baczyńskiego zluzował w młynie, by mógł w świat iść i sztuce służyć! Potem oddał się bardziej swemu zajęciu, sprawom praktycznym i przyszedł nań okres stagnacyi ducha.
I teraz nie chciał na sprawę iść, nie, po co? Jeśli i źle postąpił, ani cofnąć, ani zmienić, stała się zła konieczność, do ziemi był przykuty!
Ociężał mu krok, zgarbił się kark, oczy uciekły od gwiazd, patrzyły pod stopy i szedł jakby brzemię miał na barkach, do swej stancyi... Na ławce u młyna czekała już na niego Szymborska.
— Cudna noc! Pójdźmy nad rzekę, bo ledwie chwilę mam dzisiaj wolną. Od północy mój dyżur.
— Chodźmy! — rzekła, jakby z żalem.
Gdy się znaleźli na brzegu rzeczki, wśród olch, ramieniem ją objął.
— Cudny świat. Pacierze się chce odmawiać — szepnął.
— I całować! — odparła gorąco, przywierając piersią do niego, łaknącemi usty szukając jego ust.
Popatrzał jej głęboko w oczy.
— Czyś ty tylko pożądanie, Hanka?
— Coś ty taki inny! Ktoś cię zbuntował na mnie. Napletli coś wrogi!
— Nie. Pomówić z tobą chciałem. Poznać się. Do dusz sobie zajrzeć. Toć należymy do siebie, a nic o sobie nie wiemy! Powiedz mi, co ci miłe, co boli, ot swoje myśli!
— Kocham ciebie i cały dzień by rok długi się zdaje na tę chwilę czekając. Wszystko we mnie aż drży z tęsknoty. Co mam mówić, całuj mnie, pieść. Ja ino kocham, z tobą chcę być!
— Aniś ciekawa moich myśli?
— Co ci? Kto ci co nagadał? Baczyńska pewnie, o tym nowym praktykancie, co u rodziców był z wizytą.
— O żadnym praktykancie nie wiem. Ludzie gadają pewnie. Nie oglądasz się na nic, mówiłem ci. Ja przy robocie, nie wiem co plotą w miasteczku, ty bądź ostrożniejsza.
— Po co? Mnie wszystko jedno, ja ginę za tobą. Nie zechcesz mnie, pójdę w jezioro.
Objęła go za szyję, dławiła szalonym uściskiem, szepcząc błagalnie:
— Pójdźmy do izby. Kocham cię, kocham!
Tedy zrozumiał, że nie pojmą się ni dusze, ni myśli, że próżnoby do niej mówił i zawrócił do młyna.
Stosunki z dworską administracyą miał Jaworski częste, choć we dworze samym nigdy nie bywał. Ale mlewa dworskiego było wiele i prawie co tydzień dworska fornalka przywoziła i zabierała wory pełne. Zwykle ekskortował fury ktoś z administracyi: gumienny lub pomocnik pisarza.
Raz w końcu czerwca zjawił się nowy oficyalista. Chłopak może dwudziestoparoletni, smukły, przystojny, w palonych butach i obcisłych granatowych spodniach, w czapce na bakier i z ponsową różą w klapie surduta.
— Praktykant! — pomyślał Jaworski, taki typ był udany i dobrze mu kiedyś znajomy. Zeskoczył z konia i wszedł, gwiżdżąc do składu.
— Szruta gotowa? — spytał z góry, bez powitania.
Zajęty wagą, Jaworski nic nie odrzekł.
— Gdzie młynarz? — huknął młodzik.
Jeden z fornali odparł:
— A dyć waży.
— Głuchy, czy ki dyabeł. Może niemowa! Pytam, czy mlewo gotowe?
— Toć fornale ładują. Nie widzi pan! — odparł wreszcie Jaworski.
— A dużoście piasku dosypali?
— Dużo.
Fornale zaczęli się śmiać. Młodzik poczerwieniał, stanął u wagi, i o każdy worek się spierał. Jaworski jakby go nie było, załatwił swą robotę, gdy skoczył, dobył dworską księgę, zapisał.
— Podpisz się pan tutaj! — rzekł.
— Z uwagą, że waga niedostateczna.
