Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/120

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ku meldował się lokajowi — w bardzo eleganckim przedpokoju.
Pan wyjechał onegdaj do Moskwy. Pani jest. Na tacy sługus poniósł kartę. Antoni czekał dość długo. Wreszcie szelest jedwabi i na progu stanęła kobieta czterdziestoletnia bardzo elegancka i strojna, witając go uprzejmem:
— Co za gość rzadki i miły. Nie chciałam oczom wierzyć, czytając kartę. Witam pana.
Wprowadziła go do salonu, przedstawiła paru damom, i znalazł się na szablonowym »fajfie«. Co chwila zmieniali się goście, rozmawiano o nowinkach stolicy, o ludziach i rzeczach już mu zupełnie obcych i prawie niezrozumiałych. Pani domu nie zwracała nań uwagi, zajęta światowym obowiązkiem, uprzejma, ożywiona, śmiejąca.
I on ani razu na nią nie spojrzał, rozmawiał jak wszyscy, raz wraz oglądając się za dziećmi. Ale ani Maryni ani Władka nie było w salonie. Po pół godzinie wstał, aby się pożegnać: zmrożony, przybity, ale z maską doskonałej światowej swobody na twarzy — i uspokojony — że »jej« nie spotkał żaden cios.
Gdy pochylony całował jej rękę — poczuł, że dłoń ta była zimna jak lód, i drżała — wtedy podniósł oczy i spotkali się sekundę wzrokiem. Musiał zrozumieć, co mu rzekła, bo odparł:
— Jestem.