Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/234

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Ej, nie wiele. Chyba tylko jedno!
— Z takiego jednego wszystko złe.
— A kiedyż to pan matkę swą sprowadzi? — wtrąciła Baczyńska. — Niema pan teraz dla niej miejsca w stancyi?
— Miejsce jest — ale trudno się we dwoje utrzymać z piętnastu rubli miesięcznie.
— I... i... i... — matka nie taka kosztowna jak kochanka! — wybuchnęła kobieta. Ale wiadomo, z kochanki inny pożytek i większa przyjemność.
— Jestem u państwa starszym młynarzem i czem jeszcze więcej? — spytał spokojnie, podnosząc na nią oczy.
Była czerwona, wzburzona, ale nie wytrzymała jego wzroku, umilkła na chwilę.
— Trudno patrzeć, jak się porządny człowiek marnuje i rozum traci dla byle kogo! — rzekła innym tonem.
— To dziękuję państwu za życzliwość, ale rozumu nie tracę!
Wyszedł z niesmakiem i nudą i znowu stanęło mu w myśli pytanie: czy dobrze czyni? Ostatnimi czasy mało myślał, jakby zobojętniał sam dla siebie, jakby ze sobą wcale nie obcował i nie chciał zostać sam ze sobą.
Był wieczór późny, ciepły, czerwcowy, na niebie pełno gwiazd. Przypomniał sobie takie niebo gwiaździste, gdy żegnał swój życiowy etap w Kowlu i mówił z sędzią.