Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/147

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Los wydał wyrok! — rzeki Wojdak głucho i twardo. — Jutro już nie będzie mnie na niczyjej drodze, ani na ziemi. Zostawię matkę i rodzeństwo w ruinie i wstydzie — odejdę tak, aby przynajmniej nie można było powiedzieć, żem tchórz i podły. I tej, którą kocham, sprawię ból — bo nic innego dać nie mogę — ale ludzkim prawom i sprawiedliwości stanie się zadość. Pan tę kobietę kupił, zapłacił — dokument dozgonny został podpisany. Jest pan jej prawnym posiadaczem i władcą. Mówię, jak skazany na śmierć — swobodnie. Nie kupił pan i nie zapłacił za jej duszę — za jej serce, za jej myśli. To moje — i o to ja kiedyś pozwę pana na inny sąd — i wtedy będzie inny wyrok. Teraz żegnam pana.
Przez sekundę oczy Jaworskiego pociemniały od jakiejś grozy, ale wtem zalała je krew, ogarnęła wściekłość. Powstał — zdawało się, że skoczy policzkować.
— Precz — zawołał dziko — bo cię tu ubiję, bezczelny!
W tej chwili ostatni blask świecy, zatoczył się, strzelił w górę i zgasł. Rozległ się skrzyp drzwi — kroki — pokój i dom cały ogarnęła ciemność i cisza. Wyczerpany ostatecznie Jaworski osunął się w fotel, i stracił świadomość — nawet myśli.
Był późny zimowy świt, gdy znowu rozległy się kroki na korytarzu, i wszedł służący.
— Proszę pana, depesza — rzekł z cicha.