Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/132

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


rządzę. Na przyszły rok akcyonaryusze mogą mnie usunąć — ale tymczasem — ja jeden mam prawo usuwać i decydować.
— Powiedz to staremu i babom.
— Babom, a cóż one mają do rządu fabryki?
— Zobaczysz — zaśmiał się Ignac.
Adam ramionami ruszył, ale czuł wrzenie w sobie i zbliżającą się awanturę.
Nazajutrz przyjechał do Zbylczyc wczesnym rankiem i poszedł wprost do biura w fabryce.
Zastał wszystko i wszystkich na miejscu, tylko w laboratoryum — jakiegoś obcego młodzika.
— Pan tutaj skąd jest? — spytał.
— Zastępuję pana Wojdaka. Jestem Woźnicki.
— Kto pana tu zainstalował?
— Pan Wojdak wziął mnie na praktykę.
Adam nic więcej nie rzekł — poszedł do biura, kazał poprosić do siebie dyrektora.
Po chwili Zaremba się ukazał.
— Kto przyjął do pomocy chemikowi — tego młodego człowieka?
Zaremba rozłożył ręce.
— Pan Taubert. Zresztą bardzo słusznie, bo pan Wojdak wcale się swą robotą nie zajmuje — nie ma czasu.
— Jakto? Nie ma czasu?
— Mając tyle funkcyi, trudno wystarczyć.
— Proszę pana. Jesteśmy w biurze, nie w cu-