Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/226

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Na jednej z ulic wszedł do porządnego, murorowanego dworku i otworzył z sieni drzwi na prawo. W pokoju paliła się już lampa i przy stole siedział w wielkim fotelu stary łysy, żółty na twarzy mężczyzna i dziewczynina może dwudziestoletnia, czytała głośno gazetę. Na skrzyp drzwi, stary spojrzał z pod nawisłych siwych brwi i poprawił się na fotelu, wyciągając rękę po grubą rachunkową księgę.
Dziewczynka uśmiechnęła się do wchodzącego.
— Dobry wieczór, Karliński! Cóż tam? Nic złego? — spytał stary.
— Wszystko dobrze. Zdałem wagon mąki Szubie. Przyjąłem orkisz na kaszę. Skończyłem dworskie mlewo. Przyniosłem z drobnego targu siedem rubli i próbkę żyta, które dostawił pan Bajkowski. Zabiorę gazę na pytel.
— Woda dobra?
— Grzeczna. Zastawki sprawione!
— Na dworze pięknie?
— Jako wiosną.
Stary stęknął, skrzywiły mu się rysy.
— A mnie trzeba tu gnić. Madziu, idź do matki, niech tę gazę przyniesie.
Gdy dziewczynka wyszła, sięgnął poza siebie, w fotel, dobył pugilares i schował weń, położone przez Karlińskiego pieniądze. Chwilę myślał, bębniąc palcami po stole, wreszcie pugilares schował,