Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/126

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Ach, filozofia pana — to dla mnie herezye. Niechby pan lepiej Władkowi do rozumu nagadał. Gdy dzieci w domu nie będzie, ja się w grób położę. Nie zostanie mi nic — w życiu.
Spojrzała na zegarek w branzolecie.
— Pani się spieszy. Proszę się mną nie krępować.
— Mam się zejść z Marynią u krawcowej — ale ona się pewnie spóźni od dentysty. Jakże tam u pana w Tepeńcu urodzaje? Cóż kuzynka? Myślę, że pobierzecie się w końcu.
— Więc pani oprócz kłopotu z Władkiem, niema tymczasem innych, w którychbym mógł pomódz?
— Mój Boże — pan wie, że jestem i muszę być sama, a najmniej od pana mogę przyjąć pomoc.
Mam córkę — dla niej, dla jej opinii i przyszłości muszę się wystrzegać cienia pozoru. Pan to uznaje, nie ma mi tego, nie może mieć za złe.
Sekundę w oczach jej błysnęło, i trochę krwi zaróżowiło skronie, ale dodała prędko:
— Władek ma dwadzieścia trzy lata. Czyż to wiek do żeniaczki? Niech mu pan nagada.
Uśmiechnął się mimowoli z gorzką ironią.
— W jakimże wieku kodeks światowy pozwala ludziom kochać?
— Ach — jeśli to pan traktuje humorystycznie, niema o czem mówić. Kochać jest zawsze absurdem lub grzechem.