Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/227

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


a sięgnął po rachunkową księgę. Karliński dobył notatnik.
— Pensye miesięczne 40 r. Kowalowi 5 r. kop., deski 7 r. 30 kop., dębina 3 r. — począł dyktować.
— Z drobnego targu wyciągniesz! Dobrze? — mruknął stary, trochę nieśmiało.
— Dobrze, panie. Tylko czy pan już posłał dla Jaśka do szkoły?
— Posłałem. Madzia nosiła na pocztę.
— Pisał do mnie, że bardzo szczęśliwy i panu wdzięczny.
— Mnie! Niech tobie będzie wdzięczny. Żeby nie ty, musiałby we młynie siedzieć i pracować!
— Dobrze się stało wszystkim. Zły by z niego był młynarz, a sławny będzie rzeźbiarz!
Stary ręką machnął.
— Zrobiłeś jak chciałeś, a ty swej obietnicy dotrzymaj.
— Czy nie dotrzymuję?
— Ja nie wiem. Co to może wiedzieć paralityk. Przykuty jestem do tej izby i stołka. Jakubowicz śmiał się wczoraj, że w młynie przesypiasz noce, przeromansowane z tą rozwódką, córką organisty.
— Żarty lubi pan Jakubowicz! — odparł spokojnie.
Do pokoju weszła młoda piękna kobieta. Ukłonił się Karliński i wziął z jej rąk paczkę gazy do