Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/112

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


mu coś wołają, jakby zdala ktoś go doganiał i zdyszany, tę nazwę przypomniał.
Stanął, nasłuchiwał, głos był za nim, zawrócił, słyszał znowu za sobą — gdy dążył w górę, głos dochodził z pod ziemi, gdy zstępował, dochodził go dźwięk za ścianą, wysoko, wreszcie na jakichś schodach się potknął — uderzył głową o stopień i obudził się. Głos, dźwięk — brzmiał i na jawie, ale nie było to wołanie do niego, to kobieta w drugim kącie wagonu, skulona z głową w dłoniach — łkała.
Pierwszym odruchem Adam się zerwał.
— Co pani? — spytał przerażony.
Przeraziła się też i ona, wzdrygnęła się, wyprostowała i spojrzeli na siebie.
Oczy jej pełne łez i bezmiernej żałości patrzyły nań z osłupieniem i trwogą, wtuliła się, jakby przed widmem, w kąt.
— Przepraszam panią! — szepnął, cofając się na swe miejsce i odzyskując pojęcie swego nietaktu.
Patrzała na niego wciąż, i przemówiła wreszcie. Głos miała dziwny: głuchy a przejmujący.
— Byłam pewna, że pana spotkam, że będziemy ze sobą.
— Znam pana oddawna. Pięć lat. Pan mnie zauważył dopiero tego lata, gdy pan spotykał żonę swą na dworcu. A może i wtedy nie zapamiętał?
— Rzeczywiście. Przypominam sobie.
— Ja pana znam od pięciu lat. Byliśmy