Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/143

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


pie, tak idyotyczne, że zmiął papier i wrzucił do kosza. Ale myśl pozostała i wracała uparcie, i znią zasnął nad ranem.
Nazajutrz odbyło się posiedzenie Rady akcyonaryuszów, dość burzliwe wobec złego procentu cukru. Czuć było ferment przeciw zarządowi, czepiano się o byle co. Wokoło siebie czuł Jaworski chłód i niechęć, a nie zdawał sobie sprawy, że uczucia te od siebie też dawał ludziom, dla których dotąd życzliwie pracował.
Opuścił zebranie pierwszy, na ulicy spojrzał na zegarek i postanowił wracać do domu. I znowu przemknęła mu myśl: będę między jedenastą a pierwszą w nocy — i pewnie stróża nie zastanę na stanowisku, bo miałem wrócić jutro. Na ziemię spadło dużo śniegu, a gdy przybył na swoją stacyę — zastał tylko parę chłopskich sanek.
Najął jedne i gdy się znalazł w pustce pól, przypomniał sobie chłopski wózek, którym wiosną jechał do Tepeńca. Było i teraz pusto i cicho — tylko — jakże inaczej.
U bramy odprawił chłopa — i rozpoczął niespodzianą lustracyę. Fabryka jak zwykle szła — stróż był na stanowisku — wszystko w porządku.
Kierował się tedy do mieszkalnego domu — przez park — na boczny swój ganek.
Zdziwiło go światło w buduarze Anielki, różowe, słabe, od wiszącej ampli.