Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/221

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Miał już nazajutrz z narzędziami i ładunkiem ćwieków jechać na binduhę.
Zebrał tedy swe mizerne graty, doprowadził do porządku narzędzia i nie mając co robić wieczorem — wyszukał Kacperskiego.
Stolarz wiadomość o nowej robocie przyjął kwaśno.
— Chce się to wam służyć żydom, i z chłopstwem na tratwach się ujadać. Myślałem, że was ściągnę do Warszawy — bo mi się pan spodobał.
— Toć pan Jankowskiego zabiera pod opiekę.
— Iii... — co tam Jankowski. On swoich ślusarzy ma. Topór z heblem lepsza kompania — i nawet biedować z panem tobym się nie lękał. Niech pan sobie mój adres zapisze: Kacperski Józef, Tamka 10. Żeby i na zimę pan się zgłosił, to jakąś robotę się znajdzie. Jeszczebym w szpitalu leżał, żeby mnie pan nie podkarmiał — za swój grosz!
— Podług pana tom mało co wart. Pan jeden karmi dziewięcioro.
Dobroduszna twarz stolarza rozjaśniła się.
— Ot, pierwszy, co mnie pochwalił. Ludzie mi mówią, żem dureń.
— Chciałbym być takim mądrym, jak pan.
Uścisnęli sobie twarde ręce — i wracał Jaworski na ostatnią noc do swej kwatery.
W powietrzu czuć było wiosnę, i ogarnęła go miękkość i zadumanie skupienia w sobie.