Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/230

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— To i nieszczęśliwych może niema? — spytała ponuro.
— Oj — i tych nie brak. Każdy ze siebie może zrobić szczęśliwego, albo nieszczęśliwego.
— Albo to prawda. Już się rodzi człowiek na zły lub dobry los, i jak komu niedola sądzona, niema ratunku. Temu tylko dobrze, co ma serce z kamienia.
— Tedy trzeba się starać, by serce mieć twarde!
— To też panu dobrze! — mruknęła szyderczo.
Milczał — jedząc spiesznie. Potem zapalił papierosa i rzekł do Koźlakowskiej.
— Myślę niedługo własne gospodarstwo założyć.
— Żeni się pan?
— Nie. Mam żonę — inośmy się rozeszli. Matkę chcę sprowadzić sobie na gospodynię.
Koźlakowska pokiwała głową.
— Niech to pana nie uraża — ale żona, co pana porzuciła — toć dopiero musiała być — głupia wedle pańskiego powiedzenia.
Szymborska zerwała się z miejsca, cisnęła robotę, zarzuciła chustkę na głowę, i wyszła.
Starzy spojrzeli po sobie z niepokojem, i zapanowało długie milczenie.
Jaworskiego znowu zdjęła wątpliwość, strach, jakiś niepokój, czy dobrze czyni.
— Dobranoc państwu! — rzucił śpiesznie, i wyszedł. Na placu przed kościołem pusto było, noc