Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/233

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


obiad do młyna, sprzątała stancyę, prała i sprawiała odzież, święta i niedziele spędzali razem, panowało przeciwko nim srogie choć głuche oburzenie opinii.
On pochłonięty robotą, ani słyszał, ani myślał o tem, kobieta nie dbała.
— Baczyńska psy na mnie wiesza! — rzekła mu kiedyś przyniósłszy obiad.
— No! — spytał obojętnie.
— Z zazdrości!
Ruszył ramionami.
— Nie wiesz! Ginie za tobą.
— Śni ci się!
— Wiem. Zwróć uwagę.
— A to po co! — uśmiechnął się.
Ale gdy tego wieczora poszedł z raportem do swego gospodarza zauważył, że Baczyńska była opryskliwa i ponura, stary też jakiś niechętny, szukający przyczepki.
Ale we młynie wszystko szło bez zarzutu, więc tylko gdy odchodził, stary rzekł:
— Kaleka nieszczęsny musi być na ludzkiej łasce, i na wszystko patrzeć przez szpary.
— Oprócz pana, cały świat mnie pilnuje i jest kilku amatorów na moją posadę. Więc niech pan będzie spokojny. Kontrola pewna! — odparł Jaworski swobodnie.
— To też słyszę wiele! — mruknął stary.