Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/245

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


zyn, a Szymborska wobec tej ślepej matki nie śmiała go nawet wzrokiem zaczepić.
A w parę dni potem przybiegła do młyna późnym wieczorem, stęskniona!
Na ławce pod ścianą Adam siedział z matką. Księżyc stał nad jeziorem, było cicho i cudnie, i staruszka coś opowiadała powoli, jakby bajkę. Poznała ją tem swojem przeczuciem i rzekła:
— W taką noc pod Boże niebo każdego ciągnie. Samam siedziała, a ot i troje się zebrało, i jeszcze ktoś idzie z za jeziora; ktoś młody, wesoły.
— Matka słyszy, jak trawa rośnie!
Szymborska usiadła przy Jaworskim, przygarnęła się do niego. Teraz i oni usłyszeli, że ktoś szedł z za jeziora, i zdziwił się Adam, poznając praktykanta, Wojdaka.
Wybrał się był na karty do miasteczka i stropił się na ich widok.
— Dobry wieczór, państwu! — rzekł, przystając. Jaworski odpowiedział uprzejmie — tedy chłopak o krok się zbliżył.
— Ciotka jeszcze wczoraj mi poleciła spytać pana o ryby do dworu — ale mi się nie chciało pana zaczepiać.
— Tom rad, że przecie pan się odezwał. Powiem Jaśkowi, żeby kul zastawił — i co się złapie, do dworu zaniósł. Ja też do pana prośbę mam.
— Będę rad spełnić.