Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/113

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


w dwóch sąsiednich lożach na »Manon«. Byłam z mężem i bratem, pan z żoną i teściową.
Umilkła, wpatrzyła się w okno, w oczach jej znikła rzewność łez, pociemniały, pogłębiły się wyrazem ponurości i zajęcia.
Był tak zmieszany dziwną rozmową, że pomimo światowego obycia, nie wiedział, co odpowiedzieć.
— Pani pozwoli się przedstawić! — bąknął wreszcie.
— Po co? — zwróciła nań oczy posępne. — Wiem, że pan jest Adam Jaworski, Polak, obywatel i przemysłowiec, żonaty z panną Taubert. Pan chce wiedzieć, kto ja? Nic z tego, co pan, a nazywam się Lena. To dosyć.
W źrenicach jej zamigotała panterza drapieżność, z za warg błysnęły zęby.
— To dosyć. — Powtórzyła prawie z nienawiścią. — Przeznaczenie musi być spełnione.
Wtuliła się znowu w ciemny kąt wagonu, przymknęła oczy. Rysy jej kurczyły się, drżały, miały ruchliwość fali, dotykanych słońcem lub mrokiem. Nierówno, jak w męce, pracowała pierś, a ręce splecione na kolanach, dygotały.
Wpatrzył się w nią, jak oczarowany, czując, że się z nim dzieje coś niepojętego, że poczyna też drżeć, dyszeć, cierpieć; że go coś rwie, ciągnie, woła.
Wstał, zbliżył się do niej, otworzyła oczy przepastne, beznadziejnie znów zmutne, zamienili wzro-