Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/236

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Do dusz sobie zajrzeć. Toć należymy do siebie, a nic o sobie nie wiemy! Powiedz mi, co ci miłe, co boli, ot swoje myśli!
— Kocham ciebie i cały dzień by rok długi się zdaje na tę chwilę czekając. Wszystko we mnie aż drży z tęsknoty. Co mam mówić, całuj mnie, pieść. Ja ino kocham, z tobą chcę być!
— Aniś ciekawa moich myśli?
— Co ci? Kto ci co nagadał? Baczyńska pewnie, o tym nowym praktykancie, co u rodziców był z wizytą.
— O żadnym praktykancie nie wiem. Ludzie gadają pewnie. Nie oglądasz się na nic, mówiłem ci. Ja przy robocie, nie wiem co plotą w miasteczku, ty bądź ostrożniejsza.
— Po co? Mnie wszystko jedno, ja ginę za tobą. Nie zechcesz mnie, pójdę w jezioro.
Objęła go za szyję, dławiła szalonym uściskiem, szepcząc błagalnie:
— Pójdźmy do izby. Kocham cię, kocham!
Tedy zrozumiał, że nie pojmą się ni dusze, ni myśli, że próżnoby do niej mówił i zawrócił do młyna.
Stosunki z dworską administracyą miał Jaworski częste, choć we dworze samym nigdy nie bywał. Ale mlewa dworskiego było wiele i prawie co tydzień dworska fornalka przywoziła i zabierała wory pełne. Zwykle ekskortował fury ktoś z administracyi: gumienny lub pomocnik pisarza.