Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/122

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nic nie wiedzieli o sobie, ani się zajmowali sobą bliżej.
Gdy Antoni na żądanie ojca poszedł na ciężką służbę do Tepeńca, zerwały się stosunki na lat parę, aż pewnego lata inżynier już pułkownik — wysoka figura, zjechał w ich strony — na jakąś rewizyę kanałów, i na zaproszenie starego Jaworskiego, pani Anna z dziećmi spędziła u nich wakacye. Od tego lata Antoni rachował swe życie, swą mękę, swe nieszczęsne szczęście, swą gorzką rozkosz, swe upajające cierpienie!
Parę tygodni rajskiego upojenia i zapomnienia o świecie i rzeczywistości, potem lata szarpania, buntów, rozpaczy, tęsknoty, marzeń — otchłani i szczytów, burz i beznadziejnej martwoty — aż ukoiła go mądrość Atmy, aż poddał się prawu.
Od kilku ostatnich lat widywali się rzadziej, pisywali niekiedy do siebie listy uprzejmie towarzyskie — on ją zabrał ze sobą »do nieba« jak mówił — ona bóstwem jego będąc, w zetknięciu, w rozmowie, w życiu dawała mu tak straszny ból i gorycz, że po każdem widzeniu bywał jak odrętwiały z rozpaczy, jakby śmiertelnie pobity i konający.
Całą swą mocą dźwigała go Atma, aż zapominał rzeczywistości, odnajdywał swe marzenia.
Teraz miał już znowu okres ziemskiego cierpienia. Nierozdzielne, gdy z nią był — pożądanie, rozkosz jej widoku, czar głosu i spojrzenia, i zarazem prawie wstręt, bunt, rozdrażnienie. Drażniło