Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/176

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


mu ciągle na myśl ślepa starucha w przytułku, i gdy się doczekał niedzieli — pojechał do miasteczka na pocztę — wysłał bez listu, bez słowa wieści dziesięć rubli pod jej adresem, a gdy to uczynił, odczuł zadowolenie.
W parę tygodni potem — wieczorem, w oberży, ujrzał Samolika.
— Ot, wytrzymałem! Już od wczoraj robię! — pochwalił się. — Chodź, postawię ci wódki!
— Nie trzeba. Nie lubię pić!
— To jakże! Ratował ty mnie jak swojak.
— To rad, że wytrzymałeś — i dosyć.
— Ja do matki pisał nawet o tobie. Nie chodziłbym po świecie — żeby nie ty. Ot, weź choć tytoniu!
Wypalił Jaworski z nim papierosa, i rozeszli się. Ale w jakiś czas potem Samolik znowu przyszedł wieczorem do baraku cieśli i wywołał go.
— Czy tobie Adam na imię? — spytał.
— Adam.
— Bo to matka mi pisze, że ślepej Karlińskiej syn przesłał dziesięć rubli — a że ja o tobie pisałem — wiec stara nie daje jej spokoju, żeby się dowiedzieć — może ty ten syn właśnie.
— Co jej z tego przyjdzie!
— Ot, może się ucieszy nieboractwo!
Jaworski milczał.
— Nu, tobie może nie miło — żeś nie żaden naczelnik — a czarnoroboczy. Ale — matce — to