— Owszem. Młynarczyk z furami pójdzie do sprawdzenia w prowencie. Jasiek, przeprowadzisz fury do dworu — z kartką ode mnie do pisarza. — Praktykant podpisał, siadł na konia i pogroził prętem.
— Ze mną nie będziesz miał kompanii, i pisarzem się nie zastawisz. Jaśnie pan młynarz, psia mać.
Z młyna na hałas wylegli chłopacy, a żyd, który po swe mlewo zajechał — rzekł, patrząc za odjeżdżającym:
— Jaki gorący. To ze złości, że wczoraj się zgrał w karty u Jakubowicza.
Jaworski patrzał na podpis w księdze, jakby czytać nie umiał.
— Jak on się nazywa? — spytał żyda.
— Ten błazen? Wojdak.
— Wojdak? Na pewno?
— Co niema być na pewno. Po żydach naszych są już jego kartki na pieniądze i znają jego w miasteczku. Co nocy bywa.
— Skąd on? Nie wiecie?
— Ze świata. Taki wiatr. Podobno krewny rządcy. — W Karlińskim wstrząsnęło się wszystko, jakby pękła skorupa wybuchnęła z wnętrza lawa gorąca wspomnień i zalała go straszną pożogą.
A w parę dni potem żona rządcy — wstąpiła do młyna w jakiejś gospodarskiej sprawie i rzekła z intencyą ugodową.
— Podobno wam tu nasz Władek nagrubianił. Wybaczać jak człowiek dojrzały smarkaczowi. Niech już z tego sprawy nie będzie. Mąż wyłajał — chłopak obiecał poprawę. Taką mamy z nim biedę — a toć mojej siostry syn! Szwagier dobrze się miał, bo po stryju prałacie sukcesyę wziął, ale wszystko stracił na spekulacye i afery — i w niedostatku wdowę zostawił. Jeszcze nadzieja była w najstarszym, Józefie, bo i głowę miał i dobrą posadę — trzeba nieszczęścia, lokomotywa go zabiła — i wtedy wszystko przepadło. Siostra moja jak długi popłaciła — została z dwoma córkami, na bruku — a ten, Władek nauk nie skończył, i rozpuścił się. Wzięliśmy go pod opiekę — może się opamięta, zacznie pracować! Ach! — jaka zgryzota!
Tego dnia z powodu święta młyn był nieczynny, więc, gdy odeszła, Jaworski mieszkanie zamknął i zamiast do organistów na obiad, ruszył na rzeczkę — w łąki.
Trawy były jeszcze nietknięte kosą, barwne od smółek i liliowych dzwonków, bujne, ośpiewane ptactwem, rozdzwonione pszczelą muzyką cichutką. Wnurzył się w nie, pewien samotności, zaszył się w głąb — w krze kalin i dzikich spirei niedaleko rzeczki — i zaczął stanowczą ze sobą sprawę, zstępując w głąb duszy — w te kraje kędy człowiek nikogo nigdy nie puszcza i kędy sam bywa rzadko. Jedni tam nie bywają, bo się lękają — inni, bo jeszcze nie umieją sami tam trafić — inni, bo nie śmią!
W tych głębiach bywają potwory — co nigdy dnia nie oglądają, bezdenne grzęzawice — roztopione metale i dyamenty!
Nieubłagana, nieodwołalna biła stamtąd decyzya.
— »Nie postępujesz, nie rośniesz wzwyż, nie krzepniesz, zasklepiłeś się w bezmyśli, nie rozumiesz prawdy, doszedłeś do upodobania w życiu pospolitem i ciasnem. Fałszem jest twoja mniemana ofiara dla Jaśka Baczyńskiego — wygodnie ci jest być przełożonym, dogadza ci stanowisko. Nie ratujesz, nie dźwigasz, nie prowadzisz duszy kobiety, którą posiadasz i którą lekceważysz, mniemając — żeś nad nią wyższy.
Zmarnowałeś pięć lat życia — zapomniałeś celu — nie jesteś dobry. — Czy potrafisz — służyć!
