Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/235

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Pięć lat ubiegło, jeszcze tylko raz był tak na sprawie w obliczu ciszy gwiezdnej, wtedy gdy Janka Baczyńskiego zluzował w młynie, by mógł w świat iść i sztuce służyć! Potem oddał się bardziej swemu zajęciu, sprawom praktycznym i przyszedł nań okres stagnacyi ducha.
I teraz nie chciał na sprawę iść, nie, po co? Jeśli i źle postąpił, ani cofnąć, ani zmienić, stała się zła konieczność, do ziemi był przykuty!
Ociężał mu krok, zgarbił się kark, oczy uciekły od gwiazd, patrzyły pod stopy i szedł jakby brzemię miał na barkach, do swej stancyi... Na ławce u młyna czekała już na niego Szymborska.
— Cudna noc! Pójdźmy nad rzekę, bo ledwie chwilę mam dzisiaj wolną. Od północy mój dyżur.
— Chodźmy! — rzekła, jakby z żalem.
Gdy się znaleźli na brzegu rzeczki, wśród olch, ramieniem ją objął.
— Cudny świat. Pacierze się chce odmawiać — szepnął.
— I całować! — odparła gorąco, przywierając piersią do niego, łaknącemi usty szukając jego ust.
Popatrzał jej głęboko w oczy.
— Czyś ty tylko pożądanie, Hanka?
— Coś ty taki inny! Ktoś cię zbuntował na mnie. Napletli coś wrogi!
— Nie. Pomówić z tobą chciałem. Poznać się.