Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/148

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Jaworski się ocknął, powstał z trudem, tak go bolały członki, ciężyła głowa.
— Podaj światło — rozkazał.
Lokaj wniósł lampę i wtedy Adam otworzył depeszę, spojrzał na podpis: Atma.
Zaczął się trząść jak w febrze, musiał papier położyć na stole, tak mu dygotały ręce — musiał oczy przetrzeć, bo mieszały się litery — i odczytał:
»Bądź dobry, abyśmy razem być mogli«.
I nagle zerwał się — nie rozumiejąc, nie zdając sobie sprawy, co czyni. Wypadł na korytarz — na podwórze, do mieszkalnego domu fabrycznej administracyi.
— Pan Wojdak u siebie? — spytał stróża.
— W nocy wyjechał — najętą furą — do kolei. Powiedział, że rano wróci.
Adam oparł się o ścianę — całą siłą woli się opanował — zawrócił do domu.
Gdy się znalazł z powrotem w swym gabinecie, oparł głowę o rozłożoną na biurze depeszę i zdrętwiał — słysząc jakby szum wody, w której tonął, nie mając ni sił — ni woli — by się ratować.