Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/128

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Adam chciał coś rzec — nie wydał głosu, dotknął gardła, poruszył ustami — i wskazał mu wielkiemi literami drukowany nagłówek artykułu w gazecie: Straszny wypadek.
Antoni przeczytał: Dziś w nocy — bawiąca chwilowo w Petersburgu, żona pułkownika Z. — z Warszawy, po powrocie z teatru uległa strasznemu wypadkowi. Wskutek nieuwagi, zatlił się jej szlafrok od spirytusowej maszynki. Nieszczęsna straciła przytomność — wybiegła na balkon, i rzuciła się zeń — na podwórze z wysokości drugiego piętra, ponosząc śmierć natychmiastową.
Coś było więcej — cały artykuł, ale Antoni już nie widział liter — zrozumiał wszystko, i objąwszy brat za szyję, trząsł się cały z wrażenia.
Nie omyliła się Atma — był komuś potrzebny. Wreszcie Adam głowę podniósł.
— Dziesięć dni! — rzekł głucho — i koniec.
— Byłeś tam — sprawdziłeś wieść?
— Byłem — widziałem. Powiedziała mi wczoraj przy rozstaniu: czekam cię o jedenastej — byłem o jedenastej — u zwłok — bezkształtnych, zmiażdżonych. Moje dziesięć dni — nie takie — jak były twoje.
— Lepsze. Pozostaną ci zawsze jasne w pamięci, bo ci je śmierć uchowa w całym blasku. Ból ciosu zabliźni się z czasem — zbłękitnieje w oddali, a ona — tam — wolna już, wyzwolona — szczęśliwsza, niżby was nie zgon — ale życie roz-