Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/215

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Połóż mnie pan na bok. Rany mam na plecach.
Gdy go objął i dźwignął, posłyszał znowu szept:
— Nie weźmiecie pomsty? Macie dosyć? To za was!
— Nie mówcie tak. Może ja był winien. Ale tak sobie myślcie, żem wam brat szczery. Z tej biedy i nieszczęścia jeszcze wam może dobrze przyjdzie.
— Nie wydacie nas?
— Toćbym już wydał. I myśli nie miałem. Ale wy też — nie sądźcie, nie potępiajcie — nie karzcie.
— Zostawili mnie tu na zdech! Żaden się nie zjawił, nie dowiedział. Towarzysze takie! — mruknął ponuro.
— Zapomnijcie im. Są źli — są dobrzy. Byle człowiek sam zły nie był.
— Żeby który się pofatygował. Trzeba sprawą się zająć. Doktorskie świadectwo dostać, podanie zrobić.
— Może ja ich krępuję. Za parę tygodni stąd wyjdę, to zaraz do adwokata pójdę, rozpytam, dam wam znać. Tymczasem czarne myśli wygońcie, ot, macie papierosa; może chcecie jabłko?
— Jeśli wy nie szpieg, to już nie rozumiem! Jaki wy macie inny interes!
Jaworski na to zakończenie ruszył tylko ramionami i nie odpowiedział, ogarnięty smutkiem.