Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/214

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— No, ja gadam jako człowiek — a ten kolega to ani chybi — ma Karaś na imię.
— Ja już nie mam co gadać z ludźmi, ino z rzemiennym paskiem — albo z głęboką wodą! — przemówił wreszcie kaleka.
— I... i... i — wedle tego to powiadacie, żeście mańkut! Znałem takiego, co lewej całkiem nie miał, a na prawej ino jeden palec — a ludzi golił. Człowiek naprawdę kaleka dopiero, jak mu głowę obetną, a zresztą można żyć! Tamten — co mówię, to piwiarnię miał — ho, ho — pieniądze zbijał. A sprawił sobie ten interes za te właśnie ręce. Fabryka mu zapłaciła. Durnie się wieszają i topią, a komu głowa ostała — to nią kręci — aż coś wykręci. Pan z Warszawy?
— Z Warszawy.
— To jak pan się wyliże, i odszkodowanie wysądzi — to ja panu kokosowy interes nastręczę. A żonę pan ma?
— Mam.
— To i po kłopocie. Kobieta ma dwoje rąk — no i gębę pewnie nie od parady — jako zwykle kobiecki naród. Magle pan kupi, albo skład węgla.
Jankowski nic nie rzekł, ale popatrzał raz pierwszy na Jaworskiego, i przyjął ofiarowanego papierosa.
W nocy, parę dni potem, posłyszał szept:
— Karliński!
Zerwał się.