Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/189

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


cach, pochwytanymi z broszur cytatami i frazesami.
Jankowski łyskał zajadle oczami, spluwał i świstał przez zęby, jak żmija. Mówił mało, z nienawiścią i szyderstwem. Kubik podpił i drwił ze wszystkiego, lub opowiadał cyniczne anegdoty o kobietach. Godzili się na jedno, że zarobek marny, praca ciężka i nienawistna — i zwalić trzeba cały świata porządek.
Gdy Jaworski wrócił do siebie o jedenastej — zastał swego gospodarza jeszcze skulonego nad robotą. Wszyscy zresztą spali — nie było kąta, gdzieby nie leżało ciało ludzkie! Słychać było kaszel, świszczące oddechy, stękania. Żyd rymarz pod wiszącą lampką zaszywał stare uzdy.
— Późno już, panie Lejba! — rzekł Jaworski.
Rymarz podniósł oczy, jakby zbudzony ze snu.
— Och — wyśpię się w szabas! Jutro przyślą po robotę ze dworu — i zapłacą. Trzeba skończyć.
— Ciężko pracujecie?
— Nie, chwała Bogu, jak dużo roboty.
— Może wam pomódz? I mnie się spać nie chce.
— Albo to umiecie rzemiosło?
— Chyba uzdę zeszyć potrafię.
Usiadł na miejscu młodego Icka, syna gospodarza, i wziął się do rozpoczętej przezeń roboty.
Nie była trudną i wydała mu się przyjemnością w porównaniu wieczora, spędzonego ze ślusa-