Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/174

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Szkoda herbaty! — odezwał się drugi chory. — Jak nasz brat, czarnoroboczy — matkę wspomina — to do piasku mu, nie do herbaty.
— Samolik, ty gadaj — gdzie pieniądze masz schowane, i komu je odesłać — a to przepadną!
Chory wzdrygnął się, popatrzał w koło, a potem zrezygnowany, wydobył z za koszuli szmatkę na sznurku uwiązaną.
— Pewnie wasza racya. Siedemnaście rubli tu jest. Świadkami bądźcie — Karlińskiemu z Własowa kompanii oddaję. Niech matce do Bereźnicy odeśle. Ale nie gadajcie starszym, bo zabiorą na pogrzeb, albo przez naczalstwo pójdzie — i nie dojdzie. I tak na krowę nie starczy, ale co poradzisz!
Nie było w nim żalu za życiem, ani buntu na śmierć, ani rozpaczy, ani niepokoju.
— Nie chciałbyś jeszcze pobyć na świecie? — szepnął przejęty Jaworski.
— At — co poradzisz. Mocy niema — a tak leżeć — to już obrzydło. Powiadają, że ze mnie nic już nie będzie — musi prawda być!
Było już zupełnie ciemno. Jaworski poszedł do ziemianki, gdzie sklepik był — kupił krup — masła, lampkę, garnek — ugotował kleju — i zaniósł do chorych. Ucieszyli się, gdy zapalił lampkę — Samolik jeszcze żył — i zjadł nieco. Wtedy chorzy zaczęli też prosić o jadło — musiał znowu iść do oberży — i tak mu zeszła krótka noc. Ale rano Sa-