Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/115

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


naprężoną jak struny harfy: przyjdź, musisz! I rzekłam ci to, w twe posępne oczy, wtedy na dworcu, i byłam już pewna, że będziemy swoi! I ze szczęścia, płakałam, teraz!
— Ktoś ty? — szepnął wpatrzony w nią.
— Twoje wesele, pieśń, kwiat, lato, życie! Nie rozumiesz? Nie czujesz? Nie chcesz żyć?
— Czy potrafię jeszcze!
Ogarnęła go ramiony, ukołysała szeptem, zatonęli w szarym mroku, długiej nocy zimowej, wśród której, przez czarność i pustkę ziemi pociąg pędził, ku dalekiej północy.
A w tymże listopadzie długie były wieczornice — w Tepeńcu. Codzień Makar o zmroku rozpalał ogień na kominie, przynosił zapas drzew i wsuwał się do kuchni, gdzie na spółkę z wnuczkiem Iwasiem wiązali sieci, i więcierze pletli.
W jadalni Atma przędła na kołowrotku nucąc z cicha. Antoni pisał lub czytał w biurze.
Na jesieni rzekł do Atmy:
— Nie chciałabyś trochę pojechać w świat, do słońca?
— Nie. Tam tylu ludzi, a tu tak cicho. A zresztą nie odczujemy radości wiosny, bez tego smętku... A ty nie pojedziesz do Petersburga?
— Powinienbym — czasami tęsknię nieznośnie. Ale się lękam. Ja jej nic dać nie mogę, nic oszczędzić, nic pomódz. Tutaj w marzeniu mam ją taką — jaką chcę — jaką — wierzę — że kiedyś będzie —