Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/216

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


W parę dni potem doktór, obejrzawszy go podczas pośpiesznej wizyty, rzekł do felczera:
— Tego już można jutro wypisać. Miejsc braknie.
— Proszę pana doktora, jeszcze mi bardzo słabo! — zaprotestował.
— To płać.
Zwiesił głowę i umilkł. Posiadał już tylko piętnaście rubli, a na świecie był luty.
Nazajutrz przyniesiono mu jego odzież i kazano się wynosić. Zebrał siły woli, przebrał się, zaczął się żegnać z towarzyszami.
Kacperski obiecał, że byle się dźwignął, nie zapomni go odszukać. Jankowski przypomniał adwokata. Jemu z osłabienia świat kołował w oczach, uginały się nogi, na czoło występował pot.
Uśmiechał się do nich, podziękował felczerowi i dozorcy i wyszedł na ulicę. Ale tam zamroczyło go świeże powietrze, poraził blask dnia, zatoczył się i usiadł pod ścianą, czując, że traci przytomność. Ocuciło go szturchanie i gruby głos:
— Ty co? Upił się! Ruszaj, bo do »części« wezmę! — Był to policyant.
Z trudem Jaworski się dźwignął na nogi.
— Ze szpitala wyszedłem! Słabo! — rzekł.
— A gdzie twoja kwatera?
— U Lejby Minca.
— Paszport masz?