Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/247

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


jego wyraz widząc, i ująwszy go za rękę, pocałowała.
I wtedy spojrzeli na siebie raz pierwszy — duszą!
— Pójdę już! — rzekła, wstając. — Pozwoli mi pani przyjść do siebie w dzień z robotą?
— Daj Boże wszystko dobre — za to!
Adam wstał także i poszli razem.
I weszło w zwyczaj, że Szymborska przychodziła z robotą do ślepej staruszki — i że jej opowiadała o sobie — aż ze wszystkiego się zwierzyła.
A po tem wyznaniu, nie upokorzenie czuła, ale godność i rzewność miękką. Czuła też, że otworzyły się jej oczy duszy na wiele rzeczy — że była zuchwałą, próżną, leniwą, grymaśną i upartą — zobaczyła siebie raz pierwszy, zastanowiła się nad życiem.
A działo się to powoli, nieznacznie, dzień za dniem. Staruszka pytała z życzliwem zajęciem i z subtelną delikatnością dobroci świętej — litowała się, tłumaczyła błąd każdy, łagodziła słodyczą — wybuch — cieszyła w zniechęceniu i goryczy.
Bywały same zwykle, bo Adam pracował od świtu, i często nawet w nocy miał przy maszynach reperacyę — a co wieczór szedł do Baczyńskiego z raportem — ale i względem niego zmieniła się Szymborska. Miłość jej — z dzikiego szału przeszła w uwielbienie, cześć i w serdeczne lubienie —