Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/218

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


żywił się czarnym chlebem i kartoflami, chociaż przestał pić herbatę, palić tytoń, nawet za okrasę używał najtańszego szarego sadła.
Pewnego dnia, gdy mu zostało tylko trzy ruble, zajrzała mu w oczy groza głodu i strach przed beznadziejnem jutrem. Wyszedł na miasto, na dworzec kolei. Szukał majstra drogowego, aby spytać, czy na linii, dla dziennych najemników niema zajęcia.
Gdy tak stał na platformie, nadszedł pociąg z Kijowa.
Bezmyślnie Jaworski począł patrzeć na wagony; gdy go mijały, coraz wolniej — i nagle drgnął.
W jednem z okien zobaczył i poznał żonę. Pierwszym odruchem chciał zniknąć i wsiąknąć w szary tłum, zalegający peron — ale pozostał wkuty w miejsce, szczególną, radosną ciekawością.
Żona nosiła jeszcze po nim żałobę, ale rozmawiała z ożywieniem i uśmiechała się do niemłodego mężczyzny z orlim nosem i ogromną łysiną. Była i mama Taubert i Ignac i jakaś okazała dama, widocznie flirtująca z Ignacem.
Wysiedli z wagonu — przeszli do bufetu — tak blizko Jaworskiego — że słyszał ich śmiech i głosy.
Z błyskawiczną szybkością myśli, to pogrzebane inne życie odżyło w jego pamięci — tak żywe, że machinalnie cofnął się od pociągu, i zawrócił, ku miastu, zapomniawszy o swej nędzy — o jutrze