Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/146

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Zgoda. Za kwadrans los rozstrzygnie.
Zapanowało milczenie. Jaworski ruchem wskazał mu fotel — sam usiadł, oczy przymknął, starał się ogarnąć myślą to niesłychane przejście.
Chwilami zdawało mu się wszystko zmorą, majaczeniem gorączkowem czy pijackiem, to znów ogarniała go wściekłość upokorzenia próżności, nienawiść dla kobiety, która go zdradzała, żądza zemsty — i potem nachodziła fala ohydy, wstrętu — obrzydzenia prawie fizycznego.
Całą historyę ostatnich miesięcy miał jasno przed sobą. Pośrednictwo Ignaca, starania Wojdaka, opętanie rodziny kwestyą materyalną, rzekomem poświęceniem, staraniem o ich grosz, usłużność, wkręcenie się na stanowisko domownika, a potem już swobodny romans. Zresztą może Taubertowie o wszystkiem wiedzieli — matka szczególnie.
Zresztą może to trwało już od lat całych, już wtedy, gdy proponował żonie mieszkanie w Zaciszu, już wtedy, gdy spędzały z matką miesiące za granicą. On przecie musiał pracować na jej zbytek, podróż, stroje, przyjemności; był przecie tylko mężem.
Wzdrygnął się na nagły szelest — otworzył oczy.
Wojdak wstał z krzesła — na biurze paliła się ostatniem tchnieniem tylko jedna świeca: Jaworskiego.