Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/212

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


rączki, bezwiednie pić jęczał — Jaworski wstał, uniósł mu głowę — napoił. Gdy się rzucał w malignie, poprawiał mu poduszkę i pościel — zwilżał zaschłe wargi i czoło palące. Ale w dzień nie patrzał nań — i nie śmiał przemówić.
W niedzielę zwykle odwiedzali chorych znajomi, i Jaworski się ucieszył na widok starego Lejby, który go szukał oczami po sali.
Żyd przysiadł na łóżku, i położył przy nim szabasową »chałkę« i kilka suszonych gruszek.
— Ja dawno nie był, ale my wszystkie za pana Boga prosili. Moja stara chodziła na kirkuć — na grób cudotwórcy rabina — mojego dziadka. Ona jemu także o panu mówiła. Nu, pan już zdrów będzie, a te rozbójniki Pan Bóg pokarze!
— Co u was słychać? — przerwał mu Jaworski.
— Nic sobie! Spokojnie. Icek już wyjechał. Pańskie rzeczy w całości — my stancyi pilnujemy. A kiedy pan zdrów będzie?
— Już trochę wstaję. Może za parę tygodni.
— Och, żeby tym gałganom ręce i nogi pokręciło!
Tu się schylił do ucha i szepnął:
— To pewnie te same ślusarze.
— Nie — pijaki jakieś. Nie znam ich. Ot — wypadek.
— Ładny wypadek. Jak ja tu był, na skorym