Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/138

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Adam ciągle wygrywał. Gdy skończono, zapłacili mu wszyscy i Gawroński rzekł wesoło:
— Pieniądze idą do pieniędzy. Pan ma we wszystkiem bajeczne szczęście! Podobno zarobi pan na Zaciszu dziesięć tysięcy. W pół roku zaledwie, to świetnie.
— Jakto? Sprzedajesz Zacisze? — zdumiał się Taubert.
— A pocóż mi ono?
— No, proszę, a któż targuje? I pomyśleć, że ja mogłem to kupić od Skibińskiego.
— Zostaną zawsze pieniądze w rodzinie! — pocieszał go żartobliwie Gawroński, ale stary się zasępił, zmartwiła go ta wiadomość.
Adam odczuł złośliwą przyjemność. Wszystkie przebyte ostatnimi czasy wrażenia stały mu się jednem uczuciem — nienawiści i rozdrażnienia, żądzy, by cierpiał każdy wokoło niego.
Gdy wracał do swego gabinetu znalazł list ostrzegający o zachwianiu się fabryki maszyn, której akcyi posiadał Taubert na kilkanaście tysięcy. Ze złym uśmiechem list zniszczył, ze złym uśmiechem napisał polecenie do swego radcy prawnego, decyzyę na sprzedaż Zacisza, a potem zrobił rachunek swego majątku.
Posiadał w ziemi i kapitałach dwakroć sto tysięcy — podwoił tedy fundusz w przeciągu dziesięciu lat. Zaczął rozmyślać, układać projekt, jakby