Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/194

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


sam sztuk — na inny manier. Te ślusarze to czyste rozbójniki — ich całe miasto się lęka. Już raz, jak się popili — zapalili miasto.
W parę dni potem, w niedzielę, spotkał znowu Jaworski Kubika w sklepie, gdzie wstąpił po tytoń.
Ślusarz podpity był, ale nie pamiętny złego rozstania, zaczepił go uprzejmie, i zaprosił do kwatery. Po drodze rzekł ze śmiechem:
— Już mi nie dziw, że tak świadczycie żydowi, jakem zobaczył dziewczynę.
— Jaką dziewczynę?
— Ano — jego córkę. I jabym chomonta łatał.
— Taka ma być ładna? Która? Tam tych dziewcząt pełno. Nie uważałem.
— Po co mi zawracacie gitarę. A co będzie, jak ją wam odbiję?
Jaworski ruszył ramionami.
— Braknie wam dziewek u Szyfmanowej?
— Możecie wy sobie na co lepszego pozwolić, mogę i ja.
— Ni sobie pozwalam, ni zabraniam. Kobieta mi — czy to drzewo — jedno.
— Więc mi nie bronicie waszej rymarzówny?
— Broniłbym każdego słabszego przed krzywdą silniejszego — to nasze robocze prawo, ale myślę, że tak mówicie, byle mówić.
— No, pewnie! — roześmiał się Kubik.
W kwaterze nie zastali towarzyszy. Ślusarz pociągnął go do traktyerni, gdzie zastali dużo kole-