Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/121

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Zagryzła usta, przesunęła szybko dłonią po oczach.
— Jutro rano będę w Ermitażu! — rzekła, wracając do salonu.
Zamknęły się za nim drzwi. Poszedł przed siebie, bez celu, dygocząc z wrażenia, z bólu.
Nie był w tej chwili ani filozofem, ani mędrcem, był człowiekiem, który po ziemsku, dojmująco cierpiał.
Nawet się nie starał rezonować, walczyć, dał się unosić fali goryczy i rozpaczy.
Dwanaście lat temu rozmiłował się do zapamiętania w tej kobiecie — szalał za nią i czcił — pożądał — i życie by jej dał.
Była żoną innego, matką cudzych mu dzieci, gospodynią nie jego domu, obcy mu był jej świat i towarzystwo, obce sprawy i kłopoty i zajęcia.
Wszystkiem mu była i niczem być nie mogła. Znali się dawno. Gdy Antoni był studentem w Petersburgu bywał u nich, gdyż jej mąż był dalekim krewnym Jaworskich.
Ona była młodziutką kobietą — mąż dużo starszy, wojskowy inżynier, typ urzędnika, biurokraty.
Po skończeniu kursów — dzięki jego protekcyi Antoni otrzymał posadę w ministeryum i w dalszym ciągu odwiedzał ich niekiedy. Dwoje dzieci znał od niemowlęctwa; z panią Anną grywali: ona na fortepianie — on na skrzypcach — ale zresztą