Przejdź do zawartości

Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/246

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.

 — Możebym ze dworu jakich książek dostać mógł — matce czasem, w święta poczytać.
 — Owszem, owszem. Poszukam u ciotki — i jutro do siana po południu idąc tędy — przyniosę.
 Stali przed sobą — i mimowoli, jedną myślą jakby wiedzieni, uścisnęli sobie ręce.
 Chłopak już był daleko, gdy staruszka szepnęła:
 — Biedne to dziecko.
 — Jakto? — spytała Szymborska.
 — Bardzo słaby — Jak łozina dusza gnie się, kędy kto chce, i już ma w sobie drżenie strachu, coś go trapi, gnębi! Źle mu jest — trwożnie!
 — Pani tak każdego zna, przeczuje, odgadnie. A ja — jaka? — zaśmiała się kobieta.
 — W gorączce jest dusza, w żarze. Przyjdą łzy — przyjdzie zdrowie! — szepnęła staruszka.
 Kobieta umilkła, przejęta — milczał i Adam, zapatrzony w srebrną od miesiąca toń jeziora.
 A po długiej chwili staruszka rzekła powoli tonem pacierza:
 — Miłujesz, Panie, wszystko, co jest, i nic nie masz w nienawiści z tego, coś uczynił, i przepuszczasz wszystkim, gdyż Twoje są, Panie, który dusze miłujesz.

 Szymborska spojrzała na Adama z posądzeniem, że musiał — o nich — matce powiedzieć — ale zawstydziła się swego podejrzenia — twarzy