Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/197

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Ja panu lepiej zaszyję. Proszę dać.
— Ma panna Ryfka dosyć tego szycia.
— Och, ja panu z ochotą zrobię. To nie pańska robota! A pan tatce pomaga.
Wzięła bluzę i zniknęła w kuchni.
Tak się zaczęła znajomość. Odtąd codzień zamieniali parę słów, i śmielej patrzyła mu w oczy. Kubik przychodził co parę dni. Czasem pytał o robotę — czasem zasiadał u Jaworskiego z harmonią, przynosił dziewczynie cukierki, prawił jej komplementa — i grube dwuznaczniki.
Nareszcie pewnego wieczora zrobił się skandal. Ślusarz przyszedł podpity i zuchwały bardzo późno, gdy cała rodzina już spała.
Jaworskiego zbudził zgiełk, przewracanie sprzętów, i wrzask nieludzki całej gromady żydów.
Zerwał się, myśląc, że pożar. Ale w domu było ciemno, tylko wrzało od szamotania i krzyku. Gdy zapalił światło — ujrzał w kuchni, kłąb ludzkich ciał wpół nagich, i poznał Kubika z Ryfką w objęciach. Ale dziewczyna go gryzła i drapała rozjuszona jak pantera, a on już z nią walczył, rozwścieczony, opędzając się przytem gromadzie dzieci i starszych.
Jaworski na ten widok porwał wiadro z wodą i lunął w największą gęstwę, a potem uchwycił Kubika za kołnierz surduta, i odciągnął na bok. Ślusarz był okrwawiony od zębów dziewczyny — ona