Któregoś zabił — przychodzi w osobie tego chłopca głupiego, lekkomyślnego, może już zdemoralizowanego — z twojej winy. Dług zaciągnąłeś — przychodzi termin wypłaty. Jak? Czem? Kiedy? Może krwią, może życiem, może wstydem. Na wszystko musisz być gotów — a wzdrygasz się!
Jaworski upadł twarzą do ziemi — w męce.
A nieubłagany — wszechwiedzący głos duszy trwał.
Nie ujdziesz stąd, ani ci kto pomoże — musisz się sam dźwignąć — na drodze napowrót stanąć — naprzód iść. To nie służba. Prawa dla ciebie, uczciwie pieniądze za mlewo gospodarzowi oddawać, interesów jego pilnować, nie kraść i nie próżniaczyć — dla ciebie to żadna zasługa.
Nie służba też dla ciebie, ani zasługa, że się nie upijasz, nie obcujesz z miasteczkową zgrają — nie zabawiasz się jak oni.
Ani zasługą ci jest kłamana miłość dla kobiety — jakoby jej uczucie szanując — nie delikatność to — ale słabość — próżność — i zły nałóg.
Niema mocy w tobie — niema mądrości — niema miłowania — zapomniałeś prawa.
— Atmo! — zaszemrały drgające wargi zmiażdżonego. Ale nie otrzymał odpowiedzi — i do ziemi przywarty leżał, nie widząc drogi, sposobu, wyjścia!
Na łąki poczęła padać rosa wieczorna, gdy posłyszał nad sobą ludzki głos:
— Panie! Majstrze!
Zerwał się. Nad nim stał Jasiek młynarczyk z siatką na raki i koszem.
— A to zaspaliście! — śmiał się chłopak. — A tam we młynie was od południa szukają. Macie nowinę!
— Mlewo przywiózł kto?
— Nie. Matka wasza z jakąś drugą przyjechała.
Jaworski się zerwał i stał chwilę, jak człowiek z ciężkiego snu zbudzony. Aż raptem zabiło mu serce przeczuciem, że przecie była odpowiedź i poszedł prędko, lekko, wesoło do domu. I oto ujrzał na ławce pod ścianą młyna dwie stare kobiety i Samolika.
Obydwie ubogo były odziane, jak mieszczanki, ale on odrazu poznał tę, jedną, z fotografii siwowłosą, szczupłą, wiekiem przygarbioną kalekę. A Samolik go zobaczył zdala i zawołał:
— A, przecie, jesteście. Macie niespodziankę!
Staruszka powstała, z oczu białych, martwych poczęły biedź ciche łzy, i stała jakby zaklęta, bojąca się, szepcząc nieśmiało.
— Spalił się szpital, ksiądz inny, nie mogłam, nie miałam dachu, myślę, przed śmiercią...
I złamał się jej głos we łzach, bo poczuła swą rękę ujętą w twardą dłoń i usta synowskie na niej i objęła go ramionami za głowę, rozełkana, a bezmiernie szczęśliwa.
Wprowadził ich do swej stancyi; Samolikowie poczęli mówić, opowiadać, staruszka milczała, skupiona, trzęsąca się ze wzruszenia.
Jaworski ugościł Samolików, zapłacił z podzięką za drogę i wydatki, i dopiero, gdy wieczorem późnym odeszli do miasteczka, usiadł przy staruszce.
— Adasiu! — szepnęła, dotykając rękami jego głowy, twarzy. — Synku jedyny, dziecko, jakiś ty mizerny, jak ci nawet głos się zmienił! Mój Boże, tyle lat. Ale cię widzę, jak wtedy! Powiedz, nie gniewasz się, żem bez pytania, bez pozwolenia przyjechała? Nie mogłam. Ja ci nie zaciężę, synku!
— Co też matka mówi. Stancya jest, chleb jest.
— Tak mnie i Samolikowa uspokajała. Jak Józef jej napisał, żeś starszy we młynie. Ale ty mi powiedz, że mi wybaczasz. Mój Boże, przed śmiercią choć trochę z tobą pobyć, za twoje pieniądze pochów mieć. Mój Boże, takie szczęście.
— Dziękuję, matko, żeście przyjechali! — rzekł, rękę jej całując. — Ot, będę miał gospodynię!
