Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/248

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


jakby się zaraziła kultem staruszki dla tego ukochanego jedynaka.
Nigdy go ona nie pytała o nic, ani o życie lat tylu, ani o losy przebyte, ani o myśli i czyny, ani o stosunki. Ani się trwożyła o niego, ani mu o sobie opowiadała — cała w szczęśliwości, że jest w jego opiece, i przeczuciem swem dusznem o niego spokojna.
Nawet rękę jego tylekroć w swych dłoniach trzymając, nie spytała, z kim, kiedy zamienił ślubną obrączkę — czy żyje, czy umarła żona — czy kochał, czy cierpiał.
Nie poprosiła go też nigdy o cokolwiek dla siebie, nie potrzebowała nic, broniąc się, wymawiając, gdy jej sprawił jaką wygodę, lub przyjemność. Najwyższem szczęściem były dla niej dni świąteczne. Bywali wtedy we dwoje tylko — siadywali na ławce w słońcu i on jej głośno czytywał.
Wojdak dostarczał książek — i wstępował czasami do młyna — na papierosa, i pewnego dnia zwierzył się Adamowi, że ma nadzieję na lepszą posadę.
— Pisała matka, że miała list od pani Janiszewskiej — z zapytaniem o mnie. U jej pierwszego męża służył mój brat w cukrowni, a ten drugi mąż ma olbrzymie dobra na Podolu. Jednego dnia stądbym drapnął — tak mi wujostwo obmierzli!
Adam długą chwilę opanowywał wrażenie, zanim spokojnie spytał: