Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/244

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Możebym zdołała, ale on nie chce. Powiada: niespokojny będę, bo ja nie widzę.
— Ach, Boże mój! Biednaż pani!
— Nie biednam, kiedy przy nim i kiedy on zdrów! A od Boga trzeba wszystko wdzięcznie przyjąć, choć zda się nam złe, ale On tylko dobre daje, ino poczekać, pocierpieć, a okaże się, że dobre. I ślepe oczy Jego oglądać mogą.
Szymborska wpatrzyła się w mówiącą z dziwem, ze wzruszeniem mimowolnem i jakby wstydem.
— Może pani czem usłużyć? — szepnęła.
— Bóg zapłać. Jacy też ludzie dobrzy, kochani. Ot, i pani młoda, ładna, wesoła, a gotowa kalece dogodzić.
— Skądże pani mnie widzi, żem młoda i ładna? Pan Adam co mówił o mnie?
— Nie, ale ja każdego poznam słuchem, czuciem. Zabierze Bóg jedno, doda drugiemu. Ja już tę stancyę widzę i słonko ze dworu, i jezioro i robotę mego chłopca we młynie. Onci idzie tutaj, synaczek mój jedyny!
Szymborska obejrzała się na drzwi, na wchodzącego. Uśmiechnięty był i jakiś inny, promienny.
— Nie miałem czasu być u państwa z nowiną, wybierałem się wieczorem. Bóg zapłać za strawę i fatygę — rzekł serdecznie.
Zjadł spiesznie, bo fury zajechały pod maga-