Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/156

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Jaworski nic nie odparł. Usiadł na ławie przy oknie, w którem brakło szyby — zapalił papierosa. Miał dziwne wrażenie — nie czuł siebie. Mózg jego i nerwy przemęczone nad miarę ostatnimi czasy, zda się, odmówiły czynu — zmartwiały — po czynie.
Nic nie myślał — nie czuł — tylko jakiś nieokreślony, bezbrzeżny spokój — jakby dalej nic czynić nie miał, jakby spełnił jakąś konieczność, skończył jakieś zadanie, i na coś czekał, co już od niego nie zależało.
Nie spał, ale i jawy nie czuł — oczy miał otwarte, ale nic nie widział — nie dusił go zaduch izby — nie słyszał chrapania i stękań śpiących — widział jedno — że wybrnął z męki.
Żyd ostatni zasnął, lampka dogasała, kopcąc — za oknem czynił się brzask — gdy na drodze rozległ się tętent konia, stukanie w szybę i głos gromki:
— Meir, Meir!
Żydzi zerwali się — poruszyło się paru chłopów, a głos wołał dalej:
— Wiecie nowinę? Most pod kuryerem się zawalił.
Jaworski się zerwał.
— Most! Jakto? Dziś? A pociąg?
— Dziś w nocy. Pociąg w rzece — po ludzi jadę.
Tętent się oddalił. W izbie zawrzało. Zerwali się chłopi, z alkierza ukazała się cała rodzina go-