Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/228

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


pytla.
— Żegnam państwa! — rzekł, cofając się do drzwi.
— Wieczerza gotowa! — rzekła uprzejmie gospodyni.
— Dziękuję. Muszę prędko do młyna wracać, jeszcze ten pytel do rana narządzić. O pszenicę Szuba się dopomina.
— Pani Szymborska smaczniej gotuje — zaśmiała się kobieta.
Żachnął się, ale nic nie odrzekł i raz jeszcze pożegnawszy, wyszedł.
Skierował się na rynek i do plebanii. Od dwóch lat miał wikt i opierunek z rąk poczciwej starej Koźlakowskiej organiściny, zżył się z nimi; byli to ludzie prości, dobrzy, cisi. Od jesieni wszystko się popsuło, od dnia, gdy wróciła do nich niespodziewanie jedyna córka, zamężna za urzędnikiem, którego losy służby przerzuciły aż na Kaukaz. Wróciła z przewróconą głową, fantastyczka, nerwowa, z bezustannym niepokojem w duszy, i buntem na los i życie. Czas jej schodził na płaczu lub wybuchach wesołości, na spacerach, na gorączkowem zajęciu, lub okresach kompletnej apatyi i bezczynności.
Oddawna Jaworski czuł na sobie jej oczy żebrzące, błagalne, rozpaczne prawie — oddawna wiedział, że ta nieszczęśliwa, chora dusza — u niego szuka oparcia, siły, że ta kobieta do stóp