Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/157

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


spodarza. Jaworski wyszedł na ulicę wioskową. Już i tam ruch się czynił, konny budził — wołał, chłopi już powtarzali jeden drugiemu nowinę. Nie upłynęło pół godziny, już gromada młodych parobczaków zebrała się i ruszyła kłusem przez pola.
Jaworski ruszył też za nimi, napędzili go inni, znalazł się w kompanii i biegł razem. Minęli na przełaj pola, przebrnęli grzązką olszynę — wydostali się na garb piaszczysty, którym plant kolei biegł. Za tym garbem były łąki przerżnięte wysokim nasypem, a potem była rzeka i most.
Most był jeszcze wczoraj — teraz sterczały przyczółki z obu stron — w środku przepaść, a na jej dnie czarna toń wodna, tak spokojna — jakby nic nie zniszczyła, nic nie pochłonęła.
Na przyczółku stały dwa wagony — reszta pociągu z całem wiązaniem mostu leżała na dnie.
Gromada ludzi czerniała przy wagonach — na przeciwnym brzegu poczynało się także mrowić. Świst parowozu spędził z plantu biegnących — minął ich — był tylko jeden wagon — inżynierski. Wśród zgiełku, zamętu, natłoku wciąż przybywających ludzi, rozkazów, wrzasku, Jaworski jeden nie okazywał ani ciekawości, ani grozy. Przekonał się, że nie był w żadnym z pozostałych wagonów — stanął nad rzeką — patrzał w nurty. Zrozumiał, że los przyjął jego zamiar — że mu przeznaczone było tak żyć — jak postanowił — że to, w czem