Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/131

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


na razie. Uchodźmy stąd. Pojadę z tobą do Warszawy, oddam cię pracy w opiekę, sam wrócę do marzenia.
— Przyjdę do was prędko. Tam mi będzie za ciężko teraz. Co za pustka straszna.
Ale pustka stała się jeszcze straszniejszą, gdy rozstali się w Warszawie. Jak maszyna, Adam zajął się interesami, rad przynajmniej, że sam był w mieszkaniu Taubertów, i w samotności mógł nie udawać — zdejmować światową maskę. Ale już na drugi dzień zjawił się Ignac.
— Zobaczyłem, przechodząc, że się w oknach świeci, myślałem, że familia zjechała. Ale — oni się tam bawią.
Począł się śmiać cynicznie.
— Ależ i ty użyłeś stolicy. Na zmianę Anielki, ty będziesz się wprędce kurować i baby odwiedzać, a w Zbylczycach Wojdak cię zastąpi. Tęgi chłop. A wiesz, że stary dyrektora wypędził?
— Co? Dyrektora, Zarembę? Twój ojciec?
— Ano — Wojdak ma objąć jego posadę.
— Et, plotki. Ojciec twój nie ma prawa wydalenia urzędników i Zaremba nie ustąpi, bo mi jest dogodny.
— Zobaczysz. Zresztą i ty na zmianie skorzystasz. Wojdak zdolniejszy od Zaremby, ma bajeczny spryt i rzutkość.
Adam odczuł gniew i rozdrażnienie.
— Póki jestem administratorem fabryki — ja