Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/130

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


już nic, mnie wszystko jedno! — Zwinął się, skurczył, znieruchomiał, czasami tylko wstrząsnął nim dreszcz, lub głucho zajęczał.
Przebył nad nim Antoni dni parę ciężkich, zanim zdołał opamiętać, dźwignąć, choć trochę uspokoić. Załatwił jego urzędowe sprawy, dał mu spokój i samotność w przetrawieniu cierpienia, powoli namówił do powrotu, do pracy.
Ostatniego dnia poszli we dwóch na cmentarz daleki i obcy, ośnieżony i pusty.
Adam już się opanował, jakby przywykał do maski, do sceny życia.
Gdy wracali, mówił »o niej«.
— Raz ostatni! — rzekł spokojnie. — I z jednym tobą! Muszę wracać, i milczeć, już zawsze!
Na jednej z ulic Antoni podniósł oczy na oświetlone okna pierwszego piętra.
— Baliczek, czy raucik! — zauważył.
— Nie byłeś tam tymi dniami?
— Nie. Po co? Nie jestem tam potrzebny.
— Ja nie jestem nigdzie, nikomu potrzebny. Ty wracasz do zdroju, ja do kałuży. Jak tu źle, źle, źle!...
— Trzeba się starać nie wrócić więcej.
— Mówisz to bez przekonania, bez wiary, bez zapału.
Antoni obejrzał się na oświetlone okna.
— Bo »to«, tak blizko, a Atma tak daleko — szepnął. — W męce byliśmy obadwa, zesłabliśmy