Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/231

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nie miała miesiąca, chmur się nasunęło wiele, deszczowych, wiosennych, w powietrzu było pełno wilgotnej woni nabrzmiałych pąków, ani tchnienia wiatru.
Ziemia czekała na ciepły deszcz jak na nowe życie, gdzieś w chmurach grały pieśń powrotu klucze wędrownych ptaków.
Jaworski skręcił w boczną uliczkę, nad jezioro, pewny, że tamtędy wróci do młyna nikogo nie spotkawszy. Lękał się dziś Szymborskiej, czuł w sobie litość, słabość, żal dla niej.
Jutro napisze do Bereźnicy, pośle staruszce Karlińskiej pieniądze na drogę. Samolikowa ją przywiezie. Tymczasem może kiedy przy okazyi rozmówi się z Szymborską, może ją uspokoi, trafi do tej biednej duszy łagodnem słowem.
Był już u młyna. Świeciło się przy kamieniach, woda szumiała na kołach, wewnątrz huczały maszyny. Dyżurujący młynarczyk gwizdał oberka. Jaworski stanął, spojrzał po jeziorze, wciągnął z przyjemnością w płuca wilgotne, wonne powietrze. Nagle drgnął, poczuł, że ktoś stoi za nim, obejrzał się, dwoje ramion spadło mu na szyję, gorące smukłe ciało kobiece przywarło do niego, duszący szept zaszemrał.
— Zlituj się nademną. Nie chcę umierać.
Chciał odepchnąć, oswobodzić się, ale nie mógł być brutalnym, nie potrafił.
Kobieta trzęsła się jak w febrze, zęby jej dzwoniły.