— Będziesz, dziecko. Nie turbuj się, żem ślepa, ino kąty poznam, to trafię i wszystko zrobię. Z tobą być, z tobą! Jaki Pan Jezus łaskawy!
I trzymając rękę jego w swych rękach, poczęła się modlić szeptem drgających warg...
Nazajutrz, gdy Jaworski nie przyszedł do organisty na obiad, Szymborska poniosła mu jadło w koszyku do młyna i weszła do stancyi, pewna, że nikogo niema.
— To ty, Adasiu? — ozwał się obcy głos.
Kobieta spojrzała zdziwiona na staruszkę siedzącą u okna, w słońcu, zajętą robieniem wełnianej pończochy.
— Ja przyniosłam obiad panu Karlińskiemu — rzekła zmieszana. — Nie wiedziałam, że gościa ma.
— Ja nie gość, ja jego matka.
— To pani już tu będzie?
— Już zostanę, dzięki Bogu.
— To i gotować w domu będziecie?
— Możebym zdołała, ale on nie chce. Powiada: niespokojny będę, bo ja nie widzę.
— Ach, Boże mój! Biednaż pani!
— Nie biednam, kiedy przy nim i kiedy on zdrów! A od Boga trzeba wszystko wdzięcznie przyjąć, choć zda się nam złe, ale On tylko dobre daje, ino poczekać, pocierpieć, a okaże się, że dobre. I ślepe oczy Jego oglądać mogą.
Szymborska wpatrzyła się w mówiącą z dziwem, ze wzruszeniem mimowolnem i jakby wstydem.
— Może pani czem usłużyć? — szepnęła.
— Bóg zapłać. Jacy też ludzie dobrzy, kochani. Ot, i pani młoda, ładna, wesoła, a gotowa kalece dogodzić.
— Skądże pani mnie widzi, żem młoda i ładna? Pan Adam co mówił o mnie?
— Nie, ale ja każdego poznam słuchem, czuciem. Zabierze Bóg jedno, doda drugiemu. Ja już tę stancyę widzę i słonko ze dworu, i jezioro i robotę mego chłopca we młynie. Onci idzie tutaj, synaczek mój jedyny!
Szymborska obejrzała się na drzwi, na wchodzącego. Uśmiechnięty był i jakiś inny, promienny.
— Nie miałem czasu być u państwa z nowiną, wybierałem się wieczorem. Bóg zapłać za strawę i fatygę — rzekł serdecznie.
Zjadł spiesznie, bo fury zajechały pod magazyn, a Szymborska wobec tej ślepej matki nie śmiała go nawet wzrokiem zaczepić.
A w parę dni potem przybiegła do młyna późnym wieczorem, stęskniona!
Na ławce pod ścianą Adam siedział z matką. Księżyc stał nad jeziorem, było cicho i cudnie, i staruszka coś opowiadała powoli, jakby bajkę. Poznała ją tem swojem przeczuciem i rzekła:
— W taką noc pod Boże niebo każdego ciągnie. Samam siedziała, a ot i troje się zebrało, i jeszcze ktoś idzie z za jeziora; ktoś młody, wesoły.
— Matka słyszy, jak trawa rośnie!
Szymborska usiadła przy Jaworskim, przygarnęła się do niego. Teraz i oni usłyszeli, że ktoś szedł z za jeziora, i zdziwił się Adam, poznając praktykanta, Wojdaka.
Wybrał się był na karty do miasteczka i stropił się na ich widok.
— Dobry wieczór, państwu! — rzekł, przystając. Jaworski odpowiedział uprzejmie — tedy chłopak o krok się zbliżył.
— Ciotka jeszcze wczoraj mi poleciła spytać pana o ryby do dworu — ale mi się nie chciało pana zaczepiać.
— Tom rad, że przecie pan się odezwał. Powiem Jaśkowi, żeby kul zastawił — i co się złapie, do dworu zaniósł. Ja też do pana prośbę mam.
— Będę rad spełnić.
— Możebym ze dworu jakich książek dostać mógł — matce czasem, w święta poczytać.
— Owszem, owszem. Poszukam u ciotki — i jutro do siana po południu idąc tędy — przyniosę.
Stali przed sobą — i mimowoli, jedną myślą jakby wiedzieni, uścisnęli sobie ręce.
Chłopak już był daleko, gdy staruszka szepnęła:
— Biedne to dziecko.
— Jakto? — spytała Szymborska.
— Bardzo słaby. — Jak łozina dusza gnie się, kędy kto chce, i już ma w sobie drżenie strachu, coś go trapi, gnębi! Źle mu jest — trwożnie!
— Pani tak każdego zna, przeczuje, odgadnie. A ja — jaka? — zaśmiała się kobieta.
— W gorączce jest dusza, w żarze. Przyjdą łzy — przyjdzie zdrowie! — szepnęła staruszka.
Kobieta umilkła, przejęta — milczał i Adam, zapatrzony w srebrną od miesiąca toń jeziora.
A po długiej chwili staruszka rzekła powoli tonem pacierza:
— Miłujesz, Panie, wszystko, co jest, i nic nie masz w nienawiści z tego, coś uczynił, i przepuszczasz wszystkim, gdyż Twoje są, Panie, który dusze miłujesz.
Szymborska spojrzała na Adama z posądzeniem, że musiał — o nich — matce powiedzieć — ale zawstydziła się swego podejrzenia — twarzy jego wyraz widząc, i ująwszy go za rękę, pocałowała.
I wtedy spojrzeli na siebie raz pierwszy — duszą!
— Pójdę już! — rzekła, wstając. — Pozwoli mi pani przyjść do siebie w dzień z robotą?
— Daj Boże wszystko dobre — za to!
Adam wstał także i poszli razem.
I weszło w zwyczaj, że Szymborska przychodziła z robotą do ślepej staruszki — i że jej opowiadała o sobie — aż ze wszystkiego się zwierzyła.
A po tem wyznaniu, nie upokorzenie czuła, ale godność i rzewność miękką. Czuła też, że otworzyły się jej oczy duszy na wiele rzeczy — że była zuchwałą, próżną, leniwą, grymaśną i upartą — zobaczyła siebie raz pierwszy, zastanowiła się nad życiem.
A działo się to powoli, nieznacznie, dzień za dniem. Staruszka pytała z życzliwem zajęciem i z subtelną delikatnością dobroci świętej — litowała się, tłumaczyła błąd każdy, łagodziła słodyczą — wybuch — cieszyła w zniechęceniu i goryczy.
Bywały same zwykle, bo Adam pracował od świtu, i często nawet w nocy miał przy maszynach reperacyę — a co wieczór szedł do Baczyńskiego z raportem — ale i względem niego zmieniła się Szymborska. Miłość jej — z dzikiego szału przeszła w uwielbienie, cześć i w serdeczne lubienie — jakby się zaraziła kultem staruszki dla tego ukochanego jedynaka.
Nigdy go ona nie pytała o nic, ani o życie lat tylu, ani o losy przebyte, ani o myśli i czyny, ani o stosunki. Ani się trwożyła o niego, ani mu o sobie opowiadała — cała w szczęśliwości, że jest w jego opiece, i przeczuciem swem dusznem o niego spokojna.
Nawet rękę jego tylekroć w swych dłoniach trzymając, nie spytała, z kim, kiedy zamienił ślubną obrączkę — czy żyje, czy umarła żona — czy kochał, czy cierpiał.
Nie poprosiła go też nigdy o cokolwiek dla siebie, nie potrzebowała nic, broniąc się, wymawiając, gdy jej sprawił jaką wygodę, lub przyjemność. Najwyższem szczęściem były dla niej dni świąteczne. Bywali wtedy we dwoje tylko — siadywali na ławce w słońcu i on jej głośno czytywał.
Wojdak dostarczał książek — i wstępował czasami do młyna — na papierosa, i pewnego dnia zwierzył się Adamowi, że ma nadzieję na lepszą posadę.
— Pisała matka, że miała list od pani Janiszewskiej — z zapytaniem o mnie. U jej pierwszego męża służył mój brat w cukrowni, a ten drugi mąż ma olbrzymie dobra na Podolu. Jednego dnia stądbym drapnął — tak mi wujostwo obmierzli!
Adam długą chwilę opanowywał wrażenie, zanim spokojnie spytał:


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Rodziewiczówna.